Ludzie bez PESEL-u
2020 rok był dla mojej rodziny trudny, nie tylko ze względu na pandemię. W lipcu pochowaliśmy Babcię Józię, która dzięki swojej niezawodnej pamięci była skarbnicą wiedzy o dawnych czasach. To ona zaraziła mnie pasją do genealogii. Dopiero po jej śmierci dokładnie przejrzeliśmy zdjęcia, które dotąd oglądaliśmy z nią pobieżnie. Tak w zaciszu mieszkania i w izolacji społecznej narodził się pomysł, by wreszcie je uporządkować i stworzyć rodzinny album.
Początkowo miał to być jeden egzemplarz w prezencie świątecznym dla mamy, a ostatecznie do bliższej i dalszej rodziny powędrowało 12 kopii fotoksiążki zawierającej blisko 250 starych fotografii wraz z opisami. Jej powstanie umożliwiły liczne rozmowy z potomkami naszego pradziadka Jana i podesłane przez nich zdjęcia z rodzinnych zbiorów. Dzięki współpracy wielu osób mających wspólnego przodka udało się rozpoznać większość osób na zdjęciach i ułożyć wydarzenia chronologicznie. Najwięcej radości i wzruszeń dostarczyła nam możliwość podzielenia się wspólnie odkrytymi historiami.
Pięciokrotny wdowiec
Cała ta zwariowana historia rozpoczęła się od mojego pradziadka, Jana. Wiemy o nim, że urodził się 4 kwietnia 1870 (w trakcie dalszych poszukiwań zapis księdza w miejscowej księdze chrztów zakwestionował mi jednak tę datę, którą wszyscy znali i zapisali na nagrobku) w Jastrzębiu, a jego rodzicami byli Franciszek Nowogórski i Maria Daniel. W wieku 26 lat Jan poślubił mieszkającą w Łukowicy Mariannę Zając i przeprowadził się do domu żony i jej macochy. Przybrana teściowa wkrótce zmarła, przepisując wpierw na Jana dom, w którym mieszkali. Niedługo po teściowej, mój pradziadek pochował ukochaną żonę Mariannę i został sam w obcej chacie i na obcych hektarach stromego pola. Tutaj ta historia mogłaby się skończyć, a moja rodzinna Łukowica miałaby dziś zupełnie inny kształt, jednak mój przystojny pradziadek nie zwykł na długo pogrążać się w żałobie.
Drugą żoną Jana była Anna Zagórowska, ale niestety wkrótce pradziadek znowu został wdowcem. Dopiero z trzecią żoną – Zofią Śmierciak, doczekał się dzieci, którym nadał imiona po swoich rodzicach. Maria, najstarsza z rodzeństwa urodziła się w 1905 roku. Z pierwszym mężem, Szczepanem Popardą mieszkała w okolicach Jazowska. Po śmierci Szczepana Maria wyszła za mąż po raz drugi i wraz z nowym mężem, już pod nazwiskiem Kozik, wyprowadziła się w okolice Kędzierzyna-Koźla. Zmarła ok. 2002 roku w wieku 97 lat. Z kolei syn pradziadka, Franciszek urodził się w 1907 roku. Wraz z żoną, Zofią Tarasińską mieli dwóch synów – Czesława i Tadeusza. Świetnie zachowane zdjęcie ze ślubu Franciszka i Zofii znalazłam u mojego wujka, który zmarł w ubiegłym roku. Takie straty zawsze uświadamiają mi, że genealogia i rozmowy z bliskimi, którzy pamiętają więcej i dalej w przeszłość, nie mogą czekać! Jest to najstarsze i jedno z najcenniejszych zdjęć w naszym albumie.

Niestety, w okolicach czterdziestki pradziadek po raz trzeci owdowiał, a małe dzieci potrzebowały matki. I tak czwartą żoną Jana została Agata Gądek. Para miała trójkę dzieci. Najstarszy Władysław w przyszłości wyjechał na Bieszczady, gdzie poznał swoją żonę Józefę, pochodzącą… z gminy Łukowica! To niesamowite, bo ludzie wtedy naprawdę rzadko zmieniali miejsca zamieszkania. Młodsza córka, Anna wyszła za mąż za Stanisława Babiarza i została w naszej gminie. Najmłodszy z potomków pradziadka i jego żony Agaty, Piotr (ur. 1922) miał 8 miesięcy, kiedy Agata zmarła, dlatego zdecydowano o oddaniu go na wychowanie do rodziny w miejscowości Mordarka. Choć miał kontakt z ojcem, już nigdy nie wrócił w rodzinne strony.
Piątą i ostatnią żoną Jana była moja prababcia, Maria Klimczak (20.03.1895 – 25.08.1959), córka Stanisława Hajduka i Anny Klimczak. Jan i Maria wzięli ślub 23.05.1923 roku. Mieli razem siedmioro dzieci. Józef (ur. 1924) poślubił Anielę Majka, ich potomkowie mieszkają przede wszystkim w Łukowicy i na Jastrzębiu. Jednym z najcenniejszych zachowanych zdjęć jest to z 1946, gdzie moi pradziadkowie pozują w otoczeniu wszystkich swoich dzieci. Na zdjęciu jest też najstarszy wspólny wnuk pradziadków, Stanisław. To niesamowite, ale niektórzy już mogą zobaczyć na jednym zdjęciu swojego pradziadka, prapradziadka i praprapradziadka!
Najmłodszym synem mojego pradziadka Jana był Kazimierz. W chwili jego narodzin ojciec miał 65 lat, a matka 40 – jak widać, w tamtych czasach ludzie cieszyli się świetnym zdrowiem. Pradziadek miał dwanaścioro dzieci, pięć żon i przeżył dokładnie 92 lata – zmarł w swoje (oficjalne) urodziny w 1962 roku.

Dwa domy i pięć ślubów
Jeden z synów moich pradziadków, Antoni, nie dożył dorosłości. Kto wie, gdyby nie umarł w dzieciństwie, może wziąłby udział w szalonej tradycji mojej rodziny? Pozostałe rodzeństwo, w tym moja babcia Józefa, nieźle namieszali w naszym drzewie genealogicznym!
Wszystko zaczęło się 19 listopada 1952, kiedy pomiędzy „Dziołem” a Wielkówką (przysiółki w Łukowicy) wyprawiono huczne wesele. Tego dnia dwoje dzieci moich pradziadków rozpoczynało nową drogę życia: Weronika poślubiła Stefana Klag, a jej brat Jan poślubił… siostrę Stefana, Annę Klag. Wiele lat później kolejna siostra, czyli moja babcia Józefa wyszła za mąż za mojego dziadka Józefa Klag – tak, brata Stefana i Anny.
Na tym nie koniec zamieszania. Zofia, młodsza siostra babci, poślubiła kuzyna Klagów, Stanisława Tokarza. Klagowie mieli jednak jeszcze jedną siostrę, Stefanię, która nie wyłamała się z łączenia rodów i poślubiła bratanka mojej babci (Tadeusza, syna Franciszka i Zofii Nowogórskich).

Chrońmy rodzinne wspomnienia!
W obecnych czasach, kiedy spośród zrobionych w parę chwil telefonem ujęć możemy wybrać to idealne i usunąć resztę, wiele osób nie przykłada dużej wagi do zdjęć. Tymczasem te stare, unikatowe i często niewyraźne to najcenniejsze pamiątki. Jeszcze 50 lat temu rodzina i sąsiedzi zbiegali się, kiedy wieś odwiedzał wędrowny fotograf, żeby razem zrobić sobie wspólne zdjęcie, którego jedyna odbitka była strzeżona jak skarb. Szukając tych cennych pamiątek, wiele razy zostałam zignorowana, ale ogromna rzesza dalekich cioć i kuzynów chętnie mi pomagała – i to dzięki tym ludziom udało się przynajmniej częściowo odtworzyć historię.
Taki projekt wymaga nie tylko udostępnienia rodzinnych zdjęć, które dawno zarosły kurzem. To godziny rozmów, także online z krewnymi z Polski i zagranicy, skupienie, notowanie każdego imienia i daty oraz wracanie do często bolesnych wspomnień, dlatego łatwo się zniechęcić, zwłaszcza słysząc kolejną odmowę. Jednak warto! Nieocenioną nagrodą jest nostalgia i wzruszenie osób oglądających album. Zaczynając projekt, nie wiedziałam, że moja ciocia nie ma żadnego zdjęcia swojej zmarłej ponad 40 lat temu matki. W czasie prac znalazłyśmy ją na trzech odbitkach rozsianych po dalszej rodzinie!
Wielką niespodzianką było odkrycie, że z koleżanką ze szkolnej ławki mamy wspólnych prapradziadków. Z kolei mojego teścia rozpoznałam na zdjęciu z 1986 roku, gdzie siedział obok mojej mamy i jej siostry. Wtedy jeszcze nie spodziewałam się, że mój teść i moja mama mają wspólnych praprapradziadków, a to odkrycie było zaskoczeniem dla wszystkich. Mój syn ma w drzewie genealogicznym paradoks liczby przodków! Świat jest mały, a hermetyczne wioski jeszcze mniejsze!
Jak zacząć przygodę z genealogią?
Obecnie poszukiwanie swoich korzeni wcale nie jest takie trudne. W internecie można znaleźć wiele cennych źródeł, jednak należy dobrze sprawdzać dodane tam informacje. W dawnych czasach rodziny najczęściej łączyły się w obrębie tej samej lub sąsiednich parafii, dlatego nie ograniczajmy się tylko do swojej miejscowości. Cała parafia Jazowsko, którą m.in. przeszukiwałam, aż do roku 1784 została zindeksowana przez miejscowych mormonów w serwisie familysearch.org. Często nazwiska są przekręcone, ale nie zrażajmy się tym – w dawnych parafiach księża byli bywali jedynymi wykształconymi osobami, a chłopi nie przywiązywali się do nazwisk. Warto zajrzeć też na Genetekę, a w innych regionach – Lubgens albo Szukaj w Archiwach. Można w ten sposób dowiedzieć się niesamowitych rzeczy o swoich rodzinnych korzeniach.
Dlatego kolejnym, tradycyjnym, ale skutecznym źródłem informacji są oczywiście księgi parafialne, niestety nie wszędzie je znajdziemy – w dawnych czasach w drewnianych kościołach często szalały pożary. W księgach parafialnych nazwiska zapisywano ze słuchu lub wpisywano znany w wiosce przydomek. Nie powinno więc dziwić, że dzieci z jednego domu były zapisane w księgach pod różnymi nazwiskami. Może się więc okazać, że Wyżykowski, Jerzykowski i Wierzycki byli braćmi, ale ksiądz zapisał formę, którą akurat usłyszał od chłopa zgłaszającego dziecko do chrztu. Z tego samego powodu rozbieżności między prawdziwą datą urodzenia a tą zapisaną w metrykach, mogą wynosić nawet kilka lat.
Obecnie to dla nas normalne, że każdy pełnoletni obywatel Polski musi legitymować się dowodem osobistym, jednak jeszcze 100 lat temu nie było takiego obowiązku. Dopiero w 1951 roku posiadanie ujednoliconego dowodu tożsamości stało się obowiązkowe, a koperty dowodowe były przechowywane w urzędzie miasta lub gminy, gdzie obywatel był zameldowany. Warto o tym pamiętać zwłaszcza ze względu na migracje po wojnie – członkowie chłopskich rodzin często uciekali na ziemie odzyskane, zwłaszcza w okolice Cedyni lub Wrocławia. Dziś można zwrócić się do urzędu o wydanie takiej koperty dla członków rodziny zmarłych po 1951 roku, jeśli udowodnimy bliskie pokrewieństwo. Koperta dowodowa zawiera całą dokumentację związaną z wydaniem dowodu osobistego, w tym stare dowody i cenne zdjęcia.
Osobiście lubię i polecam portal MyHeritage, z którego korzystają miliony osób na całym świecie. Wersja darmowa nakłada ograniczenia w przeglądaniu cudzych drzew genealogicznych, ale dzięki skrupulatnemu dopisywaniu do własnego drzewa danych odnalezionych przodków można odkrywać kolejne gałęzie. Portal pozwala też na wygenerowanie planszy z własnym drzewem – to także świetny pomysł na prezent dla bliskich osób.
Kolejnym nowoczesnym rozwiązaniem jest wyszukiwarka Grobonet i podobne wyszukiwarki pochówków. Coraz więcej cmentarzy wprowadza do nich mapy i spisy osób pochowanych.
Nic jednak nie może się równać z najcenniejszym, choć często z początku trudnym sposobem poznawania rodzinnej historii – rozmową z rodziną… Jak pisała Wisława Szymborska, „Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci”.