Corn belt blues
Papa umarł tak, jak żył: w ciszy i bólu, skryty za polem pięknie wyrośniętej kukurydzy, jakby nie chciał nikogo niepokoić i nikomu zawracać głowy. Nie zwrócił uwagi na promieniujący ból barków i ucisk w klatce piersiowej, bo na takie objawy składał się jego codzienny wysiłek; nagłe duszności były skutkiem suchego pyłu w gęstym powietrzu i fajek, wypalanych jedna po drugiej. Przy zawrotach głowy usiadł, psiocząc na żar lejący się z nieba, gdy tylko zegar zaczynał wybijać południe. Lekko go zamroczyło, ale wyraźnie czuł paraliż szczęki i piekące, dławiące mdłości w ściśniętym gardle. Z pola kukurydzy wyskoczyła wrona – przechyliła łebek w bok i czujnie obserwowała, jak wielki strach na wróble ściąga ręce z wyimaginowanego krzyża, aby ścisnąć nimi swoją lewą pierś w ostatnim wyrazie oporu przed nieuchronnym przeznaczeniem. Osunął się na piach, jakby chciał ją przygnieść, a ona odleciała spłoszona, pozostawiając po sobie maleńkie piórko i trzepot skrzydeł.
Brunatne, wysuszone ciało odkryto po zmierzchu, leżące twarzą do ziemi. Mama Joan nie wpadła w rozpacz, ponieważ kategorycznie sprzeciwiała się odwróceniu go.
Mieszkańcy nigdy nie przestali mówić o Papie tak, jakby wciąż wśród nich był, i pielęgnowali pamięć o nim tak gorączkowo, aby odpokutować fakt, że zapomniano o nim w kluczowym momencie jego życia. Na jego grób składano owoce pierwszych żniw, rzucano listy z pytaniami o to, co robić, gdy rok w rok susza ogarniała miasteczko niby klątwa. Aaliyah stała się córką całego miasteczka. Gdy coś zbroiła, grożono jej skargą na nią do samego Nieba. Mama Joan nie trzymała żałoby. Poświęciła się całkowicie obowiązkom domowym, rzucała kurom ziarna, czyściła chlew, doglądała lichych upraw i jeździła targować się do miasta, bo żałoba, choćby najbardziej wzniosła i szlachetna, nie wykarmi jej dziecka. I choć jej zachowanie nie zmieniło się ani na jotę, starała się kochać Aali tak, jakby w klatce biły jej dwa serca. I kategorycznie odmawiała opuszczenia prerii, bo na tej jałowej ziemi miała zakończyć swój żywot; prawdopodobnie wyznaczyła sobie już miejsce i termin. Nie miała czasu na łzy, tak samo jak Papa nie miał czasu na Śmierć, którą uparcie ignorował, gdy zapowiadała swoją wizytę. A jednak raz ją przyłapała: klęczała w skwarze południa w polu kukurydzy i tuliła twarz do ziemi, na której zwłoki jej ojca wypaliło niegdyś słońce, i spalała się razem z nim. Klęczała jak zwinięty pancernik, a skorupa jej grzbietu, na którym dzielnie i z trudem dźwigała cały ich świat, trzęsła się niekontrolowanie. W pobliżu żerowała wrona. I ten jeden jedyny raz Joan nie była jedynie ponurą wdową i gruboskórną matką – była kobietą i żoną, której odebrano część duszy, symbolem tego, co to znaczy, gdy ktoś kogoś kocha.