Choroba

I znów muszę wstać, podetrzeć mu tyłek, pomóc umyć ręce i odprowadzić do pokoju. Znowu czuję ten smród schorowanego człowieka. Im dłużej z nim przebywam, tym bardziej sam czuję się chory. Współistnieję z jego rakiem, z jego starością. Leki: jedna mała różowa, dwie białe jajowate, jedna niebiesko-biała. Dwa zastrzyki. Zmierzyć ciśnienie. Jeśli za niskie, to czerwona tabletka, a jeśli za wysokie, to niebieska. Powtarzać rano i wieczorem. Szpital, więcej chorób, kolejne badania. Oddelegowali nas do gabinetu po drugiej stronie. Za daleko, żeby iść z nim pieszo. Wracamy do auta, objeżdżamy szpital, idziemy do gabinetu. Piętnaście minut i po sprawie, wracamy tą samą trasą. Lekarz patrzy na badania. Źle to wygląda. Wracamy zmęczeni do domu. Kolacja, wszystko drobno pokroiłem, co jakiś czas wycieram jego twarz serwetką. Jeden kawałek na ziemi, drugi na brodzie. Kładzie się spać. Chwila odpoczynku. W nocy idzie do toalety, nie daje rady sam. Muszę z nim. Podcieram mu tyłek. Pomagam umyć ręce. Idziemy spać dalej. Rano wszystko jak zwykle. Jest tylko trochę bledszy. Godzina 9:20, słyszę, że coś jest nie tak. Charczy, ma problem z oddechem. Staram się mu pomóc. Ostatni wdech. Cisza. Nic. Sprawdzam tętno. Nic. To koniec? Dzwonię na pogotowie. Próbuję coś zrobić, tylko co? Wchodzą ratownicy, sprawdzają, badają. Nic nie słyszę, ale wiem – nie żyje. Czuję wstrząs. Strach. Co teraz? Gdzie moja choroba? Gdzie ta cząstka? Łzy lecą mi po policzku. Czy nie tego chciałem? Końca? Wiedziałem, że przyjdzie ten dzień. Zbliżał się, czułem to. Ale teraz? Akurat teraz? Dlaczego? Przecież był zdrowy! Rozmawiał ze mną kilka godzin temu! Jaki tam martwy! Nie może być. Muszę mu pomóc. Pewnie ma tylko problem ze wstaniem. No już. Raz… dwa… trzy… nie wstaje. Nie mogę mu już pomóc. Choć teraz bardzo bym tego chciał. Jego choroba zrobiła swoje, zatrzymała jego serce, a moje skaleczyła. Minęła chwila, ale ja już tęsknię wieki. Zabrali go. Siedzę w pustym pokoju, który przeszedł jego zapachem. Na stoliczku walają się leki. Gdzieś z boku stoi wózek inwalidzki. W szafie są ubrania. Pokój jest pełny, a jednak pusty. W głębi tli się płomień, który cieszy się, że już po wszystkim. Zwijam się na jego łóżku i pogrążam w rozpaczy.