Drwiąca Królewna

Dawno, dawno temu, w tak zamierzchłych czasach, że pamiętają je już tylko dzieci naszych babć, w smoczej jamie pod Wawelem, żyła Drwiąca Królewna. Całe przedpołudnia spędzała na wymyślaniu nowych podłych zaczepek, a kiedy o 12:00 rozlegał się gong na Big Benie, wychodziła na miasto i do późnego wieczora drwiła z klientów sklepu mięsnego. Ludzie nie znosili jej kpin, dlatego sklep wkrótce zamknięto, a sprzedawca zatrudnił się w osiedlowym monopolowym.

Jednak i tutaj Królewna często zaglądała, by obrażać klientów, więc zdesperowany handlarz został alfonsem w klubie Empajer, gdzie miał też lepsze zarobki. Ale uparta Królewna dostała się nawet tam – zwyzywała bramkarza, a ten stłamszony i skulony bez sprzeciwów wpuścił ją do środka. Przerażony sprzedawca uciekł stamtąd porzuciwszy kolejny zawód. Wiadomo o nim jeszcze, że później chwytał się wielu zajęć zarobkowych – był listonoszem, policjantem, rzeźnikiem, pucybutem, złapał się nawet za dealerkę, jednak Królewna wszędzie go prześladowała. W końcu został marynarzem, a prąd morski zaniósł go aż do Szwajcarii, gdzie wszelki słuch po nim zaginął.

Królewna była zawiedziona zniknięciem ulubionego obiektu kpin, więc aby ulżyć sobie w niewypowiedzianym cierpieniu, położyła się na torach przed Dworcem PKP i czekała na pociąg. Pomyliła się jednak i leżała tam, gdzie już zwalniają. Z wściekłości zaatakowała lokomotywę, aż wystraszony maszynista wezwał posiłki. Królewna rzuciła się do ucieczki, a razem z nią zawodowy kieszonkowiec, który pomyślał, że ktoś go w końcu nakrył.

Niestety, dziewczyna biegnąc zgubiła kalosz, który wpadł prosto pod opony nadjeżdżającego tramwaju. Podskakując w jednym bucie zauważyła, że towarzyszowi ucieczki wypadły skradzione dokumenty. Podniosła je zwinnie ukryła się w jakiejś podejrzanej ślepej uliczce. Po przejrzeniu papierów przy migocącym świetle ulicznej lampy dowiedziała się, że ich właścicielem jest niejaki Okio Paluszek pochodzący z gorącej syberyjskiej wyspy. W pliku zmiętych papierów znalazła też coś, co niezmiernie ją ucieszyło – karty kredytowe i PIN Okia. Od razu pobiegła do najbliższego bankomatu i odtąd zaczęła korzystać z życia.

Po tygodniu szalonego imprezowania Królewna przepuściła już połowę pieniędzy, jednak wcale nie miała zamiaru zwolnić. Odkąd poznała PIN Okia jej życie zmieniło się diametralnie – wynajęła pokój na Wawelu, kupiła nowe buty… Było ją nawet stać na zakupy w mięsnym i monopolowym! Ale pewnego dnia czekał ją szok – w całym powiecie na bramach i słupach pojawił się apel Okia o oddanie zguby.

Przerażona Królewna zamknęła się w swojej komnacie i postanowiła w ogóle z niej nie wychodzić. Jednak po 15-stu minutach musiała skorzystać z toalety i zrezygnowała z pomysłu. Stwierdziła, że musi się wyposażyć w przenośną toaletę (tzw. nocnik) na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś dopadła ją myśl, aby nie opuszczać komnaty przez dłuższy czas.

Dziewczyna doszła do wniosku, że musi oddać Okiowi to, co należy do Okia. Nie miała czasu na układanie planu, więc improwizowała. Założyła szkaradny płaszcz, znaleziony w jednej z komnat (prawdopodobnie był to dawny pokój Mieszka I), a we włosy wtarła żel, aby nikt jej nie rozpoznał. Spakowała ocalałą część majątku Okia do czarnej świnki-skarbonki i uciekła z zamku tylnym oknem. Rozglądając się wokół i starając się nie rzucać w oczy, zakradła się do budki telefonicznej, zajętej przez młodego jeszcze staruszka, który właśnie rozmawiał z numerem 0-700… i wcale nie zapowiadało się, że szybko skończy.

Niecierpliwa Królewna wtargnęła do budki, wyśmiała poczciwinę, zwracając na siebie uwagę wszystkich przechodniów i pomogła mu skończyć. Kiedy zdruzgotany mężczyzna wylądował na ulicy, pożegnała uprzejmie rozmówcę staruszka, trzaskając słuchawką, wrzuciła do aparatu 2 guziki o odpowiednim rozmiarze i wykręciła numer 112. W słuchawce od razu rozległ się głos zdesperowanej kobiety pytającej, co się znowu dzieje. Królewna spokojnie wyraziła swą prośbę:

– Łącz z Miśkami.

Zestresowana kobieta spadła z krzesła, rozbijając przy tym żyrandol. Kiedy wreszcie połączono przeklinającą Królewnę z komisariatem, wokół budki zebrały się tłumy gapiów wyśmiewających jej strój. Gdy po dłuższym czasie funkcjonariusz pojął, że rozkrzyczana dziewczyna nie zwraca się do niego, odłożył słuchawkę i wrócił do zabawiania młodej praktykantki.

Wściekła Królewna wydostała się z budki, zostawiając tam skarbonkę. Nie przewidziała, że w wyśmiewającym ją tłumie, był Okio. Kiedy ludzie zidentyfikowali przedmiot pozostawiony w budce, uszczęśliwiony właściciel porwał skarbonkę i rzucił się w pogoń za dziewczyną, a za nim pobiegł tłum, który wziął go za złodzieja.

Tymczasem Królewna dostała się do zamku i rozmyślając, przysiadła na studni. Myślała i myślała bardzo długo, aż policzyła wszystkich ośmiu Smerfów spacerujących po ogrodzie. Wtedy w bramie pojawił się Okio. Zrobił na dziewczynie takie wrażenie, że zapomniała go wykpić. Bogacz był tak niezwykle otyłym i przysadzistym mężczyzną, że Królewna zakochała się w nim od pierwszego usłyszenia – Okio bowiem wydawał bardzo interesujące odgłosy. Kiedy wpadł do ogrodu, dyszał i jęczał, usiłując złapać powietrze, a gdy zafascynowana kobieta podała mu wodę w sitku, aby ugasił pragnienie – wypił ją i głośno beknął. Z wrażenia Królewna potknęła się o rąbek płaszcza i wpadła do studni.

Spadała i spadała bardzo długo, ponieważ w zwolnionym tempie. Gdy wreszcie wylądowała na dwudziestu materacach i pierzynach poczuła, że coś strasznie ją uwiera – była to główka kapusty ukryta pod ostatnim materacem przez babcię Czerwonego Klaśnięcia. Królewna stoczyła się z posłania i upadła prosto przed niskim stolikiem, który sam się nakrył. Na ubrudzonym jak stary śnieg obrusie pojawił się biały proszek, a obok karteczka z zachęcającym napisem: „Zażyj mnie”.

Królewna nawet się nie zawahała, bo nie takie rzeczy robiła w poprzednim wcieleniu. Zażyła proszek, ale zaraz tego pożałowała, gdyż wydało jej się, że natychmiast strasznie się roztyła. Niestety, po pewnym czasie zrozumiała, że wcale jej się nie wydaje, bo tajemniczy (i zapewne przeterminowany) proszek naprawdę sprawił, że przybyło jej parę centymetrów w bicepsie. Pogrążona w rozpaczy rozejrzała się po rozległej pustej sali w poszukiwaniu ostrych narzędzi lub sznurów. Zrezygnowana, przysiadła na zakurzonym dywaniku, który poderwał się w górę i zaczął okrążać pomieszczenie wraz z rozkrzyczaną pasażerką. W końcu skręcił ostro i z piskiem opon przefrunął przez jedyne okienko. Dziewczyna uderzyła głową o framugę i zemdlała.

Gdy się obudziła spostrzegła, że razem z dywanem lewituje u stóp wielkich schodów, na których szczycie stała wpatrująca się w nią pulchna wróżka z owłosionymi nóżkami, trzymająca w ręku różdżkę radiestezyjną.

– Witaj w moich skromnych progach – powitała Królewnę.
– Chcę stąd natychmiast wyjść, Laluniu! – odpowiedziała grzecznie dziewczyna.
– To nie zależy ode mnie – skłamała pulchna istotka i natychmiast urosły jej włosy.
– Ha ha! – zawołała Królewna z drwiną w głosie. – Czy ten dywan jest z twoich włosów, pulchna istoto?

Na te słowa wróżka straciła przytomność, a Królewna, korzystając z okazji, zeskoczyła z dywanu i wybiegła z sali przez uchylone drzwi balkonowe.

Nagle znalazła się w samym środku ciemnego lasu bez drzew. Rozejrzała się wokół zdezorientowana. W dali zobaczyła gęsty krzaczek, więc podbiegła tam, bo już dawno nie była w toalecie. Z bliska krzak okazał się być dębem, a na jednej z jego gałęzi zwisała podłużna lampa w kształcie kłębka wełny. Królewna zdjęła ją niedbale, raniąc się przy tym dotkliwie bukowymi igłami i zdmuchnęła z niej śnieg.

Wtem, obok dziewczyny pojawiło się dwóch przyrodnich braci bliźniaków, którzy przedstawili się oniemiałej ze zdziwienia dziewczynie jako Walidąb i Wyrwiząb. Ich rozmowa trwała niedługo, ponieważ pierwszy z braci spostrzegł drzewo i odruchowo się nim zajął. Wtedy jego brat, korzystając z chwilowej nieuwagi Królewny, chciał dobrać się do jej zębów. Nie wiedział jednak, że ona miała refleks wyćwiczony w dzieciństwie spędzonym w Domu Kultury i nie pozwoliła sobie na to – szybko dmuchnęła na lampę nosem, bo Wyrwiząb okupował jej jamę ustną. Bracia natychmiast zniknęli, a lampa spadła Królewnie na stopę rozmiaru 39, miażdżąc ją aż do rozmiaru 43.

Nagle zza zakrętu wyskoczyło 101 rozpędzonych dalmatyńskich kotów ściganych przez Króla Psa. Uradowana dziewczyna zatrzymała goniącego ten korowód jelonka z lśniącym rogiem na czole i poprosiła, aby podrzucił ją na Wawel. Kucyk chętnie przystał na tę propozycję, pozwolił usiąść Królewnie na swoim garbatym grzbiecie, ugiął kopytka po czym wyprostował się tak nagle, że podrzucił ją aż na najwyższą wieżę.

Królewna czym prędzej wskoczyła na schody prowadzące w dół, a ponieważ po nieprzemyślanym zażyciu tajemniczego proszku przybyło jej trochę ciałka, stoczyła się z nich z wielkim hukiem. Gdy już dotarła na podwórze, nadal nie mogła wyhamować, przez co wpadła na Okia, który zatoczył się i wylądował na niej.

Po tygodniu, gdy Królewna i Okio już dobrze się poznali, zaczęli planować ślub. Podczas, gdy Okio załatwiał salę weselną u roznegliżowanej tancerki z klubu Empajer, panna młoda ustalała termin u miejscowego księdza.

– Cóż się stało, że gościsz u mnie, moje dziecko? – pytał ksiądz, rozglądając się za jakąś kryjówką, ponieważ dobrze znał Królewnę.
– Udzielisz mi ślubu, kapłanie – odpowiedziała mu, rzucając się ociężale na krzesło, gdyż efekt białego proszku jeszcze nie zanikł. – No i czemu się Dziwisz?

Po miesiącu od poznania się Królewny i Okia przy studni, odbył się ich ślub. Po uroczystości weselnej, na której pojawiła się połowa Warszawy, nowożeńcy wyjechali w podróż poślubną do luksusowego hotelu na bezludnej wyspie, zamieszkanej przez starego Piotra Pana i jego żonę Bellę. Po miesiącu miodowym postanowili zainwestować pozostały majątek Okia i kupili rozlatującą się sernikową chatkę, którą komornik zajął Babie Jadze, gdy popadła w długi, prowadząc nieczyste interesy. Po trzech miesiącach od ślubu parze urodziła się córeczka, której nadali imię Britney.

I wszyscy jedli obficie, aż w serniku skończyły się rodzynki.