Miejsce na ziemi
Za co w czasach Stalina zsyłano na Sybir? Wina musiała być znaczna. Duże gospodarstwo. Wykształcenie. Pochodzenie szlacheckie. Grzechy główne.
Tym zawinili Katarzyna i Władysław. Poplecznicy Stalina nie lubili inteligencji, zwłaszcza polskiej. Trzeba było się ich pozbyć. Najlepiej, gdyby nie istnieli, a skoro już żyją – niech pracują, dla Związku Radzieckiego rzecz jasna. Rodzinę wysłano do ciężkich robót na Syberii i odtąd osiedli tam na stałe. Tu urodziły się ich dzieci i wnuki. Czy oni wciąż byli Polakami? Czy już Rosjanami?
Irkutsk. Rosja
Helena, Anna i Waleria były jeszcze dziećmi, kiedy zesłano ich rodzinę, ale matka dbała o to, żeby pamiętały o ojczyźnie. Katarzyna od najmłodszych lat uczyła je polskiej kultury, śpiewała w rosyjskim domu polskie piosenki i czytała córkom książki o utęsknionym kraju, do którego nie mogli wrócić. Nadzieję pokładała w Bogu. Z rodzinnego domu zabrała duży, miedziany krzyż, który zawsze jej towarzyszył. Po latach przekazała go najmłodszej córce Walerii z prośbą, żeby na zawsze pozostał w rodzinie. Musieli pogodzić się z losem – zostaną w Rosji na zawsze, Polska ziemia nigdy nie przyjmie nawet ich martwych ciał.
Wnuczka najstarszej Heleny, Natalja, nienawidziła zimnego klimatu. Od dzieciństwa marzyła o domku nad ciepłym morzem. Buntowała się, bo wiedziała, jak jej rodzina znalazła się w Irkucku. Pragnęła stamtąd wyjechać. Jednak nie wszystko było takie złe, bo przecież właśnie tu, na zimnej Syberii poznała Dmitrija. Historia jego rodziny była podobna, dzieciństwo spędził w Kazachstanie, bo tam jego matka po ukończeniu studiów dostała pracę. Także był Polakiem. A może już Kazachem? Przypadli sobie do gustu, oboje mieli marzenia o lepszej przyszłości, byli nierozłączni.
Tutaj, na zimnej Syberii wzięli ślub. Tutaj wkrótce urodziła się im córka.
J. to już Rosjanka z krwi i kości. Piękna absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wymarzonego UJ-u. O swoje marzenia musiała walczyć, ale zawsze mogła liczyć na najbliższych.
Zimno Syberii nie było jedynym powodem do ucieczki. To nie było ich miejsce – odżywały wspomnienia, tu czuli się nieszczęśliwi. Tęsknili? Nie za Polską. Nie znali Jej. Tęsknili za szczęśliwym krajem z opowieści swoich dziadków. Kiedy J. miała cztery lata, nadarzyła się okazja – krewni zaproponowali wspólne mieszkanie. Cieplejszy klimat i co ważniejsze – inne państwo. Także postradzieckie, ale obce, nieodkryte, obiecujące szczęście. Być może lepsze?
Krzemieniec. Ukraina
Po przeprowadzce na Ukrainę zamieszkali u dalszej rodziny, z którą się przyjaźnili. Dopasowali się do nowego miejsca od samego początku, chociaż mieli być tutaj tylko na chwilę. Teraz chcieli zadbać o własne gniazdo rodzinne i usamodzielnić się. A kiedyś może nawet spełniać swoje marzenia… Póki co, po roku mieszkania w Krzemieńcu, znaleźli lepsze miejsce, kolejny punkt na mapie swojej wędrówki.
Mikołajów. Ukraina
Natalja była szczęśliwa, mogąc w końcu zamieszkać nad morzem. Ich córeczka zaczynała chodzić do szkoły, kiedy na świat przyszło kolejne dziecko, Władek. Stworzyli pełną, kochającą się rodzinę. Mieli siebie, zaufanie, miłość. Nie mieli tylko miejsca na ziemi.
Po kilkunastu latach życie na Ukrainie zaczęło ich nużyć. Ten kraj coraz bardziej rozczarowywał. Mieli ambicje, których nie mogli spełnić. J. zaczęła już naukę
w liceum i marzyła o studiach. Teraz priorytetem były już tylko ambicje dzieci, rodzice poddali się losowi, nie mieli siły walczyć o lepsze jutro. Historia szlacheckiego rodu Łabędzkich dawno została zapomniana. Natalja i Dmitrij stali się biednymi imigrantami.
Ślepy los, a może wyższa siła, podczas długiej podróży pociągiem podsunęła babci J. nieznajomego towarzysza. Mężczyzna opowiadał o Karcie Polaka, uprawnieniach dla Polaków z krajów postradzieckich. Pojawiła się nadzieja na lepsze jutro, zaczęli szukać. Kiedy dowiedzieli się o specjalnym programie dla studentów, zapadła decyzja – dzieci zasługują na lepsze życie w utęsknionym kraju przodków. Uda im się, musi się udać.
Kolejna przeprowadzka nie była już taka łatwa. Musieli upewnić się, że mają czego szukać w Polsce. Że nie zostaną „na lodzie”, bez mieszkania i pracy, odrzuceni przez społeczeństwo. Decyzja była spontaniczna, ale przemyślana. Nie czekali, nie odkładali jej na później – natychmiast cała rodzina zaczęła uczęszczać na spotkania polonijne do stowarzyszenia polskiego w Mikołajewie. Rozmawiali z emigrantami z Polski i uczyli się kultury i tradycji swoich przodków.
Najtrudniejsze wydawało się zaakceptowanie katolicyzmu. Mieszkając od pokoleń w Rosji, wyznawali prawosławie, chociaż w rodzinie wciąż był pamiątkowy, miedziany krzyż, który – jak prosiła Katarzyna, był przekazywany kolejnym pokoleniom. J. dostała go od ciotecznej babki, która zestarzała się jako stara panna. Być może właśnie ten krzyż był światełkiem, które sprawiło, że bez żalu przeszli na katolicyzm.
Strach przed porażką, długie przygotowania, formalności… I udało się. Najpierw J. opuściła Ukrainę, przeniosła się do Polski!
Lublin. Polska
Nie od razu Kraków zbudowano i nie od razu mogła w nim zamieszkać. Przed rozpoczęciem jakiegokolwiek starania się o przyjęcie na studia, J. musiała skończyć „zerówkę”. Nastolatka, zerówkę? Rok nauki języka i kultury polskiej na Uniwersytecie
w Lublinie. Do pewnego stopnia podejmowała ryzyko, że ten rok może być kolejnym, który nic nie zmieni, a poza tym zmarnowanym i straconym. Nauka szła jej łatwo i w kolejnym roku złożyła dokumenty na Uniwersytet Jagielloński. Jeszcze egzaminy, wielkie emocje i… jest na liście studentów!
Kraków. Polska
Sytuacja polityczna na Ukrainie nie była łatwa i po blisko 1,5 roku rozłąki do świeżo upieczonej polskiej studentki dołączyła reszta rodziny. Odnosili wrażenie, że się tułają, nie mogąc odnaleźć własnego miejsca, a mimo to czuli, że jest ono blisko. Wicie własnego gniazda w obcym kraju nie jest proste – każdy patyk wydaje się cudzy, na każde źdźbło trzeba zapracować. Władek został przyjęty do polskiego gimnazjum, a braki w języku tylko na początku były przeszkodą – kontakt z rówieśnikami pomógł mu szybko opanować nowe słowa i gramatykę. Gorzej szło rodzicom, bo w wieku czterdziestu lat nauka kolejnego obcego języka nie przychodzi już tak łatwo.
Szybko okazało się, że nie są jedynymi rosyjskimi uchodźcami w Krakowie. W tym Mieście Wielu Kultur czuli się bezpiecznie, jak dzieci w rodzinnym domu. Okazją do poznania innych ludzi było zaangażowanie się w działalność społeczną. Po paru miesiącach pobytu w Polsce założyli stowarzyszenie Rosjan. Co miesiąc spotykali się z innymi rodzinami przy konsulacie rosyjskim w Krakowie i przy herbacie plotkowali, wspominali, planowali. Pomagali sobie w sprawach urzędowych i wspierali się w codziennych problemach. Dzięki tym spotkaniom Natalji udało się w końcu znaleźć pracę, a Dmitrij założył własną firmę.
Ich córka czasami czuła się winna, że zdarzało się jej zapominać o kraju dzieciństwa. Nowi przyjaciele, studia, kariera. Wciągnął ją wir polskości. Te małe wyrzuty sumienia zagłuszała angażując się w promowanie rosyjskiej kultury. Na jej facebookowym profilu pełno było Rosji – zdjęcia, aforyzmy, miejsca. W swojej pracy licencjackiej opisywała powody, dla których Rosjanie emigrują do Polski. Rodaków jest tu o wiele więcej, niż mogła się spodziewać.
Rodzina. Serce
J. zaczynała studia w 2010 roku. Gdyby ta historia działa się dziś, zaledwie 16 lat później, losy mojej bohaterki mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej. Dziś jest szczęśliwą żoną i matką, odnoszącą sukcesy przedsiębiorczynią, spełnioną kobietą. Wraz z rodziną odważnie podróżuje po świecie, zmienia miejsca zamieszkania i otacza się wspaniałymi ludźmi.
Z przyjemnością obserwuję jej szczęście. Dziś, choć fizycznie nigdzie nie zagrzewa miejsca na dłużej – w końcu jest u siebie.