Złośliwość (Część I: Ciemność)
Patrzył na nią od dłuższej chwili. Nie ruszał się, jedynie patrzył i czekał. Czekał.
Nie odezwała się. Tkwiła nieruchomo na swoim miejscu.
Czemu znowu mi to robisz – odezwał się wreszcie. Nie odpowiedziała.
Proszę Cię tylko o jedno. To nie jest trudne.
Mówił delikatnie, cicho; jak gdyby starał się jej nie urazić swoją prośbą. Ona – wciągnęła delikatnie powietrze, jakby chciała coś powiedzieć. Milczała jednak dalej.
Doprowadzasz mnie do szału. Wiesz? – powiedział, szepcząc prawie bezgłośnie.
Wiedziała, był o tym przekonany. Znał ją od ponad dziesięciu lat, odkąd ujrzał ją na praktykach zawodowych. Koordynator szybko dobrał ich razem, a niedługo potem on dobrał się do niej. Była jego pierwszą. Czuł, że jest dla niego stworzona: wiedziała, co ma robić, i robiła to bez zarzutu. I on przy niej wiedział, co do niego należy. Wyczuwali się. Razem żyli, ona przy jego boku, gotowa, do jego dyspozycji. Aż do teraz, gdy nagle zgłasza sprzeciw. Swym niemym protestem oznajmia: nie daję rady. Starzeje się.
Zresztą widać to po niej.
Wiedział, że powinien ją zmienić; wszyscy koledzy mu to doradzali. „Po co masz się z nią męczyć, ona cię wykończy”, nie miał jednak serca ot tak jej wyrzucić. Poza tym nie było go stać na nową. A ona dalej milczała.
Uderzył ją. Ani drgnęła. Uderzył więc drugi raz, mocno. Zachwiała się lekko, dalej jednak uparcie milczała. – Zrób coś, odezwij się, zrób cokolwiek!
Kolejne uderzenie. Wypluła coś. Biały skrawek papieru, pusty.
Jaki ja mam z ciebie pożytek. – zapadł się w swoim fotelu, wyraźnie osłabiony. Czuł się słaby, nie fizycznie, ale przytłoczony swoją bezradnością; doprowadziła go do stanu, w którym zabrakło mu argumentów i musiał użyć siły, i właśnie przez to poczuł swoją słabość. Potrafiła go unicestwić, i to czym, milczeniem, zwykłym, ordynarnym milczeniem, nie-mówieniem, anty-akcją, tym intensywnym brakiem działania, uporczywym odmawianiem reakcji, a on nie mógł zrobić nic, absolutnie nic, żeby ją z tego stanu wyprowadzić, za to ona wyprowadziła go z równowagi.
Zamknął oczy i westchnął głęboko. Raz, dwa.
I co z tym biletem? – odezwał się grubawy pasażer w przyciasnej koszuli; stał obok siedzącego kierowcy od dłuższej chwili.
Co, co? Przecież widzi pan, że drukarka nie działa, odmówiła współpracy. Widzi pan czy nie?
Pauza.
Ale ja go potrzebuję.
Przymknął oczy. Trzy, cztery.
Nic panu na to nie poradzę. Wie pan, złośliwość rzeczy martwych; udało mu się nawet uśmiechnąć.
Ale ja go potrzebuję, powtórzył tamten dobitniej.
Oddychaj głęboko. Pięć.
A ja potrzebuję, aby przeszedł pan dalej, uprzejmie pana proszę.
Należy mi się bilet, znam swoje prawa.
Należy ci się kopniak w dupę, pomyślał, ale nie powiedział na głos. Zamiast tego sześć wdech, siedem wydech – płytko i krótko, nie ma czasu.
Panie, niech pan przechodzi dalej, tu za panem ludzie czekają.
Mam prawo do otrzymania biletu, kupiłem go i chcę go dostać.
Patrzcie ludzie, co za służbista, Mrożek by tego nie wymyślił. Bo zaraz pójdę do innego busa i tak się skończy. O, tam podjeżdża inny, za niedługo pewnie będzie odjeżdżał. Ludzie, to bez sensu, ja nie będę czekał aż jakiś baran się wykłóci o taki drobiazg.
Ja baran? Że niby ja? Wy na siebie spójrzcie, stado baranów, ignoranci pieprzeni.
Ja ignorant? Żebyś TY się nie zaczął modlić, żebym cię zignorował, palancie jeden.
Panie kierowco, niech pan coś zrobi, tu ludzie czekają.
Tak bardzo chciał zacząć ten dzień dobrze. Jeszcze trzy oddechy, pomyślał, zostały mi zaledwie trzy oddechy. A los nawet tych mu odmawia. I do tego jego własna drukarka go zdradza.
Osiem, zaciąga ręczny. Dziewięć, wstaje z siedzenia. Z bliska dostrzega wyraźniej żyłę na skroni kłótliwego pasażera, zaczerwienioną twarz – od nerwów, zmęczenia czy alkoholu, trudno orzec – wyłupiastożabie oczy i grube usta wybuchające słowami jak kulami armatnimi.
Wyprostował się, chwycił grubaska za ramiona, mocno nim potrząsnął i wykrzyczał: Czy pan jest kurwa normalny?!
Grubas zastygł; usta, przestawszy wypluwać kolejne słowa, nagle obwisły i wisiały jak przyczepione do reszty twarzy, na której czerwień ustępowała lekkiej bladości. Spojrzał na niego, a w jego spojrzeniu było coś takiego niewinnego, cielęcego, zbaraniałego, właśnie zbaraniałego, jak owca, która się zgubiła i nie wie, jak znalazła się w miejscu, w którym jest. I żabie oczy zmieniły się w oczy owcze, mniej wyłupiaste, a okrągłe i może nawet uroczo niebieskie?
W tym momencie drukarka zaskrzeczała, zaterkotała i wypluła. Spojrzeli na niego, obaj w tej samej chwili. Bilet.
Tak bardzo chciał ten dzień zacząć dobrze.