ŻABKA TOWN

Styl – Częstochowa, oto myśl przewodnia, XXI wiek, Polska, według podań strona Europy Zachodnia. Chociaż według Damiana to komuna, szare bloki, co godzinę z dziewiątego piętra skoki. Bociany jak raz na zimę odlecą, to już nie wracają. Tutaj nawet diabeł nie mówi dobranoc. Coś tam, że policyjne państwo, że kościół na kościele, chociaż Jezus, Król Polski, tu nie wstaje z grobu na Wielkanoc.

Damian tak stoi pośrodku starych bab i starych capów, co macają te cebule, pomidory, miętolą i wybierają ogóry na korniszony i jak tu takie coś kupić, kiedy jedna ręka od szczyn była, druga po sraniu nieumyta, co druga morda wesoła, choć za paznokciami żałoba. Warzywa w autorskim sosie demi glace z aromatami dżumy, cholery i vanitatum vanitas – taki to był zlot psów ogrodnika, a dewiza – co nie kupi, to wymaca. A ojciec jak mantrę powtarzał mu z rana, że polskiego rolnika szanować trzeba, bo sam ze wsi był i wiedział, że gruszek nie daje ludziom wierzba, że mleko nie z kartonu, a z krowiego cyca na świat przenika. Czcza gadanina, kiedy ojciec Damiana plasował się na minusowej wartości dobrobytu miernika, że jedyne chętne ręce ku niemu sięgające były właśnie tymi o wątpliwej sanitarnej jakości i pomimo gospodarczej działalności reprezentował biedę, małość i maści wszelakiej marność. Gdyby najntisami pobłogosławił tak Jezusek Damiana, to by z Pruszkowem walił koks, tańczył kankana albo jumę uprawiał, kradłby radia i akumulatory, byleby tylko nie jebane pomidory.

A tak, to siedzi ciągle z ojcem i jak koń towarowy ładuje, nosi i przerzuca ten podziubdziany ludźmi warzywniak. Od dzieciaka ma życie jak biedak, standardem na obiad tłuczony ziemniak, na śniadanie Danio z bułką i kiedyś terapeuta mu powie, że stąd ta trauma i nadmierne zalewanie się wódką.

Ale On to jeszcze wszystko miał naprawić, historię naprostować, wspomnienia zdekonstruować, swoje wewnętrzne dziecko Daniem bez bułki nakarmić. Sam był przedsiębiorcą i gdyby nie te stare dziady, to by swoją saszetą machał, po straganie wołał: META, FETA, KETA, ĆWIKŁA, KOPER, KWAS, TABLETA, KODA, MEFA, KALAREPA, LUTA, RZEPA, WÓDA, EMKA, BURAK, BENZO, MARCHEW. Jednak cicho tu jest getto i każdy, co od dragów na bani ma chlew, nie szuka grudy i szczurów tam, gdzie rzodkiew; także Damian maksymalizacja czasu pracy, po godzinach nosi towar – Narko Uber Eats, los dostawcy.

Nagle drr, drr – telefon, Damian odbiera, a z niego: „Siema, skołuj mi coś dobrego”. Oczy ma jak dolary, bo ta jedna przesyłka bije kapitałowo z warzywniaka miesięczny utarg, po synapsach jego ośrodka marzeń jeździ już Mercedes czy inny Ford Mustang.

DAMIAN (po hewrajsku): „Także ojciec muszę już lecieć, nie mogę nie zdążyć, mam pociąg do mąki i w bagażu mam torby, a w torbach są siatki, na stacjach przesiadki, w przedziałach sąsiadki, wieszaki, leżaki, leżaczki. Muszę już lecieć, nie mogę nie zdążyć”.

Zakłada kaptur, chwyta saszetę, a raczej atomy, które kiedyś saszetą były, które kiedyś między czosnkiem leżały a ogórkiem. Jeszcze chyba był nieświadomy, dlatego szybka rozkmina – tworzy ciąg przyczynowo-skutkowy między warzywem, saszetą a hydrą – tymi rękami, co sięgają i macają. Zawrót głowy, nogi mu wacieją.

Takie tu się dzieją thrillery, a Damian już nie stoi, tylko w tłumie lewituje i się od straganu oddala, w siną dal dryfuje, ta myśl jak wściekła osa – w bani mu dryluje, że jak tu kogokolwiek w tym kraju wspierać, jak to się dzieje, że byle Polak-robak Ci wymaca pomidory, obrabuje dom, podwędzi towar (i inne metafory), że łatwiej w sympatię do Afryki się wdać i może tam by go docenili, że mieliby co ćpać, choć nigdy w Afryce nie było Damiana, to jednak mu żal było, że od samego rana dzieci, zamiast serka i wędliny, na śniadanie mają tam moździerze, karabiny. I myśl go ta podnosi na duchu, że inny gorzej ma, że jeszcze nie jest tak źle, bo zawsze mógł skończyć jako bohater dokumentu o suszonych dzieciach z Burkina Faso, Knapik opisywałby proces ich produkcji i importu na tereny internetu i telewizji. Myśl go ta podnosi na duchu, że inny gorzej ma. Można było zawsze urodzić się na Olimpiadzie Wietnamskiego Koszulexu sp. z o.o., gdzie dzieci w kategorii 4 lata szyją koszulki na czas. Saszety nie ma, ale inny gorzej ma i ta myśl go podnosi na duchu.

Twarda bania i zaciśnięte pięści. Trzeba manifestować, bo bycie okradzionym to tylko stan umysłu i Damian jeszcze się na każdym takim delikwencie zemści. Z papierosem w ręku zaczyna medytować, siebie w willi z saszetą, piękną żoną i dwójką dzieci wizualizować, bo bieda to stan umysłu, a nie tam jakiś społeczno-ekonomicznie złożony problem.

Intuicja go prowadzi, jeszcze znajdzie to, co stracił. Zamiast blokowisk wyłania mu się jakieś żabka town i kroczy, obcy jak ósmy pasażer podróży w Żabki™ świecie i tak mija jedną, piątą i dziesiątą i go z rytmu to wybija niemożebnie, że Baudrillard się tu odgrywa, że Symulakry i Symulacja, ciągłą zielenią tych szyldów bodźców stymulacja. Zamiast re, re, kum, kum, to tylko słyszy, czy jest aplikacja, polecamy hot doga albo kawę, niejednemu kasjerowi kryształ opychał na dobrą sprawę.

Ale takie chyba były boże plany – kolaboracja z Żabką™, fragment sponsorowany, bo wreszcie coś poczuł, wszedł do środka za fetorem. W kolejce dwa randomy i jakiś żul o smaku syfu, kiły i mogiły. Damian mu się przygląda i widzi też saszetę i niby to dobrze, niby niedobrze, bo te łachmany menelskie, obszczane jeszcze za stanu wojennego, wykraczały poza jakiekolwiek synestezji granice. Tylko ten mocz w nosie, w płucach, te siki w oczach i szczochy na skórze, w samej gębie jak znieczulenie u dentysty (końska dawka).

Kasjerka już ślepnie, piwo strąca, afera i marnacja plus trzy minuty na sprzątanie, jeden random o drugiego oparty, osuwa się, mdleje prawie, drugiemu udar się dzieje, jakieś kocopoły plecie, że ziemia płaska, że szczepionkowa depopulacja, Korwina cytuje, a menel klęka, siorbie, zlizuje to piwo ze szkłem w gratisie.

Damian rzuca się na niego, kości łamie, bije tak, że krew mu wszędzie kapie, odbiera to, co jemu należne, chociaż żula promieniowanie wyżera mu ubrania, skórę topi. Wydaje się, że to jego chwile ostateczne. Powtarzał sobie na nowo: „ale przecież śmierć to tylko stan umysłu”, ale nie zdążył już rozwinąć tego rewolucyjnego dla świata pomysłu. Także policja, czarne worki, prokurator, akt zgonu i jeszcze ściganie z urzędu tego wroga narodu, co szczynami od ubeków dawnych zabija Polaków. Kolejna victoria, niby kosztem czterech (tragiczna historia), ale przecież będzie można tych powstańców zmitologizować, jakiś marsz zorganizować i w imię demokracji przeciwko partii X ośmiogwiazdkować.