Władca akwarium

Ricardo spóźniał się zawsze, ponieważ tak został wychowany. Może i mógłby zmienić ten nabyty od rodziców nawyk, ale jego lenistwo raczej nie sprawiało, że aspirował do walki ze swoją włoską naturą. Poza tym jedynymi osobami w jego otoczeniu, którym ta cecha przeszkadzała, byli turyści, rezydujący w jego rodzinnym domu. 
Ojciec Ricardo odziedziczył to dwupoziomowe mieszkanie w samym centrum Palermo w spadku po zmarłej żonie i od jakiś pięciu lat pożytkował niższe piętro jako pensjonat dla przyjezdnych. Trzy sypialnie, każda z prywatną, przypisaną sobie kolorem (Green, Blue oraz Orange) łazienką, otoczone wielkim salonem i jeszcze większą kuchnią z pięcioma palnikami i wyspą po środku. Do tego, w jej kącie, zaraz przy jednym z dwóch kuchennych balkonów, mieściło się ogromne akwarium, liczące jedenaście ryb (w tym siedem Paletek, pięć samic i dwa samce, oraz cztery Kosiarki, płeć nieznana).
Od tych kilku lat Ricardo pełnił rolę dozorcy, kierowcy, a czasem i sprzątaczki w biznesie ojca, dzięki czemu nie musiał szukać sobie pracy jako kelner w trattori czy sprzedawca magnesów na jednej z turystycznych ulic miasta. Czasami w sprzątaniu pomagały mu osiedlowe nonny, przyjmując za to symboliczną kwotę zapłaty, bo przecież głupio było im się targować – znały Ricardo od dziecka, a niektóre z nich nawet kiedyś były jego opiekunkami, podczas nieobecności głowy domu. A zdarzało się to raczej często. Matka Ricardo zmarła dość wcześnie, bo niespełna rok po jego urodzeniu. Chyba dolegało jej coś poważnego, ale ojciec zawsze zbywał pytania syna na jej temat i nie pielęgnował w nim pamięci o kobiecie, która dała mu życie, toteż ten w końcu stracił zainteresowanie. Kiedyś jako dziecko w jednej z szaf w sypialni ojca znalazł jej zdjęcie, młodej i pięknej. Spodobała mu się. Szybko jednak zapomniał o tym przyjemnym dla oka obrazie przeszłości, gdy skórzany pas dotknął skóry jego pleców i zostawił bolesne ślady widoczne na tyle, że wstydził się biegać wieczorami po ulicach z kolegami bez koszulki, mimo że ociekała potem.
Ricardo niezbyt przykładał wagę do istnienia kobiet. Tym bardziej, że żadna nie zwracała na niego uwagi. Wcześniej koleżanki ze szkoły raczej się z niego wyśmiewały, a ponieważ nie był jakoś towarzyski i nie pojawiał się w miejscach, gdzie zbierała się młodzież, średnia wieku kobiet, które spotykał wynosiła siedemdziesiąt lat (nie licząc rezydentek, ale te traktowały go jak powietrze, nieprzykuwający spojrzenia element wystroju willi). Jego ojciec po śmierci żony bardzo często zmieniał kobiety (a może i nawet za jej życia). I zazwyczaj nie były to Włoszki, nawet jeśli dochodziło do ożenku. Jego nowa żona, bo od jakiś pięciu lat, Monika, skłoniła go do wynajmu pokoi turystom. Ponieważ znikała z willi tak często, jak jej mąż (w sumie nie wiadomo – razem czy osobno), decyzja ta przypadła do gustu nie tylko ojcu, ale i synowi, który i tak w tej kwestii nie miał za wiele do powiedzenia. Ricardo pod ich nieobecność czuł się panem domu, a roztoczony przez jego wyobraźnię czar pryskał, gdy Monika niespodziewanie pojawiała się w pensjonacie, jak turystka, w celach wypoczynkowych. Przesiadywała całymi dniami nad basenem, a jej piegowata skóra, pokrywająca kiedyś pewnie piękne ciało, skwierczała na sycylijskim słońcu niczym jajka sadzone na oleju. Ricardo nie spotykał jej w żadnych innych ubraniach oprócz wzorzystych strojów kąpielowych i słomkowego kapelusza z ogromnym rondem i różową, aksamitną kokardą. Osłaniał jej spalone, siwiejące blond włosy i oczy koloru sopli lodu. Zawsze miała szminkę na zębach, a że uśmiechała się nazbyt często, nie dało się ominąć tego widoku wzrokiem. Była jedyną kobietą zainteresowaną Ricardo, ale może to ze względu na fakt, że ogólnie w życiu interesowali ją tylko mężczyźni. Nieważne, czy byli od niej trzydzieści lat młodsi, niezadbani lub biedni. Nie posiadała żadnych innych pasji (oprócz opalania się, rzecz jasna). W sumie Ricardo nie wiedział, gdzie jego ojciec poznał Monikę i skąd nagle wzięła się w ich domu. I dlaczego słuchał, co miała do powiedzenia, a nawet brał pod uwagę jej zdanie i podejmował przy jej pomocy ważne decyzje. Nie sprawiała wrażenia grzeszącej ogromną inteligencją, ale grzeszyć grzeszyła na pewno. Był pewien, że uwodziła innych mężczyzn, gdy ojca nie było obok i zdawało mu się, że sam ojciec nawet o tym wiedział. Dziwnie nie przywiązywał do tego szczególnej wagi, nie to co do jej żądań. Pewnego razu, gdy Ricardo pod rozkaz w środku nocy odbierał ją z imprezy z jej włoskimi starszymi koleżankami, zza rogu budynku widział, jak maluje czarnym sprejem na obdartym murze napis: Sex work is work. Nie oceniał, ale może ojciec poznał ją właśnie w takich okolicznościach. W cieniu nocy zachwycił się sprytem i umiejętnościami biznesowymi kobiety, a zaraz potem włożył pierścień zaręczynowy po mamie Ricardo i czterech innych żonach i sprowadził do ich domu, rewolucjonizując jego zarządzanie.

Ricardo zmienił starą i zdartą płytę Pink Floyd dorwaną na mercaddo i włożył do samochodowego adaptera błyszczący dysk z włoskimi hitami uwielbianymi przez Europejczyków. Wjechał za błyszczącym autokarem na lotnisko oddalone godzinę od Palermo. Zatrąbił na kolosa, tak dla zasady i zatrzymał się na pasach dla pieszych, zaraz za parkingiem taxi. Nieczęsto zdarzało się, że turyści, korzystający z noclegu w willi dodatkowo wykupowali transport z lotniska, bo Ricardo zadbał o to, by podróż mocno mu się opłaciła. Jednak ta przybyszka (według AirBnb – Magdalena) najwyraźniej nie zraziła się wysoką ceną usługi i wybrała ją od razu przy bookowaniu (co podejrzane) najtańszego pokoju. Na swoim koncie nie posiadała zdjęcia profilowego, Ricardo nie wiedział więc, kogo się spodziewać. Monika akurat rezydowała na basenie i bał się, że dogada się z przybyszką, co będzie oznaczało, że Ricardo zostanie okrzyknięty nadwornym szoferem i będzie musiał wozić damy po obskurnych barach, zamiast grać w gry na PlayStation w salonie dla gości. Siedział w swoim brudnym aucie jak na szpilkach, oczekując tajemniczej kobiety. Co jakiś czas nieufnie spoglądał w stronę drzwi wyjściowych z budynku, do momentu gdy ktoś ubrany jak włoski chłopiec zapukał mu w szybę. Uchylił lekko okno i machnął ręką, by odgonić intruza.
Po chwili jednak osoba opatrzona jedynie w wielki plecak przyłożyła do przezroczystej powierzchni szyby ekran telefonu wyświetlający rozmowę Ricardo z Magdaleną ze wskazaniem marki, koloru i rejestracji jego auta.
Ricardo nieco zbity z tropu pchnął drzwi pasażera, o mało nie taranując niskiego chłopca. Z deski rozdzielczej podniósł wcześniej przygotowaną kartkę z napisem „MAGDALENA”, patrząc na niego pytająco.
Osoba po drugiej stronie westchnęła z niezadowoleniem, zrzucając balast z pleców i pakując go do auta.
- Jeśli już, to Meg – odparła, wskakując na miejsce obok zszokowanego kierowcy.
Dopiero gdy zdjęła okulary przeciwsłoneczne, odsłaniając dziecięcą buzię o pulchnych policzkach, Ricardo rozpoznał w niej kobietę. A może raczej dziewczynę, chyba nawet młodszą od niego. Nie wróżył jej przyjemnych nocy na mieście w pojedynkę.. no, chyba że zapyta go o eskortę.
Odchrząknął, zapalając silnik, zwiększył głośność muzyki (Pedro, Pedro, Pedro, Pedro, Pe-!) i ruszył.
Jeszcze zanim zdążyli wyjechać z terenu lotniska, Magdalena-Meg ostentacyjnie wyłączyła radio i narzekając na temperaturę, zapytała wrogim tonem:
- Pięćdziesiąt euro i nie masz tu klimatyzacji?
Odkręciła mechanizm w drzwiach, zupełnie chowając szybę i zaraz poleciła zrobić to samo Ricardo. Był przyzwyczajony do wykonywania cudzych rozkazów, ale w takim układzie to zazwyczaj on mówił, co robić turystom. Role się odwróciły i nie do końca mu to odpowiadało.
Meg zdjęła czapkę z daszkiem, a silny wiatr porwał jej gęste brąz włosy w taniec. Wystawiła łokieć przez okno, opierając głowę na ręce. Ricardo powinien zwrócić jej uwagę, że na autostradzie raczej nie jest wskazane, by cokolwiek wystawało z auta, a już na pewno nie części ciała, ale że był Włochem, nawet tego nie zauważył. Mknęli przez rozgrzany asfalt w ciszy.

Gdy Ricardo budził się rano (koło południa), Meg już nie było w pensjonacie. Gdy kładł się spać, po Meg dalej nie było śladu. Czasem nocami nasłuchiwał jej powrotu, może nawet trochę bojąc się, że nie wróci i będzie z tego duży kłopot. Poruszała się ona jednak tak bezszelestnie, że nie był w stanie ustalić pór jej urzędowania w budynku. Aż do trzeciego dnia jej pobytu, kiedy to poznała Monikę. Przyłapał je za szybą tarasu, oczywiście przy basenie. Rozmawiały po hiszpańsku, Monika w pełnym słońcu, Meg w cieniu parasola, Monika w kusym stroju kąpielowym, Meg w za dużej koszuli i spodenkach do kolan. Nie wiedział, czy bardziej konsternował go fakt, że jego macocha mówi biegle w kilku językach czy doświadczenie hiszpańskiego dialogu we Włoszech. Gdy obie wybuchły śmiechem, Ricardo wycofał się z pola rażenia.
Drażniło go, że ani razu nie poprosiła go o towarzystwo, tak dla bezpieczeństwa, wpadając wieczorami w wir miasta. I choć wiedział, że siłą i sprawnością fizyczną wyprzedzała go o lata świetlne, wciąż – była dziewczyną, a on już wprawdzie mężczyzną. A na Sycylii u boku mężczyzny dziewczynie nic nie grozi. Starał się nie spoglądać na jej spocone, wyrzeźbione uda, gdy wracała z przebieżki przed kolacją. Była to do tego widoku jedyna okazja, bo tylko wtedy zakładała spodenki krótsze niż zwykle. Często zaczesywała wilgotnymi od wody palcami lśniące, proste włosy do tyłu, jakby jej przeszkadzały. Dużo rozmawiała z Moniką, na nieszczęście sprawiając, że ta nie planowała żadnych wypadów poza willę i gniła nad basenem, a do niego w sumie nic nie mówiła, odkąd wysiadła z auta po powrocie z lotniska. Była jak każda poprzednia rezydentka i zupełnie od nich różna. Absolutnie go irytowała i absolutnie fascynowała. Dni, w których nie opuszczała swojej noclegowni, spędzał w kuchni, jeśli ona akurat tam nie gotowała (a potrafiła robić to godzinami), i wpatrywał się w wielkie akwarium pełne ciekawskich ryb. Darzył je może zbyt dużą sympatią, patrząc na to, że były marnymi pupilami, ale jako jedyne w tym domu zwracały na niego uwagę. Po wyjeździe jednych z gości musiał postawić na szklanej konstrukcji tabliczkę z prośbą o niedokarmianie ryb, bo zdarzyło się, że dostały o wiele za dużo pokarmu i kilka z nich zdechło z przejedzenia. Ricardo bardzo przeżył to wydarzenie. Oswojenie się zajęło mu tydzień. Ryby obserwowały jednym okiem (zależnie od położenia akwarium względem niego, ale zazwyczaj prawym) każdy jego krok i zawsze zbierały się wszystkie w jednym rogu, gdy akurat wchodził do pomieszczenia. Karmił je zależnie od swojego humoru, testując ich granice. Zainteresowało go zjawisko śmierci przez dostatek pokarmu. Gdy czuł się źle, głównie z powodu samotności, nie żywił ich wcale. Czasem trwało to tygodniami. Po ich ruchach i zachowaniu oceniał, ile jeszcze wytrzymają. Ile jeszcze on wytrzyma. Kiedyś Paletka zjadła jedną Kosiarkę i z tego powodu zmarła. Gdy zaś miał dobry humor, karmił je prawidłowo, wedle instrukcji na opakowaniu karmy. Nie doprowadzał do przejedzenia, bo sam nie znał tego uczucia albo raczej nie chciał go znać. Nie nadawał rybom imion, by w trakcie eksperymentu za bardzo się do nich nie przywiązywać. Podobało mu się, że są od niego zależne, zamknięte w wodnej klatce, jak on w tym wielkim domu. Słuchają się go, tak jak on słucha się wszystkich dookoła. Ryby jedyne były mu w pełni podległe. I chyba nawet one dziwiły się, że podczas miesięcznego pobytu Meg dostają pokarm regularnie, bo ich właściciel ewidentnie miał zły humor. Potrafiły rozpoznać jego zachowanie w takim stopniu, jak on potrafił ich.
Meg rezydowała we włoskim pensjonacie trzy tygodnie i kilka dni, równy miesiąc. Przez cały ten czas Ricardo nie doszedł celu jej podróży, ale i tak dał sobie spokój w połowie jej pobytu. Grając na konsoli w wielkim salonie, ukradkiem spoglądał na jeszcze bardziej wypchany niż po przyjeździe plecak, stojący w rogu. Wcale nie wyczekiwał pojawienia się jego właścicielki, która była w trakcie ostatecznego obchodu mieszkania w poszukiwaniu swoich rzeczy i pożegnań z Moniką nad basenem. Był zajęty swoją grą, zresztą jak przez cały ten miesiąc.
- Vamos! – usłyszał krzyk z tarasu, poprzedzający kroki białych (teraz już brązowych od spotkania z ulicami Palermo) trampków.
Spiął się lekko, nie wiedzieć czemu poprawiając koszulkę na ramionach, co tylko go zezłościło. Utkwił twardo wzrok w ekranie telewizora.
- Idziemy? – zapytała Meg, wrzucając na siebie ciężki plecak.
Nie patrząc na nią, wstał, wyciągając wcześniej przygotowane kluczyki z kieszeni i to poirytowało go jeszcze mocniej. Po miesiącu wrócili razem do auta.

Droga na lotnisko zajęła mniej niż godzinę, bo Ricardo jechał szybciej niż zwykle. Chciał odstawić turystkę na miejsce, wrócić na kanapę i zapomnieć o tym, że w ogóle istniała w jego przestrzeni. Zatrąbił kilka razy na innych kierowców lub tak po prostu, w eter i ponownie zaparkował na przejściu dla pieszych pod wejściem do budynku lotniskowego.
Nie raczył spojrzeć na Magdalenę. Czekał, aż wysiądzie, weźmie swój plecak z tylnego siedzenia i zniknie za drzwiami już po tym, jak on odjedzie. Z tym że ona dalej siedziała.
Niecierpliwie zastukał palcami w kierownicę, w końcu zaciągając ręczny.
- Dbaj o rybki – odezwała się do niego drugi raz od trzydziestu jeden dni, wyciągając w jego stronę pięść.
Popatrzył na nią zdziwiony ostatni raz. Na uśmiechniętą, teraz już opaloną, pulchną buzię małej dziewczynki w przebraniu włoskiego chłopca, które broniła absolutnie fenomenalnie.
Otworzyła dłoń, dzierżąc w niej magnes w kształcie rybki.
- Słyszałam, że jedna ucierpiała w boju – powiedziała nieśmiało. – Teraz będziesz miał komplet.
Równie zawstydzony, co ona, przyjął upominek i wybąkał tylko:
- Dbam o nie codziennie.
Od razu odwrócił wzrok, wbijając go w jasnoniebieską, ceramiczną rybkę z żółtymi refleksami na płetwach. Zdusił napływający na twarz uśmiech.
Po drugiej stronie świst intensywnie wciąganego nosem powietrza.
- To ty mówisz?! Myślałam, że jesteś niemy!

W niedługi czas po odjeździe Meg, Monika zaszła śpiącego na leżaku nas basenem Ricardo, dając mu kuksańca w żebra. Podskoczył przestraszony, o mało nie spadając z siedzenia, na co ta wybuchła swoim rechoczącym śmiechem.
- Ciao, przystojniaczku! – zaskrzeczała.
Był pewien, że słońce jeszcze bardziej wyżarło jej mózg, nie pozostawiając żadnej szarej komórki w jego mikroskopijnym wnętrzu.
- Cicho tu tak bez tej całej Mag, co nie? – ciągnęła, nie dość, że myląc jej imię, to jeszcze rozdrapując niewidoczne rany na ciele Ricardo, których obrzydliwie się wstydził, próbując zmazać z siebie ich piętno. Nienawidził Moniki mocniej, niż zanim wypowiedziała to zdanie. – Mądra to była dziewczyna. Na doktoracie, wiesz? Słuchaj, pani socjolog. Cały ten wyjazd z uczelni jej opłacili. No, nie pamiętam czym tam konkretnie się zajmowała, ale ta szkoła letnia, na którą tak latała, zamiast opalać się ze mną tutaj nad wodą, to chyba o tym całym GBLT była. Ona to też taka w te klimaty, nie? Zero kiecki, buta na obcasie, chyba szminki nigdy na oczy nie widziała! – Znów ten ropuszy rechot. – Najbardziej to mnie bawiło, że myślała, że ty to niemowa! No myślałam, że nie wiem, co! – Ricardo w tym momencie zapragnął być także pozbawiony słuchu. – Ale fajnie, nie no, fajna taka była, fajnie się z nią gadało, chociaż co ty tam w sumie o tym wiesz – Znów klepnęła go w okolicach brzucha, zwijając się ze śmiechu. Gdy się uspokoiła, dodała tylko: No, i powiedziałam jej, że masz ten swój dziwny rytuał, że nie karmisz rybek, to dziewczyna sama kupiła im żarcie i dawała codziennie rano, żeby nie zdechły, bo ty do nich wieczorem zawsze łazisz..
Ricardo na te słowa zerwał się z leżaka, boleśnie odklejając gołe plecy od plastiku, ale nie miało to znaczenia. Pobiegł przez płytki brodzik koło basenu, wpadł w przesuwane drzwi od tarasu i zostawiając mokre ślady stóp na wysprzątanej wcześniej przez nonnę podłodze, dostał się oniemiały do kuchni.
Stanął na środku, koło wyspy, na której nowo przybyła turystka smażyła filety z ryb. Popatrzyła na Ricardo w tępym osłupieniu, w końcu przełamując trwającą między nimi ciszę:
- Zamierzacie zasiedlić to akwarium czy tak dla ozdoby stoi puste?
Siedem Paletek, pięć samic i dwa samce, oraz cztery Kosiarki, płeć nieznana spoczywały na dnie.