Wieloznaczność drogi
Syndrom sztokholmski
czekałam na Ciebie na czternastu wyspach
w obcym języku chciałam zgubić ostre słowa
zapomnieć każde gniewne pożegnanie
goni mnie uparcie zapach szorstkich warg
wzbija się kilometrami i wpada w turbulencje
spadam jak puch
albo czerwone jabłko
z zakazanego drzewa
oddajesz mi swoją karmę
jak oddaje się za duże łóżko
do szwedzkiego sklepu
S7
w niezawisłym pędzie wyrównanych silników
stukotanie
pies sapie z tyłu
daję na fulla
liczę przerwy między liniami
nakręcam korbkę wieloznaczności drogi
Na siłę
moja matka pilnuje, żeby dziadek nie umarł
zamiata martwe naskórki i rozpuszcza jak lekarstwo
na zgagę co nie daje spać
jak na jedynce telesport
świątek piątek co niedziela
plącze się w gorzkiej pościeli
w niepodzielne kwiatki
leje do gardła zimny rosół
a on już nie krzyczy
nawet na mnie
bo nie pamięta, że jestem dorosła
i mam kota, który rzyga mi pod łóżko
i którego cierpienie jest ważniejsze
niż sen mojej matki
okrętkowym ściegiem przyszytej do powłoczki,
która uczyła ją jak żyć, żeby bolało
i co ma wspólnego sójka i pies
zakopane na działce pod zakazaną jabłonką
moja matka pilnuje żeby nie umarł
żeby nie
moja matka
umarł
ale pilnuje
Nocna przejażdżka
wygrzebuję spod skruszonych mostów Twoje zwiędłe pelargonie
a przecież mówiłaś, że nie masz ręki do kwiatów
rozkładają się pod gruzami,
rozbijając całe miasto
biegnę objazdem przez nierzeczywistość
miarowym oddechem przebijam ciemność
wyłaniam się z lasu jak drzewa na pozycyjnych
a z nosa lecą mi koraliki między rowerowe szprychy
i znów mam siedem lat, a moja matka nie umarła we mnie
i wiem kim nie jestem i kim się nie stanę
wilgotnieje mi ciało
rozpływam się po asfalcie jak plama oleju
cienką strużką podkopuję krawężniki
i boję się już tylko ciemności