Znów przypadła jej kolej na mycie naczyń, choć odkąd zmarła Maryśka, jej kolej była zawsze. Wczoraj kupiła nowe opakowanie rękawiczek lateksowych, ale teraz nie było ich w zwyczajowym miejscu. Z obawy przed karą nie przeszukała innych szafek, do których nie wolno było jej zaglądać, w końcu więc zawołała:
- Matko, gdzie znajdę..?
- Nie ma!
Matka dobrze wiedziała, że Gośka zapyta, stąd ta szybka odpowiedź. Przygotowywała się do niej od kilku dobrych minut, które jej córka zmarnowała na tępe wpatrywanie się w puste miejsce na półce.
- Myjże już! Zaraz zaczyna się serial i nie będziesz mi wodą hałasować!
Gośka spojrzała na zlew pełen tłustych naczyń. Resztki mięsnej zapiekanki ziemniaczanej walały się między talerzami już piąty dzień, a zalane wódką z wczorajszych kieliszków produkowały niesamowicie intensywny odór zepsutego jedzenia, które ktoś jednak starał się zakonserwować. Matka niespełna tydzień temu miała wyjątkowo dobry humor i wybrała się na zakupy, a nawet ugotowała obiad, ale działanie każdych proszków w połączeniu z Carlo Rossi kończy się zjazdem. Do produkcji potrawy na jedną blachę wykorzystała jednak wszystkie niepotłuczone jeszcze przez ojca naczynia, pewnie nie specjalnie, pewnie po prostu miała taki system pracy w kuchni. Pewnie nie wiedziała, że zlew będzie stał pełny pięć dni i pewnie nie planowała, że jego opróżnienie spadnie na Gośkę, choć od trzech miesięcy wszystkie obowiązki domowe spadały właśnie na nią, tak jakby ona też nie przeżywała żałoby po starszej siostrze.
Ojciec chrapał głośno na kacu, ale gdy tylko Gośka zanurzyła gołą dłoń w otchłani zlewu i dwie pokryte mgłą brudu i śliny szklanki uderzyły o siebie, matka syknęła z salonu:
- Nie da się ciszej?!
Delikatnie powyjmowała mniejszą ceramikę, ustawiając filiżanki i talerzyki w rządku do zbiorowej kąpieli. Sztućce umieściła w mniejszym garnku bez zacieków brudu, bo najwyraźniej używany był tylko do grzania wody i leżał niemalże na szczycie Mount Everestu obrzydzenia. Żeby nie marnować bieżącej wody, Gośka zawsze myła resztę naczyń w największym garze, dolewając do niego płynu. Tym razem był to Ludwik z przeceny w Delikatesach koło bloku – zapach malinowy. Gdy tylko dolała odrobinę do garnka, kolejny raz tego dnia wzięło ją na wymioty za sprawą spożytej wczoraj zbyt dużej ilości wódki. Ojciec zapijał smutki po dziecku i co mu się dziwić. Biedak potrzebował kompana do kielicha, a że z matką jakoś od kilku miesięcy było mu nie po drodze, zachęcał Gośkę do wspólnego spędzania czasu.
- W końcu siedemnaście to już bliżej niż dalej do legalności – powtarzał.
A Gośka nie oponowała, bo każda namiastka rodzicielskiej atencji była teraz w cenie. Jednak ciepłe wspominki trwały tak do piątej kolejki, łatwo wchodziło na pusty żołądek, a smutek zjada apetyt. Później ojcu włączała się agresja słowna i wlewał w córkę alkohol, mimo jej próśb i odruchów wymiotnych, ciągnąc ją za włosy i wrzeszcząc do ucha:
- Za Marysię się nie napijesz?! Chociaż tak byś odkupiła swoje tchórzostwo – I dalej dwa słowa niedobrze świadczące o jej inteligencji i kobiecości.
Gdy jednak udało jej się nie zwymiotować, w pośpiechu wróciła do segregacji naczyń, bo serial już prawie się zaczynał. Podniosła jedną z misek i uderzył ją potężny odór zgnilizny. Odsuwając się od zlewu wzięła głęboki oddech, tak jak wtedy, zaraz po wynurzeniu, tylko że tym razem go wstrzymała i wróciła do miski wypełnionej resztkami mielonego mięsa. Szamotała się w nim jedna samotna biała glista, uwięziona między surowymi zlepkami zwierzęcego mięśnia. Choć powietrze trzymane w ustach już dawno się jej skończyło, przystanęła nad stworzeniem, czekającym na jej litość. Żółć podeszła jej do gardła, jednak głośno przełykając ślinę, sięgnęła po opakowanie Domestosa i kropelka po kropelce polewała glistę płynem. Wiła się panicznie, nie wydając żadnych dźwięków i Gośka dobrze znała to uczucie. Patrzyła, jak coraz szybciej wiotczeje jej ciało i uchodzi z niej życie. Utonęła w bagnie zgnilizny, co za żałosna scena. A ją ktokolwiek ma czelność nazywać tchórzem. Zaczęła rozgrzebywać zepsute mięso palcami, co sprawiło, że odór stawał się intensywniejszy. Przykryła glistę grubą warstwą zgnilizny i dopiero wtedy zabrała się za mycie miski. Jej ohydny nagrobek o zapachu kibla i malin spłynął do sitka w zlewie, pokrywając się warstwą tłuszczu z blaszanego półmiska z resztkami spleśniałej mozzarelli i skisłych pomidorów. Osiadła pomiędzy dnem a syfem zlewu, za kratami sitka.
W końcu Gośka nie mogła się powstrzymać i zwymiotowała prosto do garnka, w którym myła resztę naczyń i krztusząc się, opluła swoje gołe ręce żółtą śliną. Właśnie zaczął się serial i matka zerwała się z fotela podczas czołówki, budząc przy tym ojca. Podbiegła od tyłu do zgarbionej nad zlewem postaci Gośki i szarpiąc ją za włosy, włożyła jej głowę prosto do garnka pełnego wymiocin, pomyj i zepsutego jedzenia.
- Powiedziałam ciszej – Kura z „w” po „r” i przed „a”. – Ciszej! Dlaczego nie utonęłaś?! Ty też powinnaś utonąć! Też powinnaś utonąć! Dlaczego?!