Trzy

To jeszcze niedojrzałe, przedwczesne

Szwenda się po Kraka grodzie
Recydywista pióra, poeta przedwczesny
Zbiera w głowie kwiat artyzmu doczesny
Zamyśleniem dodając szwendaniu urodzie
A gdy wtórego dnia się zbudzi to ujrzy nad ranem
Jeno własne jego dłonie inkaustem zbryzgane
KcKw.

Muzyce

Zdobne gmachu korytarze
Skrzypiec dźwięk powietrze tnie
Wokół zaś znajome twarze
Kunszt odebrał wszystkim dech 

Sztuka piękna jak aleja
W deszczu pełna liści z drzew
Nikt uchronić się nie zdoła
Kiedy struny idą w śpiew

Żywot nie da mi zapomnieć
Tej przemiany brzmienia w lód
Co się w wodę wnet zamienił
Zalewając falą nut

Wnet zostawił utwór stary
Z kompozycji gładkim szeptem
A w tym wszystkim człowiek szary
Zachwycony tonów pędem

Cudna bytowania barwa
W otoczeniu jest artystów
Pasja, burgundowa, krwawa
Kolor główny palet mistrzów

Kocham ja być wśród muzyków
Jak krzyżowiec jest muzykant
Dumny w dźwięku zwartym szyku
Akki twierdzą skrzypiec wiwat

Twórcy moi ukochani, chylę czoła wam po bruk
Bo emocji matką barwa
A muzyka matką sztuk
KcKw.

Portret

Jak chwast z wyłomu w betonie
Wyrasta z miejskich chodników
We własnej jaźni tonie
Pośród rejwachu swych krzyków

Dwustronny jak bity szeląg
Wbrew woli związany z walutą
Blaskiem głupich monety się mienią
Rozświetlając kielichy z cykutą

Lecz zanim swój kielich wychyli
Zapłacze, przemyśli, wyśmieje
Ten wyścig rewersu z awersem
O swe czucia i wszelkie nadzieje

Sam stał się obrazem gonitwy
Drze się na nim tożsamość
Pocięty na wskroś poprzez brzytwy
Wykute przez wieczystą żałość

W lustro jak wejrzy spostrzegnie
Grzesznika co świętość piastuje
Błazna przed którym król legnie
Hulakę co życie statkuje

Nie wie czym ma się mianować
Bo słów na doczesność mu szkoda
Rzecz jego jak głupiec wędrować
Być głupcem, największa nagroda
KcKw.