Sople

一 Nigdy nie zastanawiałam się nad soplami. 一
一 No jak to nigdy się nie zastanawiałaś? 一
一 Ano tak. Przecież one nigdy nie mają żadnego znaczenia. Topnieją i tyle. 一
一 A ja uważam, że są ważne. Przynajmniej wtedy, gdy mieszkasz na parterze. Jak jakiś sopel spadnie z wyższego piętra to kaput. 一

******

Na osiedlu za dużo się nie działo tego zimowego dnia.

Bałwan stracił głowę. Tułów miał żółty od psich sików, a zęby wyszczerbione. Zbliżała się odwilż i jego losem i tak nikt się już nie interesował. I tak cud, że w ogóle się narodził. Bałwany opuszczały Ziemię w zatrważającym tempie.

Ten sam los miał spotkać sople. Smukłe, długie, chudziutkie, ale też grube i twarde. Na papierze są najbardziej pożądane. Ociekające, kapiące, śliskie, gładkie i całkowicie transparentne. A jednak zazwyczaj ignorowane, niedostępne, wiszące wysoko i poza zasięgiem większości. No i czasami śmiertelnie ostre. Ale o tym zaraz.

******

Jacuś czuł, że zaraz wyzionie ducha. Służbowy laptop dyszał i buchał gorącym powietrzem, ogrzewając mieszkanie na równi z pobliskim kaloryferem. Szefowa Jacusia nie rozumiała konceptu piątkowej pracy zdalnej. Takiej, gdzie nie zadaje się wielu pytań i nie oczekuje wielu odpowiedzi.

Za oknem śnieżne bombardowanie. Kolosalne płatki penetrowały kostkę Bauma bez litości. W uśpieniu czekały na pierwsze ofiary. Staruszkę z vertigo, bachorka bez butów zimowych, ryzykantkę na obcasie.

Jacuś jęczał na myśl o podróży na uczelnię po robocie. Biało-brązowa plucha tylko czekała na wywrotkę i połamane palce. Najchętniej zbudowałby igloo z hałd leżących przed blokiem i zapadł w tłusty zimowy sen. Takie igloo byłoby większe niż jego obecna kawalerka. Włożyłby do środka dmuchany materac z Action, odtwarzacz do winyli i zapachowe świeczki. Zapaliłby te ostatnie, puścił jakąś Lorde i osunął się w gęste lawendowo-waniliowe powietrze. Przynajmniej wtedy nie musiałby płacić ponad trzy kafle za dwadzieścia dwa metry kwadratowe. Przecież nad Wisłą jakiś facet mieszka od piętnastu lat w ziemiance i nikt mu nie robi problemu.

Ostry dźwięk dzwonka do drzwi przerwał rozmyślania Jacusia. Otworzył i jego oczom ukazał się barczysty facet w wielkich drucianych okularach. Z butów wystawała mu słoma. Kurtka też wydawała się jakaś taka słomiana, patchworkowa, posklejana z losowych materiałów i wypluta niedbale przez maszynę do szycia. Facet uśmiechnął się szeroko i wyszczerzył żółte, nierówne zęby. Kolorem przypominały obsikanego bałwana przed blokiem. Strach na wróble we własnej osobie. Z dużą czerwoną puszką w dłoni.

一 Witam szanownego Pana, czy mogę zająć chwilkę? 一
一 No nie wiem. Proszę się streszczać. Pracuję. 一
一 Zbieram pieniądze na rzecz cierpiących mróz i wychłodzenie. 一

Jacuś nie miał gotówki. Kasy na koncie też niezbyt. Wypłatę dostawał dziesiątego, czyli za cztery dni, i sam się głowił nad tym skąd ogarnąć pieniądze na zakupy spożywcze. No i zbliżała się rata płatności za airpodsy. Cierpiący mróz i wychłodzenie nie mieli nad sobą windykatorów z RTV Euro AGD. Tego bólu nie znali.

一 Wie pan co, niestety nie pomogę. Nie mam kasy. 一
一 Ale nawet złotóweczki, symbolicznie? 一
一 Proszę pana, ja jestem biednym studentem. Proszę mi darować. 一

Strach na wróble nie dawał za wygraną. Wyszczerzył obsikane zęby jeszcze mocniej i nachylił się w stronę Jacusia. Z ust zionął mu ostry zapach fajek.

一 Każde mieszkanie w tym bloku wrzuciło co najmniej złotówkę do puszki. 一
一 No i? 一
一 Nie ma pan potrzeby dołożenia ostatniej cegiełki? 一
一 Proszę pana, powiedziałem, że nie mam gotówki. 一

Jacuś zaczął drżeć, bo klatka była nieogrzewana. Chłód pomieszany z zapachem smażonego mięsa skradał się do jego mieszkania, oblepiając meble i wykładzinę. Miał ochotę kopnąć stracha na wróble w brzuch, zepchnąć ze schodów, wytrącić z równowagi. Wyrwać mu tę krwistą puszkę i wyrzucić przez okno. Albo złapać te jego śmieszne druciane okularki i złamać w pół. Bezczelny typ, nachodzący go w pracy, w spokojny piątkowy dzień, w syberyjski mróz za oknem.

一 Do widzenia panu. Już wystarczy. 一 Nie czekając na reakcję intruza, zatrzasnął drzwi z satysfakcjonującym hukiem.

Strach na wróble stał jeszcze chwilę przed mieszkaniem, wpatrując się groźnie w wizjer. Po  drugiej stronie Jacuś patrzył na niego, czekając na ruch nieprzyjaciela, przyczajony jak drapieżnik. Facet w końcu odpuścił i ze spuszczoną głową odszedł w kierunku schodów. Bitwa zakończona zwycięstwem. Kurtyna.

Jacusia zaczęły jednak dosięgać wyrzuty sumienia. Oczywiście, że wygrzebałby kilka złotych. W kieszeniach jego kurtek przewalały się stosy monet, podskakując metalicznie przy każdym żywszym kroku czy truchcie. To prawda, że tegoroczna zima była wyjątkowo lodowata. Świadczył o tym poziom smrodu w wagonach metrach. Bezdomni kłębili się w nich uciekając od losu dziewczynki z zapałkami. Mała pomoc może by im się przydała.

Z drugiej strony strach na wróble miał niezły tupet. Nachodzić kogoś, przywlec swój papierosowy smród i obrzydliwą kurtkę, stosować szantaż emocjonalny. Nawet nie powiedział, jaką fundację reprezentuje. A może to zwykły oszust? Taki, co obezwładnia cię w chwili nieuwagi i daje sygnał kolegom na dole, że jest mieszkanie do wyczyszczenia? Debil.

W Jacusiu buzowała wściekłość. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak wykiwać. Nigdy nie otwiera obcym drzwi. A jakby ten facet mu coś wstrzyknął? Sprzedał na organy? Oddał do burdelu?

******

Balkonowy daszek był idealny. Sople umościły się wygodnie. Tutaj była idealna temperatura. Minus siedem w powietrzu, ale lekkie słońce. W taki sposób półzamarznięta woda spływała na dół i wydłużała soplowe ciało. Wydłużała i zgrubiała, utwardzała i rzeźbiła. Sople nie chciały jednak tylko bezczynnie mienić się w słońcu. Najwyższym honorem soplowej egzystencji było lodowe seppuku. Oderwanie od krawędzi i uderzenie w jakiegoś przechodnia. Mocno, stanowczo, najlepiej w głowę, do nieprzytomności. Jeśli konieczne było wezwanie karetki, sopel stawał się bohaterem wśród pozostałych. Wzorem do naśladowania. Inne sople drżały niecierpliwie czekając na swoją kolej.

Tej zimy śmiałków jeszcze nie było.

******

Jacuś wyszedł na balkon zapalić. Musiał ochłonąć po niechcianej konfrontacji. Plusem mieszkania na czwartym piętrze było to, że można było wychodzić na fajkę w dowolnie dobranym outficie. Przechodnie woleli wpatrywać się w chodnik, a sąsiedzi z bloku obok mieli za słaby wzrok, żeby cokolwiek dostrzec. Dlatego teraz Jacuś miał na sobie kurtkę puchową Northface, ciasne termiczne kalesony i tęczowe klapki Kuboty. Wyglądał jak błazen osiedlowy, ale miał to gdzieś.

Mróz i słońce były idealnym połączeniem. I do tego nikotyna. Dym wypełniał płuca Jacusia na przemian z rześkim styczniowym powietrzem. Czuł że żyje. Jeśli nie zbuduje tego igloo, to do końca zimy będzie po prostu stał na balkonie, palił i wpatrywał się w ośnieżone dachy naprzeciwko.

No i sople. Dopiero teraz je zauważył. Było ich siedem, może osiem. Zwisały z lewej krawędzi daszku balkonowego. Były piękne, soczyście transparentne, wilgotne i co najważniejsze, grube i twarde. Rozpraszały światło, tworząc tęczowe odbicia. Aż chciało się je chwycić, pogładzić i wytarmosić.
Jednocześnie, u nasad sopli widać było pęknięcia, a w ich zamrożonych wnętrzach 一buzujące bąble powietrza. Wydawały się być u szczytu swojej dojrzałości. Już za niedługo wejdą w okres przekwitania i wraz z odwilżą znikną, zapomniane i niespełnione. Napinały się i prężyły przed Jacusiem, przywołując go coraz bliżej siebie. Ten, zaczadzony mocniejszą niż zwykle fajką, czuł ich urok i wyciągnął ku nim rękę.

Gdy Jacuś chwycił największy sopel, poczuł spływające na niego poczucie obowiązku. Czuł, że ten całą zimę budował swoją tężyznę. Pieczołowicie rozprowadzał ściekającą wodę, by potem pomóc jej zamarznąć w najlepszym momencie. Marzył o dokonaniu wielkiego czynu. Jego sąsiad, sopel-kulturysta z balkonu po prawej, spadł dwa dni wcześniej na listonosza i przyprawił go o wstrząs mózgu. Wszystkie sople w bloku drżały delikatnie na myśl o tak wspaniałym poświęceniu. Ten sopel musiał dokonać czegoś jeszcze bardziej spektakularnego.

Czerwona puszka mignęła na chodniku pod blokiem. Źdźbła słomy żarzyły się żółtym blaskiem na świeżym śniegu. Jacuś nie miał wątpliwości, co należało zrobić. Brzydka patchworkowa kurtka przystanęła tuż pod jego balkonem, licząc pieniądze i cmokając z zadowoleniem. To był ten moment. Moment chwały i honoru. Sopel napiął się i stwardniał. Był gotowy. Jacuś przyłożył dwa palce do jego nasady. Lekkie pchnięcie, subtelne, bez krzyku i hałasu. Sopel w locie wyglądał majestatycznie. Z wdziękiem minął trzecie, drugie, pierwsze piętro. Głowa stracha na wróble była miękka, niechroniona czapką.

Lód roztrzaskał się poetycko, nawet koncentrycznie. I tylko żal banknotów z czerwonej puszki, zawilgoconych na świeżym śniegu.