sonet [1]
słońce wschodzi
po brzegu nocy brodzi
pierwsze pojawiają się wiewiórki
po nich kraczą hitchcocka ptaki
sikorki lądują koło południa
sójka do tej pory objawiła się raz
każdy dzień jest taki sam z tego okna
z wyjątkiem gdy pogoda jest mokra
gubię godziny minuty nawet sekundy
gdy ptaki znów robią po gałęziach rundy
w zamyśleniu śledzę przylotów ich pory
chcąc uciszyć majaczące w głowie stwory
słońce samotnie zachodzi
w brzegu oka łzą brodzi