Razem z Mgłą Nigdzie

Tam jest ścieżka. Może i jest, ale niewidzialna. Ah, jestem niesprawiedliwa – niewiele widać, tak w ogóle. Kilka depczących koniczyny i żółte kwiatki kroków wcześniej, gdy spoglądałam przez ramię swojego żeglarskiego polara, przy parkingu stała jeszcze kapliczka, obok samochodu i kampera. Dwie starsze kobiety wyciągały pudełeczka z reklamówek. Ładny poranek na śniadanie we mgle.

Powiedział wtedy, że wyżej jest ścieżka. Nie mogę przecież stwierdzić, że nie ma. Ja nie sprawdzałam mapy, nie wysyłałam syczącego mechanicznego ptaka na zwiady. No, kiedy ze sterownikiem w rękach patrzył w dal przez wielkie musze okulary, miał na sobie moją kurtkę.

A zresztą, off the beaten track. Daleko za nami jużchatki pastuszków i obwieszone dzwonkami krowy, zamilkło echo ich melodyjnego pobrzękiwania. Otuleni bielą, wsłuchujemy się w strumyk rozbijający się o kamienie, w mokrą trawę pod podeszwami butów. W bicie serca, gdy przestrzeń zarysowało nienaturalnie rozciągnięte lasso elektrycznego pastucha, łapiąc nas, intruzów na swoim terenie, w zawieszony nad łąką okręg. Trudno ocenić, jak to się stało, ale szkoły są dwie: pod sznurem, albo nad sznurem. W tę, to i we w tę. Jeśli nie ślady kopyt w błocie, to kara grzywa obracającego się łba wystrzeliła nas po kopcu kreta przed siebie, jak rozbieg do skoku przez kozła na sali gimnastycznej.

Trasa nie jest oznaczona inaczej niż porostami o intensywnych barwach. Fikuśniejsze z nich zatrzymują na moment skuteczniej niż czerwony ośmiokąt z białymi drukowanymi literami. Góry odsłaniają się i znikają wokół nas, jakby ktoś przenosił je w międzyczasie, anonimowy pod osłoną zmiennokształtnej szarości. Błąkając się tak, nabieramy wysokości, a wnęki skalne nabierają krystalicznie czystej wody, zmieniając się w małe tafle rozedrganych luster. Przez całą drogę nie spotkaliśmy żywej duszy oprócz naszych, targanych na wietrze i kropionych letnim deszczem, o których myśleliśmy więcej niż zwykle.

°

Kiedy byliśmy mali, wierzyłam ci, że twój dom pływał po morzach. Mało to razy pokazywałeś mi drewniany ster, wciąż tak dostojny, chociaż wysłużony, uśpiony w zamykanym na klucz pokoiku w piwnicy? Artefakt innych czasów, kiedy to własnym domem manewrowało się między mieliznami, a na kolacje nierzadko jadało się pieczone makrele. Zupełnie widziałam wtedy błysk sygnetów twojego dziadka, który z brodą w pianie morskiej stawiał dzielnie czoła żywiołom. Uważając na drzazgi, i ja zaciskałam dłonie na pozostałościach obicia z ciemnej skóry i zmieniałam kurs.

°

Czy trafiła się nam fatamorgana, czy to ścieżka obiecana? Bardziej pionowa niż pozioma, ułożona misternie z drobnych jasnych kamyków. Śnieg na graniach. W powietrzu, wśród wielkich białych obłoków przypominających chmury cukru pudru, rozchodzą się jęki jam i szepty szczelin. Ostatni odcinek na szczyt, najwyraźniej właśnie przez nas zdobywany.

Wyciągając ręce przed siebie, pochylam się do przodu. Gołymi dłońmi chwytam się mniej osuwających się kamyków. Gdy wybieram źle, a wybieram, spadają, wprawiając w ruch kolejne. Na kolanach powstają punktowo sine plamy, konkurują o miejsce na mojej skórze z ugryzieniami komarów.

°

Głupia.

Alpinistka.

Kamyk. Kamyk. Krok. Kamyk, kamyk. Zadrapanie. Kamyk, kamyk, kamień. Noga. Kamyk. Kamyk. Pająk. Kamień. Nie. Kamyk, kamień. Kamyk. Nie chcę. Kamyk. Kamyk. Kamyk.

Szczyt.

I co?

Nic.

To samo, tylko w dół.

°

Zapomnieć o spakowaniu notatnika to znaczy kusić los. Podobnie, pozostawiwszy aparat na półce, ujrzy się najpiękniejsze widoki dlatego właśnie, że można je utrwalić jedynie w pamięci. Nie mam miejsca na dwa tygodnie myśli, nie, jeśli puste strony na początku i końcu twardej oprawy zapisuję całe już pierwszego wieczoru w kuchni służącej za sypialnię. Zmaltretowana książka, jedyna, jaką mam przy sobie, ze słowem Flat w tytule. Wcale nie za wcześnie, żeby mnie to bawiło. Zza drzwiczek piekarnika dochodzi ciche stukanie zegara, gwóźdź w ścianie. Karliku, Karliku, co tam chowasz w piecyku, śpiewamy przez chłodną Austriacką noc.

Żegnamy się w niechlujnie w ulewie. Kątem oka widzę blade światło hallu i sennego recepcjonistę przytrzymującego uchylone drzwi wejściowe. Nie rzucam się, tak jak to planowałam w autostradowym półśnie, na przednią szybę z zamiarem zdrapania z niej błyszczącej winiety. Dobrze wyglądałaby naklejona na błękitną okładkę. Przypieczętowałaby nabazgrane w środku linijki.

,,Gdy wisieliśmy razem z mgłą, nigdzie, czy to było najstraszniejsze co mnie spotkało?’’

Nie zamierzam stopniować. Wiem, że nie mogę teraz zapomnieć się i pożyczyć jej mamie do lektury przy filiżance jaśminowej herbaty.