Przejdźmy się w śniegu

Zima nastała. Spadł pierwszy śnieg, oblepił drzewa, zasypał chodniki, a ja prawie wywaliłem się w drodze na autobus. To moja wina. Przyznaję. Uznałem, że moje czarne buty ala sport dadzą sobie świetnie radę. Tych prawie-śmierci było kilka, również po wyjściu z autobusu. Kiedy wróciłem do domu, myszkowałem w szafie. Przekładałem i grzebałem aż znalazłem. Oto one – buty zimowe. Lekko zakurzone, ale bezpieczne. W tych już się nie wywalę. Mam taką nadzieję…

W ten oto sposób postawili igloo. Wspaniała robota. Żadnej fuszerki.

Chyba w ten sposób zaczyna się zima. Wyciągamy ciepłe kurtki, zimowe buty oraz porządne rękawiczki i swetry, a o kalesonach nie mówimy tak otwarcie. Rzecz jasna, nie jest to zima stulecia, którą straszą nas od dobrych dziesięciu lat w mediach. Według tych podań, wielce wiarygodnych, śniegi mają doszczętnie zablokować ulice, linie kolejowe pokryją się grubym lodem, a cały kraj od Tatr po Bałtyk zniknie pod kupą białego puchu. Nie wspominajmy już o Suwałkach, bo tam to w ogóle będzie epoka lodowcowa. Tak więc rozmyślałem w autobusie po wielokrotnym otarciu się o śmierć, że w sumie to tęsknię za „tymi” zimami. Wiecie o co chodzi?

To nic z tych rzeczy, w sensie te „gadki” – kiedyś to było, teraz już nie ma. Kiedyś to były zimy, teraz to nie ma. Nie zamierzam płakać nad roztopionym śniegiem. Z wielu punktów widzenia to nawet korzystny stan zimowy. Śniegu tyle, ile kot napłakał, a w najlepszym razie leży trzy dni i topnieje, a i tak zaskakuje kierowców. Dlatego sądzę, że miła to okazja, żeby poględzić o śniegu. Tak o. Po prostu. Bez okazji. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Zacznijmy od podstaw. Jako dzieci kochaliśmy zimę i spadający tonami śnieg. Nic dziwnego, bo dawał nam wiele możliwości spędzania czasu na świeżym powietrzu, albo niezbyt świeżym, bo przecież sąsiad palił prawdopodobnie plastikiem. Nasze mamy nie krzyczały jak w jesień, że buty ubrudzisz, że do błota nie właź, że weź się przebierz. Tylko od razu wyciągały z szafy te ogromne kombinezony, szaliki, czapki i buty narciarskie. Ledwo widoczna twarz dziecka nie bała się wtedy błota i brudu. Śnieg to przecież zamarznięta woda, jest biały i czysty, z pozoru może i czysty.

Pamiętam jedną zimę, nie wiem kiedy to było. Między 2005 a 2010 na pewno. Spadło mnóstwo śniegu. Matko jedyna! Był to czas przedświąteczny, albo poświąteczny, tak mi się zdaje. Oczywiście tata nie miał spokoju, odgarniał dzielnie biały puch kilka razy dziennie i spychał to białe na boki. Tu trochę pod ścianą, tu pod płotem, i tam trochę pod stodołą i altanką. Wszędzie były wielkie góry, trochę Alpy, trochę Pireneje, ale bardziej były to Himalaje. W tych pasmach górskich tworzyłem swój pierwszy dom. Niczym w simsach, ugniatałem najważniejsze pokoje. Duża kuchnia, salon, skromna sypialnia i łazienka z pięknym widokiem. Wytyczałem ściany, montowałem drzwi i okna. Czasem coś się posypało, czasem coś nie wyszło, ale mimo wszystko był to piękny dom. W niektórych miejscach śnieg leżał aż do początku marca. Ściany nie przetrwały ciepła słońca, ale ugnieciona podłoga długo przypominała pozostałości po starożytnej cywilizacji.

Zabrałem się do najpoważniejszej z czynności – lepienia bałwana. Oczywiście niezbyt mi wychodził.

Innej zimy, trochę starszej niż ta powyżej, śniegu było znacznie więcej, albo tak to zapamiętałem. Siedziałem na kanapie przed telewizorem, gdy zadzwonił telefon. Ciocia zaprosiła nas na popołudniową kawkę i ciastko, ale co dla mnie było najważniejsze, przekazała, że w jej ogrodzie zbudowano najprawdziwsze igloo. Nie takie marne, bez dachu, bo każdy boi się, że runie na głowy. Takie igloo z prawdziwego zdarzenia, tylko że na Śląsku zamiast na dalekiej północy. Starsi kuzyni ulepili pustaki i stawiali je jedna na drugiej cały boży dzień ze swoim tatą. W ten oto sposób, postawili pierwsze i jedyne igloo, jakie w życiu widziałem. Wspaniała robota. Żadnej fuszerki. Z zewnątrz piękne, równe lodowe pustaki, a w środku wygładzone, jak tynkiem, ściany. Siedziałem tam może z dwadzieścia minut, ale być może była to najlepsza zima dzieciństwa.

Potem coraz szybciej zbliżałem się do dorosłości. Wielkie zimy spotykałem w albumach rodzinnych, a te na dworze wyglądały jak ich smutna imitacja. Myślę, że to wina podejścia. Wiadomo, że też się zmieniło. Bliżej dorosłości śnieg zaczyna działać na nerwy. Zdarza się, że garną nas do łopatowania chodnika, a autobus zaskoczony zimą, ciągle się spóźnia. Marzniemy na przystanku i w drodze do szkoły, pracy lub na uczelnię. Stajemy się odporni na magię zimy. Zalewa nas pragmatyczne podejście do życia i nie dajemy sobie przestrzeni na zimę. Nie chce nam się wstać i lepić bałwana, bo kojarzy się z tą wielką łopatą do śniegu, a do sanek z dzieciństwa nie mieści się nasza dupa.

Choć, kiedy jesteśmy już tak bardzo dorośli, nie żeby bardzo starzy, to przychodzi ta chwila, gdy wspominamy wielkie śniegi dorosłego już życia. Znaczy ja nie mam, co zbytnio wspominać w tej kategorii. Nie miałem szansy być dorosły w wielkie zimy, ale za to moi rodzice i dziadkowie mieli wiele takich okazji. Moją ulubioną historią jest ta mamy, kiedy nie mogła się dostać do pracy miejscowość obok. Lata 90., pługi padły, a śniegi nie były jej straszne. W tych zaspach ledwo znalazła cel podróży, a kiedy stanęła pod właściwą bramą, bramy nie było. Znaczy była, tylko przygnieciona śniegiem. Pług, odśnieżając teren domu kultury i OSP, kiedy skończył swoją robotę, odgarnął zbytek puchu na bramę sąsiada z naprzeciwka. Mama przeszła przez bramę, to znaczy, po górze śniegu i gdy odkopała ją trochę, odkryła, że cała brama się zgniotła. To były zimy. Matko Boska. Wtedy to było. A maluchem i tak się jechało. A co człowiek miał zrobić? To były czasy…

Lata 90., pługi padły, a śniegi nie były jej straszne.

Ostatnia porządna zima, która zapadła mi w głowie to zima z przełomu 2020/2021. Zima covidowa. Śniegu nie było jak w zimę stulecia, ale wystarczająco, żeby tonąć w nim całym ciałem. Co człowiek miał wtedy robić? Zamknięci w domach od miesięcy wróciliśmy do dzieciństwa. Prawie każdy domownik wyszedł wtedy z domu i oddawał się czynnościom śnieżnym. Tata i szwagier odśnieżali podjazd, siostrzeniec babrał się w zaspie, a siostra z mamą lepiły mu śnieżki. Ja zabrałem się do najpoważniejszej z czynności – lepienia bałwana. Oczywiście niezbyt mi wychodził. Kule waliły się od sypkości śniegu, ale koniec końców udało się usypać górkę, którą wyrzeźbiłem na pokraczny kształt bałwana. Babcia podarowała stary garnek, a dziadek stary szalik. Znalazła się i marchewka, ale za to węgli zabrakło. Przecież palimy gazem. Więc skombinowałem najciemniejsze kamienie, jakie udało się znaleźć pod śniegiem i bałwan stał się już rzeczywistością.

W 2023 wyprowadziłem się ze wsi i dotąd żadna zima nie porwała mnie już tak bardzo. Kiedy to piszę za oknem śnieg oblepił wszystko w okolicy. Kraków lekko zasypało. Jest niedziela, a ja zostałem sam w domu. Podczas odrywania się od komputera, śnieg za oknem gapi się na mnie. Może mnie wzywa? Może pójdę przejść się w śniegu. Jeśli was również zasypało, może też idźcie przejść się w śniegu. Dobrze nam to zrobi.