Piękny Opór

Nie lubię malarstwa. Przyznaję, choć aspirującej krytyczce taka otwarta stronniczość nie wypada. Nie zmienia to faktu, że malarstwo jakoś mi nie leży – z tą swoją chodliwością, z tym napuszeniem, ze wszechobecną alegorycznością. Nie przepadam też specjalnie za surrealizmem. Dlatego spośród bretonowskich lunatyków wybieram prostego kronikarza, niedoszłego budowlańca. 

Myślę dziś o Marcinie Maciejowskim. Oglądam zdjęcia z wernisażu Sport i Pielęgnacja. Wiosna 2000; to zaledwie rok przed rozpadem „słynnej” Grupy Ładnie i niecałe dwa lata do zwycięstwa Maciejowskiego w starciu o Paszport Polityki. Już wówczas ceniono go przede wszystkim za poczucie humoru i spostrzegawczość. Wydaje się, że strategia ta wciąż działa. Przekonał nawet mnie, a ja przecież nie lubię malarstwa.

Na temat twórczości artysty spod Krakowa wiele już napisano, wiele było rozmów, jeszcze więcej katalogów. Ci z górnej półki mówią o widocznej w pracach Maciejowskiego „potocznej współczesności”, a ci nad nimi o pop arcie „bez obciachu”. Łatka banalisty, naiwisty czy ładnisty przylgnęła do niego i zdaje się wrosła w skórę. Czy da się jakoś tę optykę rozszczelnić? Jak ugryźć temat nie ulegając pokusie epigoństwa?

Symptomatyczne dla kultury trzeciej dekady XXI w. jest poszukiwanie coraz to nowych form sprzeciwu. „W świecie nadmiaru informacji, nieustannego pośpiechu i ekonomii wiecznej dostępności, relaks staje się nie luksusem, ale aktem oporu” pisała Emilia Orzechowska we wstępie do wystawy Relax. Przerwa w transmisji. Z kolei Ika Sienkiewicz o projekcie Codzienne formy oporu mówiła tak: „Opór rozumiany jest tu jako trwanie, gościnność, praktyki pamięci. To też małe codzienne gesty i rytuały: przygotowywanie posiłków, uprawianie roślin, śpiewanie piosenek, odbudowywanie zburzonych domów”. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twórczość Maciejowskiego całkiem trafnie w tę logikę się wpisuje. Artysta bynajmniej nie podporządkowuje się obecnej w polu sztuki homogenicznej dynamice. W jego pracach ze świecą szukać krytyki patriarchatu, eko-artywizmu, queerowości, mniejszości narodowych, Palestyny czy Ukrainy. I nawet jeśli te tematy go interesują to nie bardziej i nie mniej niż inne. Ciepłym, bystrym wzrokiem obserwuje otaczającą go rzeczywistość i przemalowuje ją na blejtramy (choć nie sposób nie zauważyć, że rzeczywistość ta to w głównej mierze muzea i galerie). Robi swoje. Nie wartościuje, nie moralizuje – to bardzo prosty przepis na dobrą sztukę. „Udziela mi się fascynacja innych, zarówno naukowców, jak i twórców popowych, bo chodzi mi w twórczości o energię, o flow, pasję zawodową. Takie podejście preferuję” – zapewniał w wywiadzie opublikowanym nie tak dawno na łamach kwartalnika „Spotkanie z Zabytkami”. Czyż to nie piękny opór wobec wszech dziś obecnego fatalizmu?

Dajmy na to jego ostatnio wydany artbook Rysunki wawelskie – monumentalną, 345‑stronicową publikację, powtarzając za Rastrem. Zbiór ten przypomina klasyczny album z rysunkami. Syntetyczne jak to u Maciejowskiego obrazki, przedstawiają momenty, które nawet dla weekendowych amatorów sztuki mogą okazać się zrozumiałe. Są naturalne, przezabawne i ociekają ironią. Choć tej nikt im nie dodawał – ktoś ją tylko wyrwał z codzienności i ze smakiem wyeksponował. Osobiście bardzo się cieszę, że jako wykształcony plakacista – podobnie jak w czasach mitycznego debiutu – artysta sięgnął znów po idealnie pasujące do własnej wrażliwości medium komiksu.

Wróćmy jeszcze do gestów oporu. Paradoksalnie, Marcin Maciejowski stoi w kontrze do kultywowanej w obiegu instytucjonalnym elitarności, rozumianej tu jako konieczne rozeznanie w licznych dyskursach. Jego twórczość to rzadko spotykany w sztuce współczesnej precedens do obnażenia kuratorskiej niemocy. Podczas gdy wielokrotnie tekst towarzyszący przewyższa swoją atrakcyjnością dzieło, prace Maciejowskiego każdorazowo się wszelkim komentarzom wymykają. Są autonomiczne, a tym samym klarowne do cna. Jak sam wyznał przed laty, stara się malować tak, aby jego prace były natychmiast czytelne.

Dalej; nie można mu odmówić zręczności w korzystaniu z kultury masowej i doświadczeń osób ją konsumujących. Tu znów odniosę się do Rysunków Wawelskich, bo postaci takie jak Jan Matejko, Michał Anioł czy Picasso to w powszechnej świadomości figury przede wszystkim pop. Maciejowski bierze na warsztat ten nadbudowany w toku historii mit. Gestem pełnym szacunku i szczerości – tak względem bohaterów, jak i osób zwiedzających, a mniej względem historyczno‑sztucznych narracji – przedstawia nie niedościgniony geniusz dawnych mistrzów, lecz relacje współczesnego człowieka do nich jako konstruktu. Bez nadmiernej stronniczości bada to jak ludzie dziś wobec sztuki wysokiej się zachowują. Doskonale znamy przecież muzealne nazwiska – ze znajomością samych dzieł bywa gorzej.

„Z Matejką może zresztą łączy mnie to, że jak on wpisuję osoby sobie współczesne w historię. Pamiętajmy – co nie jest dziś oczywiste – że każdy jego obraz to zbiór twarzy znajomych mu osób! Współcześni musieli oglądać te płótna jak my plotkarskie serwisy” – trafnie puentował malarz w rozmowie z Łukaszem Gazurem.

Podsumowując; cichy akt sprzeciwu w twórczości byłego ładnisty odnosi się głównie do spychanej na margines perspektywy masowego odbiorcy. Jego praktyka opiera się na fundamentalnym braku wartościowania, tym samym nie powielając powszechnej w sztuce hermetyczności. To przekazy proste, niebanalne, podobnie jak tabloidy beztroskie i doraźne.

„Mnie Wawel dobrze nastraja” czytamy na jednej z komiksowych plansz. Z kolei mnie dobrze nastraja sztuka Marcina Maciejowskiego.