Mimonocnie
Ostatni dzień podróży. Z Budapesztu przez Wiedeń do Krakowa. Planowo dzień miał być intensywny. Pociąg relacji Budapeszt Nyugati – Wien Hauptbahnhof. A potem galeria sztuki, Schoenbrunn, Kunsthistorisches Museum, Belweder, Katedra św. Szczepana. W tym jeszcze przerwa na kawę, obiad i kolację. A na wszystko 600 minut, 36000 sekund.
Po wyjściu z dworca (czyt. przeciśnięciu się przez tłum ludzi) wczesna pobudka zaczęła dawać o sobie znać – ekscytacja, sprawiająca, że siedzenie w pociągu przez kilka godzin wydawało się niemal niemożliwe, zaczęła bladnąć.
Pierwsza godzina planu musiała ulec zmianie. Latte macchiato z podwójnym espresso na mleku bez laktozy w pierwszej napotkanej kawiarni delikatnie rozjaśniła umysł. Idziemy przed siebie, gdzie nas nogi, i instynkt odkrywcy, poniosą. Postanowione.
Ciekawość zaprowadziła nas w miejsca, do których normalnie byśmy nie trafili. Zaś dziwna mieszanka zmęczenia i ekscytacji pozwoliła nam zobaczyć miejsca te z nieco innej perspektywy. Nieco oddalonej od rzeczywistości. Światło miękło. Dźwięki cichły. Gmachy, ulice, gołębie miały przestrzeń do rozmowy. Swój własny czas antenowy.
Gwizdek konduktora pociągu relacji Wien Hauptbahnhof – Kraków Główny miał zabrzmieć za dwie godziny. Staliśmy przed Operą Wiedeńską. Zmęczenie przestawało przeszkadzać, a stawało się filtrem, przez który otaczająca metropolia zdawała się rozjaśniać nasze umysły. Inspirować. Byliśmy jedynie obserwatorami. Wolnymi słuchaczami.










