Luty przyprawia o mdłości
Nazywam się Anastazja Bender, ale rejestratorka przejęzyczyła nazwisko na „Bedner”. Może to nic nieznacząca pomyłka, jednak uważam, że ona o wszystkim wie, stąd ta zaczepka. Odkąd przekroczyłam próg przychodni, odczułam jej drwiące spojrzenie na sobie. Tak, tak.
Dobija szósta, ja w poczekalni, a lekarzyna nie raczy się ujawnić. Może on też wie…
Po mojej lewej stronie sterczy paskudna roślina, roślinisko. W głowę zachodzę, kto wpadł na pomysł, żeby postawić tu tę szkaradę. Nie lubię roślin, brzydzą mnie.
Wreszcie wywołuje mnie, ale nieszczęsnym „Bedner”. Czyli podjęli się tej gierki. Pewnie przeczytali moją dokumentację i się nabijają. Muszę im powiedzieć, żeby całą ją usunęli. Doszczętnie. Każdy skrawek informacji może zadziałać przeciwko mnie. Po co mu rezonans mojego mózgu. Lekarz dziwi się, że żądam usunięcia dokumentacji medycznej, a czemu się tu dziwić?
Rozmowa schodzi na temat moich zeszłorocznych doświadczeń. Nie mogę pogodzić się z przeszłością. Może być tak, że pozbywając się dowodów, chciałabym wymazać ten epizod ze swojego życia.
Pytania kontrolne i recepty na leki, które przyjmuję od tak dawna, że nie pamiętam, od kiedy, a lekarz – na co je przypisuje. I tak kółko kręci się, lata mijają.
Luty w tym roku przyprawia o mdłości. Ziąb jak na Wielkim Stepie, wszystko oblodzone. Nie pamiętam takiej zimy od dwudziestu lat.
„Czemu miałaby pani tego nie opisać?” – pyta psychiatra, gdy wspominam mu, że bezcelowe byłoby spisanie tych wydarzeń. Coś o terapeutycznym działaniu, pracy mózgu, pamięci. A może by tak rzeczywiście się tego z siebie pozbyć? „To tylko sugestia z mojej strony”.
„To nerwica, pani Anastazjo”. Tak mnie skwitowali, gdy przyszłam na izbę przyjęć. Człowiek ze słusznymi obawami się męczy, a oni na to jednostką chorobową.
Obskurna poczekalnia, jakiś pijaczyna chadzający w tę i we w tę. I roztrzęsiona ja. Pamiętam, jak mną miotało. Kołatanie serca, a w głowie pustka. Od kilku dni nie potrafiłam zmrużyć oka, bo wiedziałam, że coś jest wyraźnie nie w porządku. Potem rozmowa z ratownikiem, a ten nie dowierzał temu, co mówię. Na pytanie, czy piłam, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. On tylko pokiwał sarkastycznie głową i coś zanotował. Byłam pewna, że nie prawdę. Tłumaczyłam, że czuję silny niepokój, mam lęki, a ten tylko o substancjach. Ostatecznie spytali mnie, czy wyrażam zgodę na przyjęcie do szpitala. Byłam w rozsypce, więc od razu się zgodziłam. Byle te myśli znów się nie wydostały.
Nie jestem pewna, czy coś podpisywałam. Możliwe, ale co by to mogło być? Potem ten sam ratownik zaprowadził mnie po schodach na oddział zamknięty. Wprawiło mnie to w jeszcze większe przerażenie. Zła sława krążąca wokół szpitali psychiatrycznych dotarła i do mnie.
Miałam znajomego, który pił na umór i parę razy policja zawoziła go na izbę przyjęć, bo krzyczał, że chce się zabić. Co on mi naopowiadał. O pacjentach przypominających bazyliszki, o ich przeciągłych, upiornych spojrzeniach. O tym, jak cztery razy był w pasach, jak wody mu nie podawali przez cały dzień, a z toalety korzystał albo na oczach personelu, albo dawali mu pampersa.
Te wszystkie opisy były żywe w mojej głowie i gdy tylko przekroczyłam próg oddziału, wpadłam w panikę.
A więc przyszła na mnie kolej, żeby patrzeć na sufit z pasów. Uwiązali mnie w klatce, ręce i nogi przywiązali do łóżka.
W dzień po tym, jak mnie z nich wypuścili, nie mogłam się ruszyć. Całe ciało zesztywniało, a moim nowym zadaniem było zawiezienie swojego łóżka na salę obserwacyjną.
Stało tam pięć białych łóżek z białą pościelą, wśród białych ścian. A, i światła były białe. Żarzące się bielą gigantyczne lampy. Ach, szpitalna biel.
Zabrano mi sznurowadła, ładowarkę i zestaw bushcrafta, gdyż stwarzały zagrożenie. Oprowadzono mnie następnie po oddziale. Ot, korytarz od okna do okna. Ustalając na jednym z końców początek, były: część obserwacyjna, dyżurka, w prostopadłym korytarzu mieściły się gabinety lekarzy i psychologów, dalej kuchnia i stołówka. Resztę korytarza stanowiły sale pacjentów, łazienki oraz dwie sale terapii. Grupowej i zajęciowej.
Było po godzinie szesnastej, więc załapałam się na kolację. Całe trzy kromki chleba, kostka masła i dwa ugotowane na twardo jajka. Pomyślałam, że kolacja o szesnastej trzydzieści to drobna przesada, jednak z czasem przywykłam do tak wczesnej pory ostatniego posiłku.
Po kolacji nie wiedziałam, co ze sobą począć. Poszłam się zdrzemnąć i tak zaczęły się drzemki w ciągu dnia, co również było dla mnie nowością. Jedna z pacjentek na sali, na której leżałam, miała na imię Sylwia. Za każdym razem, gdy dzwonił do niej telefon, czekałam z niecierpliwością, aż odbierze i tym samym rozpocznie się kolejny epizod psychotycznego serialu. „Ty jesteś AI” – mówiła do swojego męża w rozmowie dość często. Uważała, że członkowie jej rodziny są podstawieni. I pomyśleć, że to mnie mieli za wariatkę.
W napięciu z uwagi na nową sytuację, w której się znalazłam, minął wieczór i tak wybiła dwudziesta trzydzieści.
Godzina ta oznaczała – leki. Do sali weszła pielęgniarka. „Zapraszamy na leki, szanowne panie.” Byłam pewna, że zamiast „szanowne”, powiedziała “szalone”. Po wyjściu z sali byłam w niemałym szoku, jak długa ustawiła się już kolejka. „Jak za PRL” – pomyślałam. Tyle że tam rozdawali tabletki.
Na stoliku z kółkami leżały w plastikowych kieliszkach leki w miejscach podpisanych imieniem i nazwiskiem. Od razu przeraził mnie brak RODO. Jak to tak, imieniem i nazwiskiem nas podpisywali wśród pięćdziesięciu innych pacjentów? Pielęgniarka na to, żebym się uspokoiła i że to nie jest problem. Jak to “to nie jest problem”? Na tyle sposobów można teraz wykorzystać czyjeś dane osobowe. Można wziąć kredyt na parę tysięcy, potem człowiek w czarne długi popada, nawet o tym nie wiedząc. A co na to państwo? Oczywiście nic, obywatel jest nikim. Jak trzeba numerkiem, innym razem personaliami.
„Co to za tabletka?” – spytałam. Człowiek nawet nie wie, co w niego pakują. W dyżurce powiedziano mi, że to leki, które przyjmowałam do tej pory. Uwierzyłam. Cóż mi pozostało? Nie przyjęcie leku równa się odmowie leczenia. Poirytowana wróciłam do pokoju, aby przygotować się do kąpieli.
Udostępniono mi ręcznik, jednak drażnił mnie jego asymetryczny wzór i tekstura. Wzięłam go, kosmetyki i piżamę, po czym powędrowałam do najbliższej łazienki. Przeraził mnie brak możliwości zablokowania drzwi, żeby nikt nie wszedł.
Po dokładnym umyciu się, ponieważ nabrałam obrzydzenia do tego miejsca po zobaczeniu, jak starszy pan wkłada rękę do kompotu i wyciera ją o swoją twarz, wróciłam do pokoju. A tam znów Sylwia kłóciła się ze swoim mężem AI. „Ty bredzisz, ta rozmowa jest nagrana, a ty jesteś AI. Tak, tak, to wszystko fikcja.” Może kobieta miała rację. W to podstawienie nie do końca wierzyłam, ale w to, że wszystkie rozmowy brzmią podobnie, że pytają ciągle o to samo? Coś było na rzeczy, a lekarze jej nie wierzyli.
Przewiesiłam ręcznik równo w połowie przez łóżko. Zaczęło mnie denerwować, że po pewnym czasie zsuwał się i musiałam go poprawiać.
Położyłam się do łóżka i przykryłam dokładnie kołdrą. Pogrążyłam się w kontemplacji. Jak przebiegałby proces podstawiania ludzi i kim byliby ci podstawieni? Czy zbierali informacje? A co działoby się z prawdziwymi członkami rodziny? Pomysłów miałam multum, jednak leki zaczynały powoli działać. Nagle poczułam, jak zapadam się w łóżko, jak na nim wiruję wokół pokoju i tak zasnęłam.
Samobójstwo. Kobieta o czarnych jak smoła włosach i ostrym spojrzeniu płakała. Przez kółko przetoczył się papier na otarcie łez, które nie przestawały płynąć, wzmógł się głęboki szloch.
Nieudana próba. Śmierci i pocieszenia.
I co zrobić w takiej sytuacji? Uczucie zakłopotania i współczucia przeważało, a w głowie żadnych słów, ustrukturyzowanych myśli. „Jesteś wspaniałą osobą”. „Cieszę się, że cię poznałam”. Inni potrafili przemówić, używając pustych, nic nie znaczących sloganów. Formułek, których używa się, gdy braknie słów.
A ja myślałam tylko o sobie.
Wszystko w moim świecie kręciło się wokół mnie, nie potrafiłam wczuć się w uczucia innych osób. Nawet o nich często nie myślałam. Wiedziałam, że gdzieś są, coś robią i to tyle. Do tego frustrowały mnie.
Dlaczego właściwie taka byłam? Czy tak było zawsze?
„Nie rozumiem cię”. Powiedziałam prawdę. Cały okrąg na raz na mnie spojrzał. “Jakie emocje pani teraz towarzyszą, pani Anastazjo?” – zapytała psycholożka prowadząca grupę terapeutyczną.
Powiedziałam, że jest mi przykro. Przeżywane, cudze emocje były na tyle silne, że nie potrafiłam się do nich w żaden sposób ustosunkować. Kim właściwie byłam, żeby osądzać? „Czy jest coś, co chciałaby pani powiedzieć pani Kamili?”
Odparłam, że nic nie mogę powiedzieć, co byłoby prawdziwe i w zgodzie ze mną. I znów myślałam tylko o sobie. „W porządku”.
I znów „Szalone panie, leki są już wydawane. Zapraszamy”. Machnęłam na to ręką, dało się przyzwyczaić. Minęły dwa tygodnie, odkąd tam byłam. Zdążyłam przywyknąć do panujących warunków. Lekarze twierdzili, że się mi polepsza.
Poznałam Jolę. Trzydziestopięcioletnia depresantka, ale miała coś w sobie, a do tego pięknie malowała. Siadałyśmy zawsze razem do posiłków. Raz poczęstowała mnie dżemem wiśniowym na śniadanie i tak zaczęła się nasza krótka znajomość. Dżem w szpitalu psychiatrycznym był towarem luksusowym.
Terapia zajęciowa.
Kobieta w średnim wieku i dużych, kwadratowych okularach zapytała, co chcę robić. „Teraz, czy w życiu?” odbiłam pytaniem. Ta zaśmiała się i powiedziała, że mogę powyplatać bransoletki, pomalować, poczytać… A ja zatrzymałam się na tych bransoletkach.
Po niecałej godzinie technikę wyplatania miałam już opanowaną. Powoli z prawa na lewo, z lewa na prawo szły sznurki, tworząc kolejny kawałek bransoletki. Praca pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam przestać o niej myśleć.
Następnego dnia kolejny obchód i terapia. I tak w kółko. Zaczęłam gubić się w tej spirali terapeutyzacji. Powiedziałam o tym mojej psycholożce. Pani Karolina tłumaczyła, że uczucie niepokoju i dezorientacji jest normalne i to, że je odczuwam, potwierdza moje człowieczeństwo. Nie byłam co do tego przekonana. Czuję strach przed wszystkim i to mnie przeraża.
Na obiedzie Jola zaczęła opowiadać o swojej mamie, że ma zaawansowanego Alzheimera. Ciągle mówiła, że idzie do domu, a o czwartej wychodziła do swoich krów. Krów oczywiście nie miała. Zastanawiałam się, czy to ludzkie być w takim stanie. Jak czują się tacy ludzie?
Było mi przykro.
Czasami wracam do tego, co napisałam wcześniej. Mimo że pamiętam mniej więcej, co zawarłam, to przerażają mnie moje poprzednie myśli, spisane tak skrupulatnie. Tak jakby osoba, która to pisała nie była mną. Mam z tym problem.
Pewnego dnia pani Karolina spytała mnie, czego właściwie się boję. Wszystkiego, ale czego? Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Czy mógłby to być lęk przed odrzuceniem? Miała rację. Odrzucam od siebie ludzi.
Może ta roślina nie jest taka zła. Może nie jest źle, że tam stoi.
„Czego pani oczekuje?” – po raz kolejny spytała psycholożka. „Jak pani się z tym czuje, co pani przeżywa z tego powodu?”. Takie pytania były mi obce, więc nie potrafiłam sklecić odpowiedzi na już. Przyjęła to ze spokojem. Wydało mi się dziwne, zadawać takie pytania, ale właściwie to jak ja się czułam i jakie miałam oczekiwania wobec innych? Wobec siebie? Nie miałam pojęcia.
Jedyne co przyszło mi do głowy, to wielka, jasna i zielona polana, na której lekko falowały pasma wysokiej trawy. Szelest liści wysokich sosen i świergot wiosennych jaskółek lecących na tle fioletowego nieba wypełniał moją głowę. Potrzebowałam zwolnić, zatrzymać się. Może wtedy uwolnię się od paranoi.
„Jak pani czuje się na tej polanie?” Czuję się bezpiecznie, swobodnie.
W piątek wyszła Jola. Spędziłyśmy razem dwa tygodnie i wiem, że będzie mi jej brakować. Dziwne jest poznawać osoby w takim miejscu; trochę z przypadku, trochę z musu.
Czasem wszystko zdaje mi się tak odległe i nierealne. Mam 30 lat i co więcej mogę powiedzieć o sobie? Żyję w strachu i paranoi. Słyszę ciągły szum w głowie. Myślę ciągle o sobie, zdaję sobie z tego sprawę. Poza tym jestem negatywną osobą. Dopatruję się wszędzie zła; złych intencji i motywów.
Gdy otworzyłam swoją szafkę, wychyliła się z niej głowa. Głowa bez oczu i ust, o długich, potarganych włosach.
Znów mi wypadła.
Odkąd tu jestem, co jakiś czas ją widzę; wypada z szafki, po czym turla się i znika pod łóżkiem. Wiem, że nie powinnam była jej zobaczyć. Nie po lekach, jakie przyjmowałam. Ale ta jedna wizja nie chciała mnie opuścić.
„Tak, znów ją widzę” – powiedziałam. Psychiatra upewniła się, czy aby leki dobrze dobrała. Decyzja – zwiększenie dawki psychotropów. Trudna rozmowa. „Mam nadzieję, że ten epizod w końcu minie”. „Powinien”.
Poobiednie obijanie się, plus herbata. Przeglądałam w telefonie zdjęcia.
Zaczęłam sobie przypominać, jak pracowałam w biurze, w centrum miasta. Przejeżdżałam obok tych biurowców jeszcze nie tak dawno. Nudna praca programistki przy sztucznym świetle i w niewygodnych jeansach. Jednak jak by nie patrzeć, dobrze wspominam ten okres. Stabilne zatrudnienie, wolne wieczory i weekendy, choć spędzane samotnie.
Wszystko było w porządku, do czasu, gdy zaczęłam podejrzewać, że szef chce mnie zwolnić. Do takiego stopnia zafiksowałam się tą myślą, że w nią bezpodstawnie uwierzyłam i tak dałam podwaliny samospełniającemu się proroctwu. Ostatecznie, sama złożyłam wypowiedzenie dwa tygodnie przed trafieniem do szpitala.
Powtórzyła się sytuacja sprzed lat, gdy matka tłumaczyła mi, że mojej przyjaciółki w odbiciu szyby nie ma, że to tylko ja. Ten stan trwał kilka dni. Było to lato, skończyłam przedszkole. Tym razem w telefonie słyszałam głos zwalniającego mnie szefa. Podobno nie dzwonił. Jednak wydarzenie rozkręciło spiralę kolejnych widzeń.
„Co pani teraz przeżywa?”, spytała następnego dnia psycholożka, przyglądając się mi uważnie. „Pewien, taki większy spokój”, odpowiedziałam.
W dniu wypisu ubrałam się odświętnie. Nawet pomalowałam rzęsy.
Minął ponad rok, zmierzam żwawym krokiem do apteki, by zdążyć przed oberwaniem chmury.