Każdej burzy boję się inaczej

Lato powoli się kończy, albo już się skończyło, ciężko stwierdzić, więc uznaję, że to odpowiedni moment na rozważania burzowe.

Tydzień temu w poniedziałek przez Kraków przeszła spora ulewa z piorunami. Na szczęście nie było mnie wtedy w mieście. Wracałem samochodem od dziadka w mojej rodzinnej miejscowości na Śląsku i słyszałem w radiu, że Kraków znów tonie! Autobusy pływały, auta stały w korku, a ja współczułem ludziom z powodu wody w ich butach. Prowadzący audycje rozmawiał z radiowym ekspertem do spraw wody o tym, że taka sytuacja w obecnych zmianach klimatycznych będzie się powtarzać i musimy do tego przywyknąć. Oburzyłem się. A może ja nie chcę przywyknąć!

Autobusy pływały, auta stały w korku, a ja współczułem ludziom z powodu wody w ich butach.

Po mojej prawej w szybę uderzyło szybkie światło. Zagrzmiało. Opóźnionego dźwięku błyskawicy nie udało mi się usłyszeć przez śpiewającą w głośnikach Lady Gagę. Zaczynało kropić, a światło pojawiało się coraz częściej. Włączyłem wycieraczki i zbliżałem się do domu. Kiedy przejechałem już przez bramę, ten od pogody w radiu, przekazał mi, że burza kieruje się na zachód. Silnik zgasł i razem z nim radio. Telefon w końcu odzyskał zasięg, a Alert RCB pojawił się w powiadomieniach. Uwaga! Dziś (08.09) prognozowane intensywne opady deszczu i burze. Możliwe podtopienia. Nie zbliżaj się do wezbranych rzek. Słuchaj poleceń służb – słucham, słucham i spadam do domu, bo boję się tej cholernej burzy – pomyślałem. W moim przypadku skończyło się na ostrzeżeniach, ale co z ludźmi, którym burza zerwała dachy i zalała piwnice? Trudno powiedzieć.

Nie mam wielu dobrych wspomnień związanych z burzą. Kiedy próbuję przypomnieć sobie o najstarszej burzy, jaką pamiętam, nawiedza mnie ta, przez którą do rana nie było na wsi prądu, a ja myłem się w świetle świeczki na pralce. Potem też nie było najgorzej. W pewne wakacje u dziadków burza, tak jak uwielbia, pozbawiła nas prądu, ale o dziwo to miłe wspomnienie. Siedzieliśmy z kuzynem i dziadkami na kanapie w salonie, deszcz jeszcze padał, a babcia opowiadała o przeróżnych przeżyciach pogodowych z młodości, z których najbardziej zapamiętałem jakąś tam zimę. Śnieg zasypał ponoć wszystkie drogi na prawie metr, a pługi nie miały zamiaru przyjechać. To były czasy! Ale potem z burzami było u mnie coraz gorzej. Zanim doszło do aktualnego stanu naszej relacji, miałem neutralne stosunki do deszczu z piorunami. Nawet lubiłem ten moment po spoconym dniu, kiedy burza sprzątała cały ten zastój ciepłego powietrza i nareszcie mogliśmy odetchnąć. Siadałem na werandzie, najczęściej z babcią i siostrą, wyczekując kolejnych błyskawic na ciemnym niebie. Odliczałem sekundy od światła aż do chwili rozbicia się grzmotu w moich uszach. Według legendy sprzedanej mi przez siostrę, tyle ile sekund minęło od błyskawicy, tyle kilometrów grzmot leci do ucha. Jasne, nie znałem się wtedy na kilometrach i metrach, ale wiedziałem, że im większa liczba, tym dalej i bezpieczniej. Reszta nie była potrzebna.

Uwaga! Dziś możliwe podtopienia. Nie zbliżaj się do wezbranych rzek. Słuchaj poleceń służb!

Taka sielanka powtarzała się przez lata, wykorzystując moją nieuwagę. A mama uczyła: „Burza idzie! Wyłączaj komputer z prądu!”, ale ja myślałem, że to tylko bajania starej daty. Przecież nic się nie stanie – irytowałem się w głowie. A nawet jeśli walnie piorun to mamy nie takie znowu stare bezpieczniki. Miłosz mądry po szkodzie. Stał przy otwartych drzwiach balkonowych i podziwiał wyładowania atmosferyczne. Z nieba lało się jak z prysznica, kiedy jedno z tych gówien z prądu walnęło w garaż sąsiada. Miłosz, jak nigdy, poczuł to w kościach. Wywaliło korki, a w przedpokoju zalatywało spalenizną. Router dosłownie się zjarał. Dymił jak stary palacz. Razem z nim poszedł w diabły monitor i zasilacz od komputera, dekoder i zmywarka. Mama wleciała z krzykiem przerażenia do pokoju, w którym pachniało palonym plastikiem. Winny okazał się kabel od internetu. Zdrajca wpuścił szatański piorun po słupie do domu i spustoszył wszystkie sprzęty w moim pokoju i nie wiedzieć czemu wybrał też zmywarkę. Mama ubolewała, bo wolała, żeby padło na zużytą już pralkę. Dysk komputera na szczęście ocalał, a ubezpieczenie pokryło ten rozbój.

Wtedy po raz pierwszy zacząłem bać się burzy i mam do tego święte prawo. Kto rozwalił komin mojej przyjaciółce? Kto zerwał dachy wieś obok mojej? I kto złamał drzewo przy moim bloku? Winna jest tylko burza i jeśli mało wam wrażeń, mam na to dowody.

Dowód numer 1: Pewnego razu pojechałem z babcią i ciocią na zakupy. Słońce świeciło na wielkim bezchmurnym błękicie. Żar topił asfalt, a ja mogłem się domyślić, że skończy się jak zwykle. Nasz pobyt w marketach powoli zbliżał się do finiszu. Po wyjściu z Biedronki niebo posiwiało. Czuć było nadciągający dziki wiatr. Wpakowaliśmy dobytek do bagażnika starszego ode mnie Fiata Seicento i ruszyliśmy w nasze strony. Niestety burza była szybsza. Goniła mnie jak tyranozaur w Parku Jurajskim. W połowie drogi złapał nas cholernie ostry deszcz. Akurat zjeżdżałem z górki, kiedy pod moimi kołami rozpętał się istny wodospad. Samochody zwalniały, a wichura nabierała tempa. Z każdym kilometrem rowy były pełniejsze, a woda z ulicy wybijała w Seicento przez przegniłą dziurę pod podłogą. Droga przypominała brudny Ganges, w którym pływały resztki z toalety, a świata prawie nie było widać. Gdy niebo zaczęło się przerzedzać, dotarliśmy do cioci. Każdy z nas miał mokre buty mimo tego, że cały czas byliśmy w aucie. Wieś wyglądała jak po kataklizmie i my również.

Wtedy porządnie jebło! Aż światła przygasły.

Dowód numer 2: Tę historię znam z drugiej ręki. W oknie mojego mieszkania w Krakowie widziałem odbijające się od sąsiedniego bloku światła piorunów. Burza była daleko. Nagle zadzwoniła mama: „A dej spokój, co tu się działo”. Dwie godziny wcześniej w mojej wsi zbierało się na burzę. Zapadła już noc, a mama zaciągała moich siostrzeńców do kąpieli. Wtedy porządnie jebło! Aż światła przygasły. W tym czasie był z nimi syn sąsiada, który poszedł z mamą na poddasze po zapomnianą wcześniej zabawkę. Coś ją podkusiło, żeby spojrzeć przez okno, za co dziękuje Bogu do dziś. Znad garażu unosił się dym, wtedy mama zabiła na alarm! Tata wybiegł z domu jak opętany. Otworzył wrota, a w garażu rozpętało się piekło. Czarny dym buchał na twarz, a ogień palił się w kącie i zajmował kolejne półki i sprzęty. Zanim złapał za szlauch, opony w drugim rogu prawie już się stopiły. Zlecieli się sąsiedzi. Tata gasił, a reszta ratowała co się dało. Kiedy przyjechała straż, było już po wszystkim. Gdyby nie mały sąsiad i tata, ogień zająłby drewniany dach garażu, a kto wie, czy nie resztę podwórka? Piorun uderzył w stuletni dąb, wiem, bo potem policzyłem słoje, i znalazł najbliższe gniazdko w garażu, z którego puścił dziki ogień.

Burze na wsi przerażają mnie dużo bardziej. Czuję wtedy, że mój dom jest osamotniony. Zdany na łaskę nieprzychylnej w takich momentach natury. Odsłonięty na strzał. Boję się wtedy, że wichura zerwie dach albo spali instalację. W mieście jest nieco inaczej. Bezpieczniej jest spać w jednym z tysiąca mieszkań w blokowisku, zwłaszcza na parterze, kiedy wiesz, że nad tobą są cztery warstwy mieszkań. Poza tym to i tak nie twoje. Mieszkanie wynajmujesz, a nad osiedlem czuwa spółdzielnia. Dlatego każdej burzy boję się inaczej.