Kamienne schody i ośmiornice
Wrócił. W ten spokojny dzień, kiedy morze było płaskie, a ryby łapały się ochoczo w ciągniętą przez mały kuter sieć. Wrócił do magazynu, w którym od lat sprzedawał świeżo złapane ryby, za które jak zwykle dostawał zaniżoną stawkę za kilogram. W ostatnim czasie próbował sprzedaży na wzór starych włoskich rybaków, tych, którzy rozstawiają się bezpośrednio przy śródziemnomorskim nabrzeżu i trzaskają dopiero co wyłowionymi ośmiornicami o kamienne schody. Spróbował, ale nie były to ani Włochy, ani ośmiornice, więc znudzeni, zamknięci w sobie Skandynawowie tylko patrzyli nań z pogardą i wypluwali snusy pod pojemniki pełne ryb.
Wzdychając, wtargał ciężkie kosze i pudła do magazynu. Przywitał się z pracownikami, którzy radośnie ściskali skostniałe dłonie poławiacza i dziękowali za lojalność, za powrót do ich skupu. Dopytywali, dlaczego zniknął na tak długo, czy ryby nie brały, a może kuter się zepsuł. Kręcił powoli głową i skarżył się na dolegliwości nasilane wiekiem oraz mroźnym klimatem połączonym z trudami rybackiej egzystencji. Magazynierzy kiwali głowami ze zrozumieniem, klepali go po plecach, a w rzeczywistości zacierali ręce na myśl o kolejnej okazji na zysk z dużego przebicia na kwocie. Będą mogli zapłacić naiwnemu dziadkowi w cenie niemal trzykrotnie niższej od tej, którą zaoferuje sklep w centrum miasta.
Rybak był w zupełności świadomy tej ułudy i grał we własną grę. Godzinę po wyładowaniu dostawy pełnej jego ryb, przyjeżdżał do sklepu i przez tylne wyjście, gdzie wpuszczał go zaufany znajomy, wynosił połowę swoich zdobyczy do samochodu, by kolejnego dnia uniknąć wypływania w morze i znów sprzedać ten sam towar. Robił tak od ponad trzech lat – zawsze sprawnie, skutecznie i co najważniejsze, niezauważenie. Nie lubił tego, nie chciał dłużej żyć z ciężarem swoich poczynań spoczywającym tylko na nim, ale chciwość brała górę. Nie zdarzyło mu się wspomnieć wtajemniczonemu strażnikowi, że ryby, które wynosi do samochodu, złowił sam. Ochroniarz był przekonany o ubóstwie starego dziadka, który nie ma co do garnka włożyć. Chętnie łamał przepisy, wpuszczając go na zaplecze i nie zważał na to, ile towaru zniknie.
Doświadczony rybak był bardzo samotnym człowiekiem, który jednak nie odczuwał zupełnie potrzeby relacji z drugim człowiekiem. Najczęściej rozmawiał z morzem i to ono było mu najbliższe. Uwielbiał codzienny rytuał wypłynięcia w niekończącą się morską toń, wierną, otaczającą go z każdej strony. Tyle wystarczało, by czuł się szczęśliwy w niezachwianym przekonaniu, że woda zawsze będzie otaczać go troską. Jednak wraz ze starością pojawiło się odrzucenie. Ukochane Morze Norweskie stało się zbyt żywiołowe, okrutne, nie poznawał go. Idealny wizerunek wodnych głębin zastąpiła obawa. Rybak stracił przekonanie, że morze zawsze będzie mu oddane. Coraz trudniej było mu wypływać codziennie, a tym samym złowić wystarczająco wiele ryb.
Teoretycznie mógł zmienić zajęcie. Nawet w pewnym momencie dostał propozycję pracy w lokalnym urzędzie, lecz bez wahania odrzucił ją, wiedząc, że nie poradzi sobie w życiu bez żeglugi. Nadal wierzył, że to jedyne możliwe źródło dochodu, ale stawał się on coraz mniejszy. Najpierw musiał odpuszczać dwa razy w tygodniu, potem trzy aż w końcu pogodził się z tym, że nie da rady wypływać częściej niż co drugi dzień. Potrzebował przerwy na rozgrzanie zmęczonych i przemarzniętych stawów w palcach, które z każdym dniem bardziej przypominały kiście dzikich, przerośniętych winogron, które pękną przy najdelikatniejszym dotyku. Mógł się poddać, tym bardziej mając świadomość, że ceny w skupie nie zostały dla niego podniesione od ponad dziesięciu lat. Głowił się długo co począć, dyskutował z morzem, choć już bez zupełnej szczerości i postanowił – lepiej będzie wyzyskać i oszukać ludzi dokoła, tym samym również siebie, niż ukochaną morską otchłań.
W takiej wierze trwał przez niemal trzy lata. Niestety upływ czasu sprawiał, że wypływanie kutrem kojarzyło się z udręką, walką, cierpieniem. Teraz morze przemawiało do niego z wyrzutem, napominało „kłamstwo jest grzechem, obrażasz mnie i ludzi wokół”. Odkrzykiwał, że to wszystko z miłości, a mroźne północne morze odpowiadało kolejnymi sztormowymi falami, które wdzierały się na pokład niewielkiego kutra i smagały rybaka po twarzy i dłoniach.
Stał więc przy drzwiach magazynu z rękami głęboko w kieszeniach sztormiaka i rzeczywiście poczuł się stary, samotny i fałszywy, kiedy spoglądał jak roześmiani magazynierzy, których regularnie oszukiwał, ważą pojemniki pełne bezosobowej masy rybich ciał. Spuścił głowę, zbierając siły. Chciał wreszcie wykrzyczeć prawdę, wypełnić blaszaną halę rykiem rozpaczliwej spowiedzi. Zacisnął pięści i… Gdy tylko prawda zbliżała się do jego ust, gardło ściskało się i słowa znów spływały w głąb jego ciała, tworząc coraz większy stalaktyt, który kłuł jego serce. Chciał go złamać, uwolnić się, lecz znów nie był w stanie wykrzyczeć do magazynierów, co robi za ich plecami. W ciszy odebrał zapłatę, odwrócił się i wyszedł. Ostatecznie nie wytrzymał i zdradził wszystko w wysłanym do firmy mailu.
Nikt w okolicy więcej go nie widział, ale krążą pogłoski, że wyruszył kutrem na południowy zachód, do Włoch, aby trzaskać ośmiornicami o kamienne schody.