Jabłka

Brutalny, mokry zapach klamki, na której metalu zaciskasz dłoń. Opór masywnych drzwi. Odsunięcie purpury kotary pozłacanej i zakurzonej niecierpliwym gestem intruzki zza kulis, niosącym w sobie mrowienie zwiastujące nieuchronne uchylenie rąbka tajemnicy, dopuszczenia światła do desek sceny. Z ciemności wyłaniają się schludne uczesania aktorek. Lada moment rozpocznie się pierwszy akt przedstawienia. Metafora sypie się. Po przekroczeniu progu, czy ty sama nie znajdujesz się raczej na scenie, gdzie weszłaś ostrożnie po schodkach, skoro zostawiasz w tyle zamykające się znów wrota materiału, a kobieta z kruczoczarnymi włosami odwraca głowę ku tobie?

Takie welurowe kotary zobaczysz w przeszłym roku na drzwiach kościółka w górskim włoskim miasteczku niedaleko granicy z Austrią, gdzie kelnerom i sprzedawcom odpowiadać będziesz odruchowo danke, nie gracie. Z niedzieli dzieciństwa ich jednak nie pamiętasz. Musi to być nowy akcent, orzekasz. Twoim zajęciem było wtedy przecież wpatrywanie się.

Stukot pantofli na kamiennej posadzce, której chłód odczuwasz przez podeszwę, przez cienkie rajstopy. W innych okolicznościach nazywasz je zwyczajnie butami, nie, nad chrzczeniem ich nie zastanawiasz się wcale, pospiesznie wsuwając je na stopy i kłując się podczas celowania do dziurki paska. Zwalniasz krok, to zabieg nieumotywowany bynajmniej chęcią sprawiania wrażenia dystyngowanej panny. Krok twój jest niepewny. Nikt nie chce iść pierwszy, ale ktoś musi pierwszy, ktoś musi podjąć decyzję. Należy zdecydować się na ozdobną spinkę trzymającą w ryzach kok, którego ruchy będziesz odtąd wodziła wzrokiem. Czasem był to długi siwy warkocz starszej kobiety, w którym, nie ujmując tego w słowa, widziałaś najpiękniejsze świadectwo jakiejś niewypowiedzianej odrębności i prostoty.

W prawo, ukrywasz się za filarem. W jego szarym marmurze wyryto czarne dopływy rzek, których wody chłodziły twój palec wskazujący, gdy czułaś się słabo. Gdy ich zimno nie wystarczało, a rzeki mnożyły się w twoich oczach, słup stawał się murem obronnym, za którym osuwałaś się, bezpieczna. Wolnych ławek jest wiele. Siadacie blisko siebie, kurtki ogrzewają kurtki. Tą samą turystką, zdejmującą okulary słoneczne i chowającą je do kieszeni, by nie ześlizgnęły się z głowy przy spoglądaniu na sufit, którą byłaś w tamte lato w prawosławnej świątyni na placu Monasteraki w Atenach, jesteś i tu.

Jesteś nieco za wcześnie. Żarówki piętrowego żyrandolu (w kształcie tortu, albo krynoliny sukni balowej) słabo żarzą się czerwienią, część nie świeci wcale. Pozwalałaś im wypalać plamy w części oka odpowiadającej za tworzenie obrazu i widziałaś je na powiekach po przymknięciu oczu. Utrwalone jak srebro na kliszy projekcje wyświetlałaś na kremowej ściance, o którą rytmicznie uderzały twoje buty. Kropki jasności migały pomiędzy szarymi śladami na farbie elementu konstrukcji balkonu. Bardziej znudzona niż zafascynowana narządem wzroku prowadziłaś dalsze eksperymenty: przymykałaś na zmianę obydwie powieki, porównując odczytywane obrazy i doszukując się między nimi różnic. Poprzez niepełne zamknięcie obu na raz traciłaś ostrość otaczających cię linii, pozwalając wszystkiemu pokryć się miękką mgłą. Zaciskałaś mocno. Barwy czerwieni, róże, brązy.

Raz, w podstawówce rozległ się głuchy odgłos, odbijający się echem w przestrzeni. „Kto trzaska drzwiami”, krzyknęła zirytowana zakłóceniem lekcji matematyczka, z impetem otwierając drzwi na korytarz. Na kamiennej posadzce, rozbijając regularność geometrycznych wzorów, leżał fragment sufitu. Widzisz go jeszcze, był wielkości dwóch par drzwi położonych obok siebie. W powietrzu unosił się biały pył. Nie było widać nieba.

Wielu wyobraża sobie spadający w trakcie mszy żyrandol, od maleńkości wypatrują katastrofy, wizualizując nasiąkniętą ironią tragiczną śmierć pogrążonych w modlitwie. Nie wydaje ci się, żebyś i ty miewała takie myśli. Żyrandole wisiały pomiędzy rzędami ławek, nie nad nimi. Z niewinną ciekawością lub butnym pragnieniem dowodu rozważałaś za to możliwość bycia świadkiem cudu. Czy miał przyjść w postaci zbiorowego widzenia, czy ożywienia adekwatnej do kalendarza liturgicznego Świętej figurki? Dopuszczałaś do myśli różne realizacje. Może twoja gotowość sprawiła, że żadna z mnogich możliwych form nie wypełniła się.

Najwięcej mszy naoglądałaś się z prawego górnego balkonu. W obu jego skrzydłach, ławki od mosiężnych (nie wiesz, czy są z mosiądzu, podoba ci się jednak brzmienie i wygląd tego słowa) posągów dzieli niski próg. Chce w przedsionki Pana wejść, śpiewali wokół ciebie, prowadzeni szkarłatnym wokalem organistki. Czy ona pozwalała swoim oczom unieść się znad klawiszy pianina, opuszczała nuty śpiewnika i spoglądała ukradkiem na te postaci? Czy ona, tak jak ty, wyobrażała sobie, że przekroczy tę śmieszną granicę? Może gdy pieśń dobiegała końca, ludzie odchodzili w pokoju Chrystusa, a światła gasły, ona kładła dłoń na zimnym metalu ich zastygłych w bezruchu szat?

Zimowego wieczoru przed ekranem wrocławskiego kina twoje oczy zrobią się wilgotne przy Lulajże Jezuniu odśpiewywanym przez pokolorowane postaci filmu Chłopi. W przełykanej ślinie rozpoznasz smak suszonych figi i daktyli, policzki zaczerwienią się jak za grudniowych wieczorów przy barwnych światełkach choinki, gdy czerwona książka z tekstami kolęd i pastorałek wbijała ci się w brzuch. Twoje palce zgrabnie sunęły po klawiszach, niełatwo było ci jednak otwierać usta. Stukasz paznokciem w szkło lampki grzanego wina, wśród nocnej ciszy głos rodziny się rozchodzi.

W tamtym miasteczku w Dolomitach, zwabieni purpurą wejdziecie do pustego kościoła, gdzie organista będzie uderzał w klawisze, a ty będziesz ciekawa, czy zauważył już waszą obecność. Kroki wasze jak przecinki akcentować będą muzykę, zdradzi was ich echo, chociaż będziecie starać się iść jak najciszej. Czy on będzie tak grał dla Boga, dla waszej czwórki, czy dla siebie samego? „Postukaj swoimi obcasami po marmurze razem ze mną i jak pisał Rimbaud: jedzmy stare kamienie kościołów”, wyszeptają twoje obdarte pięty, uświadczające przechadzki ciągnącej się pomiędzy Krakowem a Paryżem.

Nie przejdzie ci to przez myśl w chwili, gdy będziesz to przeżywać, jednak rok później, przy spisywaniu wspomnień, przejdzie cię dreszczem pewna analogia. To kwestia perspektywy, z której niemal każdej niedzieli spoglądałaś na ołtarz i widziałaś dłonie księdza proboszcza, czasem trzęsącą się lewą dłoń księdza kanonika. Dłonie otwierające, dłonie łamiące, dłonie unoszące. Gdy błysk przekładanej na kolejną stronę złotej zakładki dochodził do twoich oczu, czułaś, że zobaczyłaś za dużo. Z takiego punkt widzenia będziesz patrzeć na Dylana odwracającego kartki z tekstami piosenek, sięgającego po harmonijkę, którą ujrzysz leżącą obok rytmicznie uderzanych na zakończenie każdej z piosenek klawiszy pianina, zanim on uniesie ją do ust.

Paprocie nie kwitną. W centralnym miejscu, pod ołtarzem, postawiono uschnięte łodygi, po obu jego stronach donice ze zdrowymi roślinami. Wyrazista zieleń ich liści wydaje ci się nie na miejscu, tak ich świeżość jest oderwana od surowości panującej na zewnątrz zimy. Jan Chrzciciel nie stoi nad zamarzniętą wodą. Otaczające cię posągi nie drżą z zimna, koniuszki ich nosów nie poddają się wpływowi niskiej temperatury tak jak twój. Zarumieniona, stanowiąca namacalny dowód styczniowego mrozu, stoisz ile trzeba. Pokrzepiona. Świadomość, że nie masz żadnego wpływu na długość czytanego fragmentu łatwiej jest twojemu ciału znieść teraz, niż w dusznym środku lata. Latem miewałaś za to towarzyszkę. Wyprowadzane przez mamy na powietrze, ku odrobinie cienia, stawałyście obok siebie i posyłałyście sobie milczące uśmiechy.

Młody organista śpiewa niewyraźnym głosem, pewniejszym jednak niż wielu byłoby w stanie z siebie wydusić w obliczu napierającej zbiorowej pieśni, uparcie trzymającej się linii melodycznej wpajanej latami przez poprzednią organistkę. Chciałabyś zobaczyć wychodzącego z kościoła, może w białej koszuli, w marynarce w paski, ze schludnie uczesanymi jasnymi włosami. Pieśń trwa. Jesteś tu, nie bywasz, z wyjątkiem krótkiej wizyty z Wielkanocnym koszyczkiem, która poza incydentem rozsypania soli z kryształowego bucika po siedzeniach samochodu, nie utkwiła szczególnie w twojej pamięci. Nie pomagasz sobie wcale swoim rozglądaniem się w około, podnoszeniem wzroku. Czujesz, że jedno oko zaczyna ci łzawic, ale nie chce ci się płakać, ani nie chcesz płakać. Jaki śliczny jest ten butelkowy zielony kolor tła obrazu Matki Boskiej.

Dwie reklamówki pełne zebranych polnych kwiatów. Łubin, maki, chabry. Wiklinowy koszyczek, do którego zgrabnie wkładałaś dłoń, by za moment wynurzyć ją powoli, pełną delikatnych klejnotów. Rozluźniałaś uścisk i wyćwiczonym ruchem nadgarstka sprawiałaś, że płatki spadały na asfalt. Dbałaś o to, by trafiały tam, gdzie kwiatów jeszcze nie było. Wraz z posuwaniem się pochodu, dziur takich było coraz więcej – koszyki twoich koleżanek były już puste. Mama obserwowała twój, a gdy tylko dostrzegała przebijający się brąz, dokładała kolejną garść. Ukradkiem zakrywała dna koszyków dziewczynek idących obok, chociaż ty wolałabyś, żeby tego nie robiła. „Same mogły przecież pozbierać, tak jak my”, mówiłaś później, gdy nie zagłuszał cię już śpiew orszaku, nie zawstydzała bliskość koleżanek i ich mam. Upał. Twoje oczy wpatrywały się w przyozdobione wstążkami i słońcem stacje, w kolorowe flagi, haftowane obrazy unoszone w górę. Grecki błękit nieba i bielone wapniem mury.

Ziarnka ryżu i grosiki zaciśnięte w piąstce. Kładłaś je na drewnie stolika nocnego dziadka, obok spoczywały już pudełka kolorowych pastylek, kraciasta chustka do nosa i okulary z grubymi szkłami. Nad tymi drobiazgami górował abażur (pociągałaś za sznurek raz, dwa razy, trzy razy), a nad wami, grzejącymi się pod pierzyną i kocem: monidło ślubne i fotografia babci z niemowlakiem. Język potrafił zapiec od czosnku sumiennie wcieranego w chleb pieczony, na drewnianej szafie z twarzą stwora kusiły słoiki czereśni, wyblakłych od gotowania w cukrze.

Na strychu twojego domu rodzinnego, oprócz zapisanej kredą daty wybudowania oraz pałaców dla lalek ze snów, znajdą się witraże okienne nabyte w okazyjnej cenie i z małym prawdopodobieństwem ich rychłego wykorzystania. Zgrabnie mówiąc, jak w obrazek wpatrujesz się w kolaże tych kolorowych szkieł gdziekolwiek jesteś a gdziekolwiek są też one. Muzealną pamiątkę z żywiołami Wyspiańskiego nakleisz na szybę swojego Krakowskiego pokoju, pokoju którego niespodziewanym i bezkonkurencyjnym atutem są dachy widziane z okna. Kilku swoim przyjaciołom opowiadałaś o swoich spostrzeżeniach dotyczących witraży i ostrożnie poruszasz ten temat, szukając na twarzy rozmówcy znudzenia sugerującego, że nie po raz pierwszy słucha tych rozważań. Za każdym razem używasz innych słów, które bardziej lub mniej elokwentnie sprowadzają się do następującej sentencji: jak pięknie, że ich piękno widać dopiero od środka. Myśl tą sformułowałaś w jednej z nieco oddalonych od centrum dzielnic Pragi. Mama nie zgodziła się z tobą całkowicie, a upał i zmęczenie nóg zniechęciło was do dalszej konwersacji.

W rogu salonu u cioci stał wielki zegar. Stał, bo stale wskazywał za dziesięć ósma, a może jednak dziesięć po? Jeszcze jako mała dziewczynka dopatrzyłaś się w tych zatrzymanych wskazówkach symboliki:  wtórował ci w życzeniu, aby ten Wigilijny wieczór trwał wiecznie. Wydawało ci się to nie w stylu cioci, nie cioci z jej smukłymi długimi nogami, szatynowym bobem, muzyką klasyczną i jazzem dobiegającymi z wieży grającej, ogrodnikiem przycinającym trawnik i malarką przysyłającą portrety kobiet-zjaw do wieszania na ścianie. Gdy jednak przypominasz sobie ją pozwalającą ci brudzić się w dziurze z gliną z jej córeczką, marzącą o jeździe na wrotkach i z ciepłym uśmiechem cytującą twoją myśl dziewczynki, która tak jej się podobała: „ludzie nigdy nie są zadowoleni, albo narzekają, że im za gorąco, albo, że lato w tym roku chłodne”, potrafiłabyś przypisać obecność zepsutego zegara zachowaniu pamiątki po którymś z nieżyjących już dziadków ze strony któregoś z nieżyjących już rodziców. Byłaś za mała, by potrafić spytać, czy decyzja ta miała podłoże sentymentalne, czy raczej wymiana zegara na nowy model była tylko kwestią czasu. Nie wiesz też, czy do takiej wymiany doszło. Pasowałoby, gdyby rzeczywiście tak się stało. Wigilijny wieczór skończył się.

Ogród Pani otworzył dla was portal do letniej nocy upieczonej pomidorowym ciastem i napełnianej filiżankami herbaty, gdzie zmierzch zapadł nieprzyuważony i bez większego znaczenia. W wyobraźni mam leżeliście już w rowie odurzeni winem. Jak dwie spłoszone światłami samochodów sarny przemierzaliście wyboiste drogi nocy z wypiekami na twarzach, z gęsią skórką na nagich przedramionach.

Upływ czasu w kościele również zdawał się być niepożądany, a przynajmniej nie był rejestrowany przez żaden naścienny zegar. Zmuszona byłaś łapać mamę za rękaw, sięgać ku jej nadgarstkowi, tym samym demaskując swoje znużenie. Mama zgrabnie wykonywała konieczny gest, sama również zerkała na złotą tarczę. Na twoim dekolcie, na koronkowym tle kołysze się tarcza z dwunastką, trójką, szóstką i dziewiątką. Artysta usunął wskazówki. Twój własny zegarek w rękawie wskazuje, że upłynęło kilkanaście minut. Modlitwy trwają, a wszystko wokół staje się znów tak znajome, jakby początkowe zdziwienie wcale nie miało miejsca.

Każdego ranka i wieczora nakręcać będziesz ten zegarek, którego brązowa tarcza z błyszczącymi złotem wskazówkami wskażę ci odpowiedni moment odłożenia Prousta i zamknięcia oczu w nocnym pociągu z Budapesztu. Pomyślisz wtedy, jak bardzo z tym co gdzieś kiedyś sobie napisałaś nie jesteś godna, za przeproszeniem, rozwiązać mu rzemyka u sandałów. On, wróciwszy z bezowocnych poszukiwań zdatnej do spożycia wody w wagonie sypialnym, uniżony poprosi o łyk z jej butelki. „Niczym gąbka nasączona octem”, powiesz, czując na sobie ich wzrok. Rozbawiona błogim zmęczeniem, jak i pięknem czytanych słów rozwiniesz myśl, równocześnie tracąc jakiekolwiek przekonanie. Skonfrontowana w najmniejszym stopniu, natychmiast poddasz swoje skojarzenia w wątpliwość, dopuścisz możliwość, że pamięć cię zawodzi. Roześmiejesz się jednak do jego wyschniętego źródła, jej ciemnych loków nawijanych na palec, niespodziewanego gościa w przedziale, książki na twoich kolanach znalezionej na ulicy przy wyprowadzce z Wrocławskiego mieszkania. „Nie zdziwię się, jeśli za trzy strony będzie u niego o tym mowa”.

Bicie dzwonów od zawsze rozchodzi się wśród złotych łąk. Ostatnimi czasy potrafi towarzyszyć mu drugi głos, świst pociągu niesiony przez wodę podmokłych terenów. Późnym latem tworzy harmonię z głuchym odgłosem opadających jabłek, zbieranych przez ciebie do taczki na polecenie i na wzór dziadka. Gdy zabrzmi, masz wtedy ochotę wyprostować plecy i wykonać znak krzyża, jak przychodzące ci na myśl schylone wieśniaczki w chustach na głowach i na spódnicach, którym dźwięk ten przerywał pracę i podkładał inny obowiązek. Wpadał przez otwarte okna domów sąsiadujących z kościołem, które mijałaś na rowerze i mówiłaś: „oni wcale nie muszą ruszać się ze swoich pokoi”. Gdzieś w lesie, zanim koła zagrzebywały się w piachu a ambony przestawały wskazywać drogę po zmroku, ona z dumnym uśmiechem oświadczała które z wielu pobliskich wezwań do modlitwy usłyszałyśmy tym razem. Z cichym wstydem zdawałaś sobie wtedy sprawę, że sama nie jesteś przekonana, czy ma rację. Czy to wystarczy, wiedzieć, że dzwoni?

Nie wiadomo dlaczego, ale wyobrażałaś sobie mnicha pociągającego za masywny sznur, zmęczonego po pokonaniu wąskich schodków dzwonnicy. Kościół nie ma wieży, w miasteczku nie ma mnichów. Powiedział ci, że gdzieniegdzie panuje zwyczaj dźwięcznego zawiadamiania o zgonie w danej parafii. Nic nie wskazywało na to, żeby było tak w przypadku waszego kościoła. Nie miało to jednak większego wpływu na fakt, że od tej pory rozbrzmiewające dzwony będą przynosić ci na myśl żałobny płacz wdowy ukrywającej twarz w dłoniach, takiej, która przewidzi ci się na zdjęciu nagrobka Warhola przesłanym z Ameryki. Jeszcze nie wtedy, gdy pod spodkiem ona opierała Komu bije dzwon Hemingwaya o pierś, krzyżując rękawy marynarką pożyczonej od twojego taty. Już, gdy Marianne słowami Leonarda Cohena rozbrzmiewać będzie z wieży piosenki, obijając się o ściany stojące na rozpiętości twoich ramion, przy długich paznokciach i naciągniętym mięśniu.

Przycmentarne jabłonie mają owoce koloru krwi najmniej ci dziwnej, czy też twojej szminki o wyrafinowanym obustronnie wklęsłym kształcie, przypominającym erytrocyty właśnie. Trudno byłoby ci wyobrazić sobie rolę bardziej patetyczną od tej, którą przyjmujesz krocząc ostrożnie przez gąszcz traw i ostrężyn, by wreszcie, sięgając obleczoną w rękawiczkę dłonią ku jabłku, poczuć smagania giętkich gałązek po twarzy. W odbiór smaku wkładasz mimochodem całe swoje wyobrażenie o miejscu, od którego drzewka oddzielone są zdobioną metalową bramą. W samym akcie wgryzania się w ich dar zawierasz całą ceremonialność, całą duchowość jaką potrafisz przywołać. Słodycz karmazynu. Subtelny gorzki posmak, trucizna niesiona przez ciężkie powietrze. Nigdy nie będziesz w stanie opisać, czym jest dla ciebie wgryzienie się w owoc samosiejki, przetarty o bawełnę bluzki. Musiałabyś spisać każdy bosy podskok swojego nieskończonego dzieciństwa.