Fabryka bananów

Stał przede mną z otwartymi ramionami. Jezus. Chciało mi się siku, ale nie byłem w stanie pójść do łazienki. Postanowiłem nie wracać do domu i nie odbierać telefonów od mojej rodziny. Wiedziałem, że to złamie mojej mamie serce i dokładnie o to mi chodziło. Chciałem im uzmysłowić, że nie mogą mnie zostawić, że to nieludzkie. Liczyłem na to, że się opamiętają.

Wziąłem telefon i wpisałem w Google: kawalerka szczecin. Sprawdziłem saldo na koncie. Następnie wpisałem: pokój do wynajęcia szczecin. Pociąg ruszył ze stacji, a ja zacząłem płakać jak dziecko.

I wtedy poznałem Mariusza.

Dzień wcześniej siedziałem na wysokości czwartego piętra. Moje nogi zwisały swobodnie. Na dole, dzieci biegały po szkolnym boisku. Kwitły monumentalne kasztany.

Współlokatorka Marysia przestała się do mnie odzywać. Kiedy wchodziła do kuchni, albo mijaliśmy się w przedpokoju, czułem na sobie jej gniew. Pociąg do Szczecina miałem dopiero następnego dnia. Po co tam jechać? Rodzice są zawiedzeni, chociaż nigdy mi tego nie powiedzą, ani nie pokażą. Wszyscy oprócz mnie już jakiś czas temu wiedzieli, że raczej nie zostanę psychologiem i nie wiedzieli, kim zostanę w zamian.

Semestr letni za pasem, powinienem był się bronić, ale przez pięć lat nie skończyłem licencjatu.

Może by spotkać się z nią w Szczecinie? Może spotkamy się tak jak kiedyś, przed bramą główną Cmentarza Centralnego, ona przywali mi w twarz, potem się rozpłacze, przeprosi i znowu przyjmie mnie do siebie, a ja obiecam, że tym razem jej nie zdradzę, bo jestem odporny psychicznie na manipulacje. W końcu prawie skończyłem psychologię na Warszawskim.

Marysia stanęła w progu i westchnęła.

– Klucze zostaw jutro w przedpokoju. A teraz chcę zrobić sobie obiad, możesz wyjść z kuchni?

Usiadłem na ławce pod  blokiem i zapaliłem papierosa. Przypomniałem sobie, jak Łucja kiedyś rozpłakała się na tej ławce, bo przewróciła się na rowerze. Zmusiłem ją, byśmy pojechali nad Wisłę, a ona bała się jeździć wśród samochodów. Przewróciła się już przy furtce, podświadomie sabotowała tę wycieczkę od rana i dlatego tak się stało. Płakała, bo poczuła się niewystarczająca dla mnie. Była ciekawym przypadkiem do analizowania.

Od naszego wspólnego przyjaciela dowiedziałem się, że poszła po raz pierwszy w życiu na terapię.

– Zaczęła brać antydepresanty i trochę przytyła. Moja Kasia tam u niej w Gdańsku ostatnio była. Ta przeprowadzka chyba dobrze jej zrobi. I będzie robić magistra.

Zamknąłem oczy i poczułem smród patroszonych ryb. Kilka miesięcy temu pracowałem jako rybak na Islandii, doszedłem na piechotę do małej wioski na zachodniej części wyspy i sam o to poprosiłem. Byłem tam dla idei, nie dla pieniędzy. Potem wróciłem na Żoliborz i próbowałem skończyć studia. Nie udało mi się. A Marysia, moja współlokatorka wyrzuciła mnie z mieszkania po tym jak dowiedziała się co zrobiłem Łucji.

Papierosem nie zaciągałem się prawie wcale. Nie przyznałem przed sobą, że tęskniłem za nią jak cholera, bo to była sprzeczność, którą jako psycholog musiałbym się zająć, a nie miałem na to ochoty.

Wyciągnąłem telefon i napisałem szkic wiadomości. Nie wysłałem. Poszedłem poszwendać się jeszcze trochę po okolicy.

Budzik nie zadzwonił. Ze snu wyrwał mnie telefon wibrujący wściekle po podłodze. Nie zdążyłem odebrać, zerwałem się, patrząc na godzinę. Zamówiłem Ubera, zbiegłem z moimi dwiema walizkami i plecakiem po schodach i dojechałem na dworzec cztery minuty przed odjazdem pociągu. Moja lniana koszula kupiona w Maroku, była cała zapocona. Hałas śródmieścia gotował się ze smogiem i ze mną w jednym, piekielnym kotle.

Kiedy pociąg ruszył, oddzwoniłem.

– Cześć tato.
– Cześć synku. Chciałem dopytać, o której będziesz w Szczecinie.
– Około północy.
– Weź taksówkę do domu. Muszę wcześniej pójść spać.
– Dobrze.

Brzmiał dziwnie, wyczuwałem w jego głosie jeszcze większy zawód niż zwykle.

– Fryderyk. Muszę cię o czymś poinformować.
– Coś się stało?
– Postanowiliśmy z mamą, że nie możemy cię dłużej utrzymywać. Chcemy, żebyś od razu znalazł sobie mieszkanie i zaczął dorosłe życie.

Nigdy nie byłem bardziej przerażony. Nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. Nie wiedziałem, co zrobić. Mam dopiero dwadzieścia sześć lat. Siedziałem zmrożony kilka godzin. Nawet nie zauważyłem kiedy zrobiło się ciemno. Z transu wyrwały mnie światła Świebodzina.

Drzwi od przedziału otworzyły się.

– Dobry, dobry.

Zobaczyłem postawnego, krótko ostrzyżonego mężczyznę w szarym dresie. Uśmiechnął się do mnie, zdjął plecak i usiadł naprzeciwko. Pomyślałem, że zacznie wyzywać mnie od cweli, on jednak przyglądał mi się przez chwilę, po czym powiedział:

– Nie ma co tęsknić za babą. Poradzisz sobie chłopie.

To zdanie wywołało we mnie taki szok, że odpowiedziałem.

– Nie wiem, czy sobie poradzę. Mam dopiero dwadzieścia sześć lat. Nie mam gdzie mieszkać i nie mam pracy.

Mężczyzna zaśmiał się donośnie i klepnął mnie w udo.

– No to pięknie! Bo szukam pracownika, a i nawet pokój do wynajęcia się znajdzie.

Zmierzyłem go wzrokiem od góry do dołu. Byłem wykończony. Emocjonalnie i fizycznie.

Mężczyzna przedstawił się jako Mariusz. Okazało się, że jesteśmy w tym samym wieku. Pogadaliśmy o pracy. Opowiedział mi trochę o mieszkaniu, w którym miał wolny pokój. Blisko dworca, czynsz jak za darmo. Było to jego mieszkanie, ale zapewniał mnie, że przyjeżdża tylko się przespać, bo cały czas pracuje. Pociąg skończył bieg i ruszyliśmy w drogę. Zataczałem się ze zmęczenia.

Następnego dnia zacząłem pracę w fabryce bananów. Właściwie był to zakład dystrybucji, ale Mariusz nazywał go fabryką. Musieliśmy dotrzeć na miejsce na 5.30. Dwa autobusy z przesiadką. Mariusz miał samochód, ale prawie w ogóle nim nie jeździł.

– Do pracy się nie opłaca. Korki w godzinach szczytu no i paliwo drogie jak skurwysyn. Miesięczny 90 złotych, to się bardzo opłaca.

Po wejściu do fabryki Mariusz zaprowadził mnie do szatni dla pracowników, gdzie czekał na mnie niebieski kombinezon i kask.

– Przebieraj się i widzimy się na hali, ja idę do biura. – poklepał mnie po ramieniu, zaśmiał się i wyszedł.

W szatni pachniało męskim potem. Ubrałem kombinezon i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Do pomieszczenia wszedł dziarskim krokiem starszy pan z wujowatym wąsem i obleśnym uśmiechem. Oblizując swoje wargi, rzucił:

– Nowy, chlać się chce?

Za nim pojawił się Mariusz i odpowiedział z uśmiechem:

– Od samego rana! – spojrzał na mnie – A właśnie, to jest pan Romek. Jak się przebierzesz to, idź za nim na halę.
– Chlać się chce? – spytał mnie jeszcze raz pan Romek kiedy zostaliśmy sami. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zaśmiał się jeszcze raz, licząc na to, że coś powiem, ale nie byłem w stanie. Jego twarz spochmurniała. Przebrał się w kombinezon i wyszedł.

Spojrzałem znów w swoje odbicie i miałem ochotę się rozpłakać. Ale pobiegłem za panem Romkiem. Dogoniłem go kiedy wchodził na halę i witał się z resztą załogi.

– Chlać się chce?

Na co wszyscy odpowiedzieli roześmiani:

– Od samego rana!

Pan Romek zaniósł się śmiechem i poszedł w stronę jednego ze stanowisk.

Mariusz oprowadził mnie po hali i tłumaczył, jak wygląda praca.

– Przyjmujesz kontener, wypakowujesz banany na wózki, potem na taśmę i trzeba je płukać szlaufem. Wiesz, po tych różnych akcjach z brazylijskimi pająkami. Więc na wykładanie zawsze ubieraj rękawiczki, mnie raz prawie skurwysyn ukąsił. No i co, potem jak opłukane to pakuje się w kartony. Są różne, są z ryneczku Lidla, Biedronki i innych tych gówien. Nieważne, co do którego, wszystko musi być po prostu zapełnione.

Rozbolała mnie głowa. Mariusz nie przestawał mówić.

– Słuchaj, my mamy tutaj banany najlepszej jakości. Ręczę za to. To nie jest tak, że się nie przejmuje, kto dostaje jakie. Po prostu wszystkie są tak samo dobre i świeże. Mamy standardy. To co, zaczniesz chyba od wypakowywania?

To był najgorszy dzień w moim życiu.

Po powrocie do domu padłem na materac i od razu zasnąłem. Śnił mi się półprzezroczysty pająk chodzący po nagim ciele Łucji. Obudziło mnie wibrowanie telefonu po podłodze. Chwilę później do pokoju wszedł Mariusz.

– No co ty wstawaj, za dwadzieścia minut autobus.

I tak było przez cały tydzień. Nie miałem z tych kilku dni żadnych innych wspomnień prócz jazdy autobusem i bananów. W niedzielę w końcu wziąłem prysznic i poszedłem do parku. Było ciepło, zabrałem ze sobą książkę. Zdążyłem przeczytać kilka stron i zasnąłem. Słońce przypaliło mi nos i policzki. Rozbolała mnie głowa. Poddałem się i wróciłem do domu.

Leżąc na materacu, przypomniałem sobie o szkicu wiadomości, który napisałem jeszcze na ławce, na Żoliborzu. Przeczytałem go ponownie. Wysłałem. Poczułem, że wszystko się ułoży. Nadzieja rozlała się we mnie. Pobudka o 4.30 była lekka, zamieniłem nawet kilka słów z Mariuszem podczas jazdy autobusem. Odpowiedź nie przyszła w poniedziałek, ani we wtorek, ale wciąż czułem, że Łucja wróci, a wraz z nią moje stare życie.

W środę nastrój mi się pogorszył. Na przerwie zadzwoniłem do mojego przyjaciela i zapytałem, czy ma jakieś informacje.

– Wiesz co, Kasia mówi, że ona jest sama, nie ma nikogo.
– To dlaczego mi nie odpisuje? Nie rozumiem.
– Wiesz co? Tak sobie myślę, że może ona już po prostu nie chce ci odpisywać. Wiesz, skumała już trochę, że ty po prostu lubisz dziewczyny tak ogólnie. Nie tylko ją.

Rozłączyłem się. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać. Łucja nie odpisała mi do końca tygodnia, czym popsuła mi doszczętnie humor. Całą sobotę przeleżałem w łóżku. Myślałem, że to wszystko mieliśmy już wypracowane, że ona kochała mnie i rozumiała moją naturę. Ale nigdy jeszcze nie zajęło jej tak długo, żeby mi odpisać.

W niedzielę Mariusz zaproponował mi wycieczkę samochodową nad rzekę. Zatrzymał się przy żabce i wysiadł z auta. Wrócił z papierową torbą i położył mi ją między nogi. Kupił cztery  perły chmielowe, sok bananowy i wódkę.

Dojazd zajął nam kilkanaście minut. Rzeka była zielona i miała szerokie koryto.

– Tam zaraz już są Niemcy. U nich rzeka ma ładniejszy kolor.
– Jak to możliwe? – spytałem, pocierając twarz ręką. Byłem wykończony.
– Tak to, że oni w to po prostu wierzą. Wierzą, więc się dzieje. I nie zbagatelizowali śniętych ryb. Nikt tam u nich nie pieprzył farmazonów o złotych algach. Takie państwo może się rozwijać i mieć przyjemną do oglądania rzekę.

Mariusz podał mi piwo, które wcześniej otworzył zębami. Wziąłem łyka. Było wodniste i gorzkie. Spojrzałem na Mariusza, który obserwował mnie z lekkim uśmiechem.

– Mariusz?
– No co tam.
– Czasem czuję się, jakbym był poza czasem.

Jego turkusowe oczy zalśniły.

– Jakie to uczucie? – spytał.

– Obudziłem się dzisiaj z lekką pustką w sercu. Rozejrzałem się po pokoju i odsłoniłem firanki, próbując znaleźć spoiwo mnie i świata na zewnątrz. Przez chwilę czułem się zamknięty, jak w akwarium, a to, co było poza nim, zdawało się być tylko gęstą mgłą. Wróciłem do łóżka i nie chciałem z niego wstawać. Dopiero ty mnie wyciągnąłeś.

– Szkoda dnia!
– Wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem ludzi stojących na naszym przystanku. Świat jednak istniał.
– Tak. Ludzie jeżdżą do pracy nawet w taki spokojny dzień jak niedziela.
– Nie cierpię niedziel.
– Są dziwne. Takie ciche.
– Nie cierpię ich. Nie cierpię też tych pierdolonych bananów.
– A wiesz, czego ja kurwa nie cierpię?
– Czego?
– Nieba, kiedy nie jest idealnie błękitne. Wiesz, ten wiosenny, jeszcze nie letni błękit jest dobijający. I masz rację – szczególnie kurwa w niedzielę.

Spojrzałem na niego. To wciąż był Mariusz, nikt inny. Mówił dalej.

– W niedzielę nie da się nakręcić sprężyny. Zazwyczaj się temu po prostu poddaję. Myślę, że może tak musi być. A potem myślę o wodzie. Myślę o tym, że pływam, nieważne, czy woda jest ciepła czy zimna, czy fale są duże, czy nie. Myślę o tym, jak mnie oplata i jak czuje każdy swój mięsień, opierając się jej. Myślę o jej intensywnym smaku, który próbuje mi wcisnąć. Myślę o jej sile. Myślę o tym, że woda jest gdzieś, na pewno, musi być, bo inaczej nie byłoby świata.

Zawahałem się.

– A ja zawsze, kiedy chcę nakręcić sprężynę, myślę o nieskończoności. Myślę o obłokach na niebie. Myślę o tym, jak płyną bez końca.
– Skończone jest idealne, więc nieskończone nigdy takie nie będzie.
– Dlaczego? – zapytałem.
– Poczucie nieskończoności to swędzący fragment skóry, który drapiesz, a on wciąż swędzi. Sama czynność jest przyjemna, ale efekt? Po drugie, poczucie nieskończoności jest w danym momencie czymś na kształt fałszywego spełnienia, chwilowego osiągnięcia celu. Cel wciąż narasta i oddala się, zmieniając się w syzyfową pracę.
– Chyba nie myślałem o tym tak dużo i mocno jak ty.
– Uderzyło mnie to nagle, błyskawica rozdarła mój umysł po miłosnym akcie. Leżąc w ramionach ukochanej, wciąż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że niemożliwym jest nasycić się ciałem, ciepłem i wzrokiem ukochanej osoby. Nieważne jak mocno drapię, nie potrafię wypełnić tej pustki, która odradza się i namnaża jak bakteria.
– I ciągnie jak ciągutka.
– Dobre porównanie stary!
– Wszystko, co odczuwam, ciągnie się niczym słodkie do mdłości ciągutki.
– Świat nie ma końca. Od literatury po wypowiedź ustną, od tworzenia sztuki po jej bezkres w muzeach, od rywalizacji po kompleksy. To wszystko ciągnie się i przerywa, i wciąż swędzi, i nęci. Czasami jest to ekscytujące, biorąc jednak pod uwagę efekt końcowy – demotywujące. Więc tak, coś będącego jednocześnie siłą napędową naszego życia, zakładając, że taka istnieje, jest w gruncie rzeczy pozbawione sensu, jak i sensu tego życia właśnie nie tłumaczy. Całego procesu nie nazwałabym niczym innym, jak tęsknotą.

Mariusz dokończył piwo i zamknął oczy.

– Ruszają się czy nie?
– Co?
– Chmury.
– Tak. Przyjrzyj się.

Otworzył oczy.

– Masz rację. Płyną.

Wziąłem głęboki oddech i skierowałem twarz ku niebu.

– Tak. Płyną.

Posiedzieliśmy jeszcze chwilę. Nagle Mariusz klepnął mnie w ramię i powiedział:

– Dobra, podaj ten sok. Walimy wódę.