dom sprzedany

Gres, mi się to nie podoba, ale wiesz tanie jest i estetyka.
Nie skuwałam, bo po co, położyłam na te wstrętne zielone kafle.
Ściany zostawiłam. Biała farba do płytek, nowa kabina i klozet, wiesz.

Nie ma kto przy tym pracować, kupa hektaru.
Płot drewniany, butwieje. Trzeba przy tym robić. Kosić i kosić.
Daj spokój. Nie ma spokoju.

Dach, rozumiesz, zaczyna tam żyć własnym życiem.
Porastają go wiesz, mech. To trzeba czyścić. I rynny też.
Sąsiad to ogarniał przez kilka miesięcy, ale daj spokój.

Las niesamowity, głusza. Morze słychać między drzewami.
Wiosną fajnie. Lato niegorące. Ale ta zima.
Wyjechać się nie da, zaspy, albo leje. I to błoto.

Zasięgu tam nie ma, a przecież ludzie tam mieszkają.
Z telefonem trzeba było latać do drogi. I tak ginęło. Cyrk.
Potem światłowód podłączyli. Film obejrzysz i zakupy zrobisz.

Kuchnia do wymiany, Gierka pamięta. Lodówka nowa była, ale nie pasowała.
Niby to drewno, niby sklejka. Okleina. Siekierką nie rozwalisz.
Kiedyś takie robili. Szkoda wyrzucić, bo dobra. Ale czasy już nie te. Szpeci.

Wynająć można było, długoterminowo. Na wakacje jak znalazł.
Tak od marca do października. Bo fajnie tam wtedy.
I na spacer pójdziesz, w morzu się zamoczysz. Ale te koszty za duże.

Daj spokój. Nie gadam o tym. Do dziś mnie to boli.
Teraz to już nie ma co, dom sprzedany. To już nie moje.