Zostało 20 dni do końca roku. 7:23
A przynajmniej tyle udaje mi się wyczytać przez zaparowane szkła okularów, w zatłoczonym autobusie, z murowanym spóźnieniem do pracy. Hm, dwadzieścia. A do kolejnych wymarzonych świąt tylko trzynaście. A ja dalej stoję na Grunwaldzkim!
Czuję, jak ktoś tryka mnie w ramię. Pierwsza myśl to kanar, ale do końca biletu miesięcznego jeszcze dwa. Jednak nikt nie chce go sprawdzać, to tylko urocza pani oferuje mi miejsce siedzące między nią a jakimś obszczymurem. Dziękuję jej bardzo, ale:
- Ja się jeszcze nasiedzę.
Za trzynaście.
Minut docieram na Muzeum Narodowe, choć planowo miały być cztery.
Potem dwa tygodnie identycznych dni w komunikacji miejskiej, bo odkąd otworzyli Most Grunwaldzki po remoncie, przydałby się kolejny, ale dotyczący infrastruktury sygnalizatorów świetlnych. Nim zdążę się obejrzeć, wychodzę z firmowej Wigilii z małą walizką pod pachą i wielką reklamówką prezentów w dłoni. Nikt mnie nie zauważa, tak samo jak tego, że zamiast jednego przysługującego mi kieliszka wina wypiłam dwa. Sześć godzin w Intercity podczas świątecznego zatrzęsienia to nie lada wyzwanie. Nawet się nie żegnam, nienawidzę tych ludzi.
Podróż koleją, oprócz baby kłócącej się, że to jej miejsce, nie moje, choć pomyliła wagony, przebiega w miarę spokojnie. Na miejscu udaje mi się złapać jeden z dwóch jeżdżących nocą (czyli od 21 do 23) żółtych autobusów i mknę pięć przystanków na Osiedle Zamkowe w towarzystwie kilku pijanych, brudnych od niewdzięcznej roboty mężczyzn, pewnie jadących dalej, na Zakręt. Nie mylę się, bo nie wysiadają razem ze mną, tylko zostawiają na szybach w środku powozu alkoholową parę. Przemierzam kolorową kładkę nad drogą szybkiego ruchu, używając schodów, nie windy i chwilę potem trzymam już palec chroniony przez skórzaną rękawiczkę na przycisku domofonu. Na małym ekraniku pojawia się dzwonek i wielki numer dwadzieścia jeden.
- Znowu zapomniałaś kodu do klatki? – odzywa się naburmuszony głos, a potem dźwięk sygnalizujący, że mogę ciągnąć za klamkę.
Wdrapuję się na ósme piętro, schodami, choć zdążyli naprawić windę, odkąd skończyłam szkołę. Drzwi otwiera mi ojciec. Jeszcze bardziej wyłysiał i zapuścił większego wąsa, a może to tylko kwestia zaniedbania. Rzuca mi takie spojrzenie, jakby na pierwszy rzut oka mnie nie poznał, ale zaskoczyły trybiki i zaprasza mnie do środka, zostawiając drzwi otwarte i kierując się na fotel przed telewizorem, który zwykle zajmuje. Zdejmuję z siebie warstwy na wieszak w przedpokoju przy akompaniamencie komentatora sportów zimowych i cichych syknięć ojca, gdy któryś z jego ulubionych zawodników spartoczy sprawę. Potem bez słowa kieruję się z torbą prezentów do salonu, by rozłożyć je estetycznie pod choinką, z tym że żadna choinka w pomieszczeniu nie stoi. Między komodą a meblościanką z telewizorem czeka na nią pusta wnęka.
- Trzeba kupić – mówi tylko ojciec, lustrując moje nikłe oblicze, jakby wciąż zastanawiał się, czy na pewno wpuścił do domu właściwą osobę.
Mówię, że:
- Dobrze, pojadę po nią jutro.
Na to on, że:
- Tylko dolej paliwo, jak skończysz.
Nic już na to nie odpowiadam, bo nie musiał mi o tym za każdym razem, gdy użyję tego przestarzałego Peugeota, przypominać. Zawsze uzupełniam bak do pełna.
Zostawiam prezenty w choinkowej wnęce i po cichu przemieszczam się z walizką do pokoju, kiedyś współdzielonego z młodszym bratem. Teraz należy tylko do niego, a ja gościnnie rozkładam na podłodze śpiwór. Jak zwykle w środku śmierdzi nastoletnim chłopcem, którego ciało wytwarza kwaśne mieszanki potu tak samo szybko jak dziewicze włoski pod nosem. Brat siedzi do mnie tyłem przy biurku, wpatrzony w wielki monitor komputera, wyświetlający jakąś grę. Siedzi zupełnie po ciemku, świecą się tylko jego słuchawki nauszne, na wszystkie kolory tęczy. W przeciwieństwie do innych jego rówieśników, pochłonięty grą nie wydaje żadnych irytujących dźwięków, co jest skutkiem ubocznym domowego rygoru ojca. Może z tego względu nawet się ze mną nie wita. Otwieram więc szeroko okno, na co nie zwraca uwagi tak samo jak na przyjazd starszej siostry i wyjmuję z walizki przybory kosmetyczne, by zdążyć z wieczorną toaletą przed powrotem matki z nocnej zmiany. Napełniam głęboką wannę wodą po brzegi, do środka wlewając przypadkowe żele pod prysznic, co tworzy efekt wielobarwnej piany. Z dna kosmetyczki wyjmuję małą buteleczkę białego wina z Żabki. To był jednak długi dzień, a czekają mnie jeszcze dłuższe. Cztery. Kiedy z powrotem wracam do pokoju, na komodzie między drzwiami od łazienki a sypialnią rodziców zauważam wielkie terrarium, w którym wije się wąż.
- Co to? – pytam w eter, ale wiem, że ojciec nasłuchuje z salonu.
- Stefan – nie mylę się, bo odpowiedź nadchodzi od razu.
Góra od terrarium jest zdjęta i leży oparta o ścianę komody na podłodze. Zaglądam do środka, a wąż zbliża się do mojej twarzy, pnąc w górę.
- Hej, Stefan – mówię do niego prawie szeptem.
Stefan syczy i ucieka w dół, kryjąc się w jednej z norek, którymi wypełniona jest jego klatka. Ja wracam do swojej z ręcznikiem na głowie.
Gdy jedziemy z bratem po choinkę, on tak samo jak wcześniej nie odzywa się nawet słowem. Tym razem siedzi do mnie bokiem na miejscu pasażera i patrzy w ekran telefonu, grając w inną grę, co widzę po różnorodności postaci. Jedyne, co się zgadza to te same słuchawki, mieniące się kolorami, gdy do gracza docierają dźwięki podrzynanych gardeł.
W kilkanaście minut docieramy do lasu pod miastem, gdzie ogromne sosny i jodły hoduje były wspólnik ojca. Ledwo parkuję i wychodzę z auta, a mały, okrutnie wyszczekany kundelek atakuje czerwoną bramę, która nas dzieli. Brat się tego nie spodziewał i podskakuje ze strachu, aż telefon wypada mu z rąk prosto w błoto, na którym widnieją świeże ślady opon Peugeota. Nawet tego nie komentuje, po prostu podnosi brudną komórkę i wyciera ją o puchową kurtkę, którą i tak wypierze matka, nie on. Patrzę na niego długo w zamyśleniu, ze zmarszczonymi brwiami, w sumie bez powodu. W końcu zdejmuje słuchawki.
Nie możemy dodzwonić się do gospodarza, futrzak dalej ujada, nie tracąc energii. Ojciec mówi przez głośnik telefonu, żebyśmy przeskoczyli przez bramę, wzięli choinkę, a on już się później dogada. Brat patrzy na moje kozaki na obcasie z przerwą pośrodku, niczym kopyta i długą sukienkę z koronki narzuconą na ogromne dżinsy. Chwilę potem przeskakuje przez bramę, biegnie po sosnę czy jodłę, bez znaczenia, przerzuca ją na moją stronę, aż drzewko gubi jedną trzecią igieł na podjeździe i gdy znów ma przeskoczyć czerwień, kundelek rzuca się na jego łydkę.
W szpitalu nie siedzimy długo. Młode ciało brata wypompowało sporą ilość krwi na jasne spodnie, co wyglądało na tyle upiornie, że przyjęto go na oddział bez kolejki. Ugryzienie w nodze przypominało niczym wampirze. Suczka byłego wspólnika nie była szczepiona na wściekliznę, przecież lata tylko po polu drzew iglastych. Wyniki badań morfologicznych brata dostaniemy dopiero po Wigilii, ale założono mu opatrunek, a on już na szpitalnym łóżku wrócił do gry na telefonie, możliwie więc nie będzie to nic poważnego.
Z choinką wracamy do domu po trzech godzinach, po drodze uzupełniając bak auta. Nikt nie pyta, co nam tyle zajęło, z salonu klasycznie dochodzą dźwięki skoków narciarskich i syczenie ojca lub węża. Kładziemy choinkę we wnęce, wcześniej przesuwam prezenty. Ojciec, dalej siedząc na fotelu, kopie w naszą stronę plastikową podstawkę i przez kolejne dziesięć minut ze swojego centrum dowodzenia dyktuje, w którą stronę przesuwać pień, by stał prosto. Gdy w końcu uzyskujemy satysfakcjonujący efekt, czubek choinki muska niski blokowy sufit. Bezgłośnie postanawiamy, że nikt tego nie zauważył. W chwilę potem kończymy dekorować ostre gałązki i brat podłącza kabel lampek do kontaktu, a po przeciwnej stronie mieszkania rozlega się przeciągły jęk drzwi. Matka wyłania się z ciemnej sypialni w samym szlafroku. Przeciera oczy, spogląda na choinkę, potem na sufit i krzywi się, ale również nie zaczyna tematu. Z nikim się nie witając, zmierza do łazienki, ale zanim dochodzi nas skrzypienie kolejnych drzwi, które ojciec rok temu miał psiknąć W5, w mieszkaniu rozlega się krzyk matki. Na powrót pojawia się w salonie, tym razem wbiegając i nagle nas widzi. Bierze głęboki wdech.
- Czy ktoś widział mojego węża?!
Rzucamy wszystko, co trzymaliśmy w rękach i biegniemy do komody, na której stoi terrarium. Nawet ojciec podnosi się z fotela. Zaglądamy do środka i rzeczywiście, po wężu została sama skóra.
Przeszukujemy wszystkie dziesięć pięter budynku, ja i brat. Matka odbywa poranną toaletę o godzinie popołudniowej, a ojciec wraca do swojego normalnego zajęcia, odkąd jest bezrobotny. Pukamy do wszystkich kilkudziesięciu mieszkań w naszej klatce, ale nikt nie spotkał węża pod prysznicem ani w bucie na korytarzu. Tego dnia się poddajemy, brat wraca do swoich gier, a ja pomagam matce w przygotowaniu potraw wigilijnych, choć nigdy mnie o to nie prosi. Nie dwunastu, a dwóch, bo nikt do nas w Boże Narodzenie nie dołączy, ojciec rok temu przesadził, ale od tamtej pory nie pije. Nocą, gdy mijam terrarium, z którego nikt nie wyjął porzuconej skóry, zastanawiam się, jaką ścieżkę obrał wąż i co skłoniło go do ucieczki. Wiele lat temu stanęłam przed podobną decyzją, dalej nie wiem, czy podjęłam właściwą, drogi wciąż mi się rozjeżdżają, ale miałam swoje powody, by opuścić ten dom. Jednak zawsze, gdy wracam, mam wrażenie, że gdzieś w kącie pokoju też dalej leży moja stara skóra, której nikt nie zauważył i nigdy nie wyrzucił.
Zasiadamy przy stole wigilijnym w typowej dla tego domu ciszy. Ja naprzeciwko matki, brat naprzeciwko ojca. Po mojej prawej, a matki lewej zastawione jest puste miejsce. Koło talerza, spod białego obrusu niechlujnie wystaje siano w plastikowym opakowaniu i staram się uśpić w sobie chęć, by wyciągnąć dłoń i poprawić to niedopatrzenie. Matka przygląda mi się znad karpia, jakby czytała mi w myślach i obrażona próbowała mnie skarcić za te osądy. Z wielu powodów jestem pewna, że nie posiada takiej umiejętności jak wpełzanie ludziom w głowy, a przynajmniej że nie potrafi dostać się do mojej. Inaczej może nigdy bym nie wyjechała.
- Obcięłaś włosy? – odzywa się w końcu, tłumacząc powód swoich wrogich spojrzeń.
Mam tę samą fryzurę od czterech lat. Mówię więc tylko:
- Kiedyś tak.
Matka nie ciągnie rozmowy, tylko wraca do karpia.
Gdy wszyscy kończymy świąteczny obiad, brat wstaje jak na komendę i robi za rodzinnego skrzata, rozdając prezenty spod choinki. Ta rola zawsze przypadała najmłodszemu dziecku w rodzinie i chyba tylko mnie ominęła. Brat dostał trzy upominki, matka dwa, ojciec tyle samo co ona, nawet na Stefana czeka jakiś przysmak, ale on uciekł. To znaczy zniknął.
- O – mówi bez emocji matka, gdy w końcu spostrzega, że tylko ja siedzę z pustymi rękoma. – Widzisz, zupełnie wypadło nam z głowy. Już tak długo cię nie ma.
- Nie szkodzi – mówię, zanim zacznie ciągnąć zdania w nieskończoność, po czym odsuwam się na krześle od stołu. – Pójdę jeszcze poszukać Stefana, głupio, żeby prezent dla niego się zmarnował.
Nikt nie oponuje, więc wstaję i zaczynam nakładać na siebie warstwy z wieszaka, gdy nagle słyszymy podejrzane dźwięki z pokoju brata. Staję jak wryta w połowie zawiązywania szalika i głowy wszystkich obecnych przy stole kierują się na mój śpiwór widoczny przez uchylone drzwi. Powoli wypełza z niego wąż, nowy i lśniący. Wije się w stronę pustego miejsca dla zagubionego przybysza i wspina się po ramie krzesła.
- Stefan! – krzyczę w szoku.
- Kto? – od razu sprzeciwia się ojciec. – Przecież to nie Stefan!
- Jak to nie on?! – dalej mam podniesiony w emocjach głos. Rzucam szalik na ziemię i nie zdejmując skórzanego płaszcza, ruszam do stołu. – Przecież to on! Ten sam! Od razu widać po sposobie pełznięcia!
- Absolutnie nie – mówi matka, biorąc się za kolejny kawałek karpia. – Stefan wił się zupełnie inaczej.
- To prawda - mówi tylko brat, ukradkiem wyjmując z kieszeni telefon z grą na wyświetlaczu.
- Skąd niby w mieszkaniu kolejny wąż?! – nie odpuszczam.
- W domu – poprawia mnie cicho matka, nawet nie podnosząc wzroku znad talerza.
- Po prostu, przypełznął – dodaje ojciec, rozglądając się za pilotem od telewizora.
- Świąteczny cud! – krzyczę, tupiąc nogą.
Wąż syczy, wychylając się znad swojego pustego talerza.
- Skoro Stefan się nie pojawił, a przybył do nas inny gad – zaczyna matka, sięgając po małe opakowanie w choinki. – musimy go jakoś ugościć, więc proszę – zwraca się do węża. -Wesołych świąt – wręcza mu prezent.
Dalej stoję w miejscu oniemiała, toteż matka w końcu reaguje:
- Usiądź, dziecko. Mamy niespodziewanego gościa.
Siadam powoli na swoim miejscu, nie zdejmując wierzchniej warstwy.
Patrzymy po sobie czujnie z wężem, aż w końcu on odzywa się do mnie ludzkim głosem:
- Zdejmiesz skórę?