siedzę na kanapie
w kongo dalej ludobójstwo
sudan w stanie wojny od dziesiątek lat
demokratyczna republika płynie rzeką kobaltu krwi koltanu
żyzna gleba kwitnie tysiącami ciał
rdzawą czerwienią plamiąc współrzędne na mapach
przyciskam ucho do ekranu smartfona
zrobiono przeszczep serca do baterii
bije bezgłośnie martwotą
cisza to tak jakby nic się nie wydarzyło
więc kolejną godzinę życia spędzę poza nim
szczelniej owijam się kocem
może pod nim nie znajdzie mnie melissa
ciotka nad toną plastiku wypełnioną zbawiennym płomieniem
narzeka że brzydka ta jesień w siedemnaście stopni
wszystkich zmarłych wcale nie świętych
zapłaciła za wieniec by szybciej trafić do piachu
o ile surowca starczy dla wszystkich
zagnieżdżam się między poduszkami
bo wić nowego nie zamierzam
wychowywać pisklęta w poczuciu winy i straty
karmiąc je sztucznym
w ulotnych czasach nikt nie poleci
jedyny gatunek niszczący własne gniazdo bez substytutów
dąży do lepszego jutra bez pewnego teraz
na blokach biało-czerwone flagi niepodległości
na moich drzwiach ociekająca trójkątem krwi flaga palestyny
siedzę na kanapie i ze spokojem patrzę jak kończy się
twój świat