Antidotum
W poniedziałek rano obudziłem się otruty. Okropny ból brzucha, suchość w ustach i cera blada jak wapń nie pozostawiały złudzeń – ktoś obrał mnie na cel i udało mu się. Myślami biegałem po dniach poprzednich i zastanawiałem się, z której strony mógł nadciągnąć atak. Nie mogłem wykluczyć żadnej możliwości.
Podniosłem paczkę papierosów. „Palenie zabija” – głosił złowrogi napis. Może w końcu się doigrałem? Kadm, butan i arsen od lat rozpływały się w powietrzu dookoła i wewnątrz mnie.
Przetarłem oczy z dymiącym się papierosem w ręku. Rozejrzałem się po klitce. Ciężkie od brudu zasłony, które w końcu będę musiał umyć, zdusiły poranne promienie. Brak słońca, brak regularnych ćwiczeń, niezdrowa dieta… to wszystko wydawało się potencjalnym kandydatem. Wyciągnąłem notes i starannie rozpocząłem listę. Pomyślałem, że to jednak mało, że czegoś mi tu brakuje.
Doszedłem do wniosku, że cokolwiek krążyło teraz w moich żyłach, musiało zostać dostarczone niedawno. Wspominałem dzień poprzedni, ale był zupełnie przeciętny, nudny. Tak samo dzień przed nim i kolejne wcześniejsze.
Tylko ten sen, który powoli ulatywał mi z głowy, wydawał się dziwny. Zdecydowanie nie pasował do reszty snów. Nie pasował do mojej małej klitki i do mierzwiącego zapachu siarki, który unosił się po pokoju. Do paprotek, suchych od wielu dni i powoli zamieniających się w pył na półce.
Śnił mi się teatr i wino. Oglądanie gwiazd na nocnej polanie. Ciepło letniej trawy na gołych stopach. Fajerwerki puszczane bez okazji, bez sylwestra. W śnie puszczałem fajerwerki z okazji śniadania, kolacji i pocałunków. Puszczałem fajerwerki przez szyberdach, kiedy wciskałem pedał gazu na niemieckiej autostradzie. Potem, w odbiciu tęczówek dziewczyny, łapałem spadający z nieba gwiezdny pył i kochałem się z nią w każdej stolicy Europy.
Razem dorysowaliśmy wąsy Mona Lisie w Luwrze i przed strażnikami uciekaliśmy tak długo, aż dotarliśmy do dalekich zakątków Azji. Tam każdy przepraszał nas za wszystko i kłaniał się nisko, jakbyśmy byli królami. I byliśmy królami. Królem i królową.
Ta szlachecka para w końcu przestała się wygłupiać i zabrała do pracy. Ja założyłem schronisko dla zwierząt, a ona – miejsce spotkań dla kreatywnych dusz. Prowadziła zajęcia z najróżniejszych robótek. I ja, ten król szlacheckiej krwi, miałem zapewnić godne życie kolejnej psinie. Już żegnałem się z nią, gdy nagle na dłoni zostało ostatnie odbicie ciepłej sierści zwierzęcia.
Ze snu wyrwał mnie wtedy przeszywający ból brzucha. Chciałem jeszcze przez chwilę zatrzymać w sobie te wizje. Wiem, że sny bywają kapryśne i lubią się ulatniać, jeżeli odpowiednio się nimi nie zaopiekuję. Niestety nie miałem na to już czasu. Z chęci wspominania snu wyrywały mnie nieznośne wskazówki zegara.
Zgasiłem papierosa w popielniczce. Założyłem pomiętą koszulę i krawat. Zdążyłem wziąć jeszcze łyk czarnej kawy ze stolika. Z klatki schodowej wyszedłem na miasto i skierowałem się w stronę przystanku.
Raz po raz podeszwą trafiałem w gęste kałuże pozostałe po kwaśnej burzy. Nerwowo rozglądałem się na wszystkie strony. Zastanawiałem się, gdzie czaił się prawdziwy wróg. Na dłużej wzrok zatrzymał się na niepozornym bezdomnym. Zaczepił się o moje oczy i nie chciał puścić. Błagał mnie i wyciągał ręce złożone w miseczkę na jałmużnę. Zobaczył to inny bezdomny i dołączył do pierwszego.
Szedłem wytrwale przed siebie. Jedną ręką trzymałem obolałe kiszki, a drugą machałem panom, żeby mnie zostawili. Powoli ciągnęli nogi. Dołączył jeszcze jeden. Później kolejny i nagle zrobiło się ich czterech. Szliśmy tak już przez drugą alejkę.
Skręciłem w prawo. Pod długim, kamiennym murkiem szereg bezdomnych odklejał plecy. Jak sroki na widok błyskotki, poderwali stopy w moją stronę. Zdezorientowany przyspieszyłem, mając za plecami tłum żebraków.
Zacząłem biec i zobaczyłem przystanek. Tłum też biegł. Słyszałem ich sapanie. Powoli brakowało mi powietrza w płucach. Tramwaj podjechał. Drzwi otworzyły się i wskoczyłem do środka. Usłyszałem, jak drzwi się zatrzasnęły. Kilkoro żebraków obijało się z rozpędem o szybę. Zdyszany zająłem miejsce.
Tramwaj był prawie pusty, z wyjątkiem kilku starszych osób. Często to głównie oni jeździli ze mną o tej porze. Powoli mój oddech się uspokajał. Adrenalina opuszczała krwioobieg i znów zwalniała miejsce na truciznę. Drżącymi rękami wyciągnąłem notes i wpisałem: „żebracy”.
Z bólem brzucha patrzyłem za okno. Pot z czoła skapnął mi na rękę. Tramwaj się zatrzymał i wsiadali pasażerowie. Naprzeciwko mnie usiadła dziewczyna. Nie widziałem jej twarzy. Patrzyłem, jak zakłada jedną nogę na drugą. Miała w sobie mnóstwo niezwykłej energii. Jej zatrute pole rażenia docierało do mnie i z łatwością rozpoznałem, co jej dolega. Pot z czoła kapał na szarą sukienkę. Też cierpiała na to samo co ja.
– To się stało dzisiaj, prawda? – zagadałem.
Kobieta zwlekała z odpowiedzią. Domyśliłem się, że rozglądała się na boki. Wyszeptała:
– Tak. Czy wie pan coś o tym?
– Niestety, sam się zastanawiam, co mogło się stać. Mam na razie krótką listę moich podejrzeń – mówiłem, zaciskając chwilami zęby z bólu. Gapiłem się w podłogę.
– Taką jak ta? – zapytała dziewczyna i dyskretnie pokazała mi swój notes.
„Morfina, niezdrowe odchudzanie, porównywanie się do innych, sąsiad spod czwórki…” – tyle wyczytałem przez krótką chwilę.
Nagle wszystko się zatrzymało i zmarszczyłem brwi. Zdałem sobie sprawę, że od dłuższej chwili patrzy na mnie starsza kobieta. Łypała na mnie, pełna głębokich zmarszczek. Miała nienaturalnie długie wory pod oczami. Nie wiedziałem, o czym wtedy myślała, ale przeszedł mnie dreszcz, gdy usłyszałem wyraźnie swoim głosem jej słowa. Ściskała wysuszone usta, jakby kipiała od myśli:
„Co za durny, młody człowiek. Niezadbany. Ja już nic ze swoim życiem nie zrobię, a on gnije na własne życzenie w młodym wieku. On spłonie. Ja to wiem. Widzę to w tobie, tak w tobie. Widzę lazurytowe języki płomieni, które już kąsają twoje jelita. Wyhodowałeś w sobie truciznę. Nienawidzę cię. Nienawidzę!”
– Czy ten starszy człowiek za nami też się w pana tak dziwnie wpatruje? – wyrwało mnie z zamyślenia pytanie dziewczyny.
– Nie – odpowiedziałem mechanicznie i niepewnie. – na mnie kobieta kilka rzędów dalej.
– Zaraz wysiadam – powiedziała z żalem. – Myślę, że powinniśmy się jeszcze zobaczyć. Chciałabym z panem jeszcze porozmawiać.
Skinąłem głową. Szybko zapisała swój numer. Wyrwała kartkę z notesu i spojrzała mi w oczy. Głębokie dreszcze przeszły mi po plecach, kiedy zrozumiałem, że patrzy na mnie kobieta ze snu. Twarz wyglądała teraz nieco inaczej. Zdawało się, że jej cera była tak blada, że wystarczyłoby czule dotknąć jej policzków, żeby każdy por i kości czaszki rozsypały się jak mąka. Uśmiechnęła się uprzejmie.
– Dzisiaj wieczorem. Jeszcze napiszę – powiedziała.
– Poradzimy sobie z tym. – dodałem po namyśle.
Kobieta wysiadła z tramwaju. Odprowadziłem ją spojrzeniem. Zniknęła gdzieś w tłumie na przystanku.
Do pracy dojechałem w ciężkim stanie. Doczłapałem się do swojego boksu i na widok sterty dokumentów myślałem, że zemdleję. Zacząłem się wgapiać w tłusty ekran monitora. Litera po literze wykonywałem pracę na klawiaturze. Spocony odchyliłem głowę do tyłu i skierowałem wzrok na jarzeniówki. Wypalały mi spojrzenie jak sztuczne słońce. Zamknąłem oczy.
Może to właśnie te setki godzin spędzonych na patrzeniu w jarzeniówki. Może to ten stan umysłu, kiedy wszystko staje się nieruchome. Linia życia przestaje drgać, skakać czy opadać. Może to klaustrofobia w ciasnej, zamkniętej przestrzeni, którą noszę pod czaszką. Są to rzeczy, których nie umiem opisać w swoim małym notatniku. Na końcu języka zawisło mi tylko jedno słowo i niepewnie wpisałem: „czas”.
Czasu zawsze mam za mało albo za dużo. Albo jest to przykrótka minuta, albo dłużące się popołudnie. Szybko uciekające tramwaje albo ospali motorniczy, których najchętniej sam bym zdzielił.
Aż w pewnym momencie wieczność trafiła w moje dłonie i zupełnie nie wiedziałem, co z nią zrobić. Bezradny trwałem w bezruchu tak długo, że byłem świadkiem każdego spadającego liścia z moich więdnących stokrotek.
Czas. Przeklinam go. Choćbym dostał kolejną wieczność i jeszcze trzy kolejne to już na zawsze będę niewolnikiem świadomości straconego czasu.
Wróciłem otępiały do rzeczywistości biura.
Chwyciłem pióro i drżącymi palcami pisałem literę po literze. „Smród biurowego atramentu” – dopisałem w osobistej liście na boku. „Smród biurowego papieru” – kolejny wpis. „Szum wentylatorów, duchota, ostre spinacze, żółć samoprzylepnych karteczek, cisza w miejscu pełnym współpracowników”.
Rozejrzałem się, czy nikt nie patrzy. Wyciągnąłem telefon i powoli wpisałem numer z tramwaju. „O osiemnastej w centrum?” – brzmiała wiadomość. Po chwili dostałem odpowiedź. Najpierw zbladłem, jak odczytałem tekst od dziewczyny. Później się uśmiechnąłem i wtedy już zrozumiałem. W obolałym brzuchu zapłonął ogień, jakiego dawno tam nie było.
Wiedziałem, że musiałem wyjść z biura. Nie było to już moje miejsce. Nie chciałem się śpieszyć, bo czasu miałem tyle, ile trzeba. Spojrzałem raz jeszcze w swoją przeszłość. Na setki zmarnowanych godzin ze wzrokiem wbitym w gołą ścianę. Wzruszyłem ramionami i pomyślałem: „I co z tego?”.
Wstałem z miejsca skulony. W moim kierunku szedł szef, ale pierwszy raz, nawet jeśli obolały i chory, spojrzałem na niego z góry. Spojrzałem z góry, a w jego oczach zobaczyłem cudowny strach. Czułem się coraz gorzej, ale szedłem pewnie.
I już wtedy widziałem, że otruło mnie wielkie szczęście, a moim zadaniem było znaleźć antidotum.
Wróciłem do domu i jako pierwsze rzuciłem papierosy.