Józefinka
Od furtki wołała mnie pani Józefinka. Powitać, Dorotko, powitać, mówiła. Chodź no, już ci dom te jaja, wiela chcesz? Bo łone tak teroz naniosły. Matko Bosko. To ci moga dużo dać. Przyjechałam kupić jajka, bo odkąd wybudowaliśmy dom we wsi, nie smakują mi te równe i opisane ze sklepu. Nawet kolor mają inny. Na Józefinowe to aż chce się patrzeć. Jedno drugiemu nierówne, a czasem i nawet w jednym dwa żółtka się znajdzie.
– A no tak z dziesięć by starczyło, pani Józefino.
– A tam godosz, więcej ci dom, co bydziesz jeździła dzisińć razy po jaja.
– No dobrze.
– Ja, mosz tu trzydziści. Może tak być?
– Jasne, pani Józefino. To ile płacę?
– Ja, dziołcha, tobie to jak za dwajścia joj. Mosz tam dzisińć złoty to dej. I tyż bydzie dobrze.
– Nie no, to za tanio za takie dobre jajka.
– A tam godosz, lubia cię to mosz, nie godej. Mosz to bier. Pakuj do torby. Dają to bier, nie?
Znam ją od dziecka. Kiedyś przychodziłam tu z babcią. One piły kawę, a ja zawsze wciągałam kogel–mogel. Gadały tak z parę godzin, oderwać się nie mogły. Potem trzeba było wracać, to w furtce witało się kolejną babcię ze wsi, która tak jak moja, szła na kawę do Józefinki.
– Puć na kawa, bo też bych się napiła.
Komuś innemu pewnie bym odmówiła. Spieszę się wiadomo, jak to w sobotę. Dom trzeba posprzątać. Firanki chciałam zmienić i wyprać, bo pogoda fajna. Lekko wieje, ale też słońce fajnie grzeje. To może nawet bym okna przeleciała szmatą, ale nie. Musiałam zostać, wierna babci.
– Sypana, czy rozpuszczalno?
– Może być sypana. Dziękuję.
– A wiela łyżeczek?
– A jedna starczy, dziękuję.
Kiedy woda się zagotowała, odlała jednym pewnym ruchem odpowiednią ilość płynu. Kocham patrzeć, jak woda rozpływa się w tych ciemnych szklankach z uchem. Światło odbija się wtedy jak ogłupiałe w tym porysowanym szkle. Postawiła przede mną szklankę i cukiernicę. Mleka ci dać? Zapytała. A niech da, lepiej będzie widać jak fusy opadają. Wyciągnęła z kredensu paczkę maślanych ciastek i razem ze swoją szklanką położyła je na stole. Za moimi plecami na wielkim parapecie jazgotało radio, którego już prawie nie było widać zza kolonii paprotek.
– Wyłącz no to radio, bo cię słyszeć nie byda. Ja, ja tam, no dziękuję. No to godej, co tam u ciebie słychać? U matki i łojca wszyjsko dobrze?
– Tak, rodzice zdrowi. Tata pierwszy rok na emeryturze, to w końcu ma czas coś na placu porobić. Wstawać rano nie musi, a i tak wstaje i do tego swojego ogródka leci.
– A no dobrze, dobrze. Co tyż chop mo na starość robić, nie? A mama tyż już chyba nie robi?
– Nie, nie. Mama też już na emeryturze.
– A to dobrze mosz. Ma ci kto z dziećmi być, bo ty z twoim chopem to do roboty, nie? Ja, bo ty w tym urzyndzie robisz, tam w tych Katowicach.
– Tak, tak. W skarbowym. A mój Jacek to w biurze, w takiej jednej firmie w Bytomiu, pracuje.
– To dobrze mocie, dobrze. Chałpę żeście pobudowali to dobrze. Babka twoja to by się cieszyła. Łona to by się cieszyła. Łona to tak chciała, żebyś ty z tego miasta wróciła.
– Naprawdę?
– Nie godała ci?
– Nie.
– A no łona wjesz jako była. Dobra baba, jak ty. Bo ta wasze pole, twojego łojca to się marnowało. Tak godała. Że po co tam krzoki rosną, trawsko takie, że to już ugór, nie pole. Dlatego tyż łona mi godała, że kazowała to twojemu łojcu zapisać tobie, nie twojemu bratu.
– Maciek to by nawet nie chciał, bo on też w mieście został.
– A no to właśnie. No wjesz jak to babce chodzi? Łona dobrze dla ciebie chciała. Wszyjsko dla wos robiła.
Babci nie było już dziesięć lat, a przez Józefinkę mam wrażenie, że nadal żyje. Są nawet bardzo podobne. Nie z twarzy oczywiście. Ale włosy upięte miały tak samo. Długie w ciasnym koku i oczywiście niebieski fartuch z kieszeniami na cukierki. Takie same nosiły. Nawet w tej kuchni wygląda jak na parterze u mojej babci. Wielki kaflowy piec na całą ścianę i obok koza do grzania, bo przecież kto tu miał kiedyś inne piece w domu.
– A u pani wszystko dobrze? Zdrowie w porządku?
– Ja, no u mnie dobrze. Po starymu. Nie moga narzykać.
– To dobrze. Musi pani o siebie dbać, pani Józefino. Bo to już pięknego wieku pani dożywa. Trzeba żyć jak najdłużej.
– Ja, no. Dobrze godosz. Jest dla kogo żyć, nie? Wnuków mom tyla, a prawnuków tyż się rodzić. Tak się ciesza, ło Panie. Bo czym tu się innym na starość cieszyć.
– No ma pani tych wnuków, ma. To pewnie odwiedzają panią ciągle.
– Niektóre odwiedzają, a niektóre nie za bardzo. Ale to tyż zarobione dzieci. Dwóch to w Anglii siedzi, to kaj tam do babki bedą jeździć. Jedyn syn nad morzem mieszko, a drugi w Irlandii. Inne wnuki po szkołach, ale te co tu we wsi som to przychodzą. Łod Pauliny dzieci to co tydziń u mnie som. Jak ich łojciec mnie biere na suma w niedziela to potem mie na łobiod biorą, bo mieszkają, wjesz? Z moją córką Zdzisią.
Ona nie chce się nikomu narzucać, ale chyba jest samotna. Tak mi się wydaję, bo dopiero jak ją zapytałam, to się wygadała. Znaczy nie powiedziała wprost. Ale to się czuje. Mama mówiła, że wszystkie dzieci Józefiny swoje chałpy mają, a łona sama mieszka pod tym lasem i do dziś toalety nie ma jak człowiek. Tyle ma synów, wnuków i żadyn jej porządnej łazienki nie zrobił. Nie mogłam się nie zgodzić. Takim matkom przecież wiele nie trzeba. Przeżyła przecież wojnę. Rodziła przecież w ciężkich czasach po wojnie. To co jej tam teraz potrzeba. Ważne żeby wojny nie było. Tak wiecznie babcie mówiły. A z rysztą to jakoś bydzie. Tak też powtarzały.
– A nie trzeba czegoś pani? Ja mogę coś załatwić, tylko niech pani powie.
– Tyś to jest dobre dziecko. A czego mi tam potrzeba? Wszyjsko człowiek ma. Żeby tylko zdrowie było. Ale dziękuję ci. Dobro żeś jest, jak babka.
– No dobrze, ale jak coś to zawsze mogę pomóc. Pani to przecież jak rodzina.
Nic nie opowiedziała, ale spojrzała ciepłym wzorkiem. Takim, w którym można spodziewać się łezki, albo po prostu czuje się tę łezkę. Nic nie trzeba pokazać. Położyła swoją dłoń na mojej i spojrzała w okno.
– Może ci dom jeszcze jabłek? Mom tyla i już ni ma co z tym robić. Wszyjskim już dałam tylko nie tobie.
– Nie, nie. Nie trzeba. Może wnuki będą potrzebować?
– A łoni już wzięli. Też już nie chcą, bo ileż tych jabłek można jeść, nie?
Wyszła z letniej kuchni i zniknęła za oknem. Może to takie podziękowanie za miłe słowa. Czy one zawsze muszą coś dawać w zamian? Nie mówiłam tego interesownie. A może tak to brzmiało? Ale one takie są. Babcia też taka była. Powiesz coś miłego, a ta leci do kredensu i pakuje ci czekoladki do torby. Może wiejski świat jest taki interesowny. Każdy chce coś za coś. Przecież zawsze tak było. Jak miałeś wykopki czy coś, to nikt nie przyszedłby ci pomóc jakby nie był pewny, że ty też mu pomożesz. Ale może przesadzam. Nie wszyscy są tacy. Nie każdy cham. Ale też są tacy gnoje, co nawet i od własnej matki wszystko wydrapią. I to za byle gówno. Matka poprosi, żeby traktorem coś przewieźć, a ten, że tyle się za to należy. By się tak wszyscy nie zesrali. Szybko się zapomina, że matka, jak po wojnie było, jedną krową wykarmiła całą gromadkę, jak łojca na roboty wywieźli. Matka sama nie dojadała, a dzieciom dowała. Tego się już nie pamięto, jako Józefina była dobro. Tak babcia mówiła. Za dobro do tych swoich dzieci była, za dobro. Oddej palyc, to cało ręka weźmie. Tak mówiła.
Wróciła z wielkim koszem jabłek i dwiema pełnymi plastikowymi torbami. Aż zamarłam w szoku, a za nią do kuchni wleciał pies i kiedy położyła jabłkowy dobytek, usiadł obok krzesła.
– A to jest Misia. Taki dobry pies, godom ci. Takiego, żech jeszcze nie miała. Łazi za mną jak anioł struż. Na krok nie odstąpi, taka gadzina. Cukru lubi jak jej kostkę dam. A tak się cieszy. Ale gadzina tyż jak człowiek. No mosz tu Dorotka tyla wiela ci napchałam. Starczy ci, czy jeszcze przynieś?
– Nie, nie. Boże. Pani Józefino. To za dużo, co ja też z tym zrobie?
– A zrobisz, zrobisz. Obrotno jesteś dziołcha. Widza po tobie, jak twojo babka. Dzieci mosz to im racuchów nasmażysz, albo jaki kołoc z jabłkiem upieces. Ja, a kompotu zrób, bo dobry z nich bydzie. Mom tu w szafce, chcesz? Dom ci. Spróbujesz?
Oddałaby mi cały świat. A to wszystko za przyjaźń z babcią, ale nigdy nie mówiły o sobie przyjaciółki. Takiego słowa nie było w ich słowniku. Przyjaciół to mają ludzie w mieście. Tu to my som swoje ludzie. Tak mówiły. One właśnie były swoje ludzie. Zawsze w kościele siadały obok siebie, nawet zanim mężowie im obumarli, tym bardziej siadały obok siebie. A chopy to chopy, niech se razem stoją, a my se baby siądziemy, my się już nastały. Śmiały się zawsze.
– Pięknie wyglądają te jabłka. Widać, że swoje.
– A bo w tych sklepach to łoni mają te pryskane, co godają w radio, przeciw tym robakom. Ale to jak robok te jabłka lubi, to znaczy, że łone są dobre i dla człowieka. Teroz to ludziom bije od tych sklepów. A wy już nie mocie sadu? Łojciec chyba mioł za stodołą? A ja już nie wjem, bo na rowerze już nie jeżdża.
– Nie… Nie ma już tego sadu. Obciął w tamtym roku, bo już stare były. To teraz do wędzenia ma kupę drewna. To też się cieszy.
– Ja, ja. Do wędzenia najlepsze łowocowe drzewo.
– Dobrze, bardzo pani dziękuję za kawę i za wszystko pani Józefino. Będę już leciała, bo obiad muszę ugotować i w domu posprzątać, jak to w sobotę.
– A no baby to mają zawsze robota. Świot się zmienio, komputery, telefony wymyślają, a baby tak samo żyją, tylko chociaż automaty mają i prać same nie muszą. Ja, jedź dziołcha. Dzieciom tam ciasta z tych jabłek upiec, i mamę pozdrów ode mnie. Niech przyjdzie, to jej jabłek tyż dom.