Rage Café
Wiesz, jak jest. Najpierw trzy flaty (jeden bezlakto) na otwarciu, potem wchodzą dwie bardzo werbalne Ukrainki (przecież nic nie sugeruje, ty coś sugerujesz?), w tym jedna ruda (wciąż nic!) i macają mi wykremowanymi, pachnącymi paluchami szybę witrynki, którą dwadzieścia minut wcześniej pucowałam Krystalem Nano na błysk. Teraz szkło przypomina bardziej płótno Seurata.
– I sernik baskijski, ten zwykły, niewydziwiany. Ale ja chcę ten, o, ten dokładnie – Tym razem stawia tłustą kropkę od góry, wskazując jeden z czterech identycznej wielkości kawałków ciasta, krojonych na formie. – A, no i po śniadaniu niech go pani przyniesie – Mówi, gdy ustawia się za nią kolejka nowych gości, więc na pewno nie będę wiedzieć, kiedy пані skończy spożywać swoje jajca na jogurcie z czosnkiem (kapuczynę wzięła na owsie, bo „Nie bardzo trawię laktozę.”).
Koło jedenastej jestem już wykończona psychicznie tłumaczeniem całego menu, które mają przed nosami, w dwóch językach i mówienia, że „nie, nie ma możliwości zrobienia tosta z dżemem”, bo nie mamy dżemu, ale on widzi, że w karcie jest konfitura malinowa, „tak, do herbaty” (???????). Między wyjaśnienia o tym, że nie serwujemy jajecznicy bez pieczywa, na którym jest położona, grzybów, startego sera i oliwy pietruszkowej, pani przekrzykuje się przez tłum:
– Kawę na wynos dostanę?!
Gdy po krótkim instruktażu odstaje swoje w kolejce, a poprzedni goście ostatecznie decydują się na jajecznicową pozycję, ale bez grzybów, zamawia kawę czarną, ale z mlekiem, nieubijanym (mleko nie masło!), ale ciepłym (yyy?) i roślinnym (płaczę w środku, z uśmiechem wymieniając pięć pozycji mlecznych alternatyw). Pada na kokos, najgorszy wybór zaraz po migdale, ale przecież nie mnie oceniać, w końcu zimne, bo ona nie chce kapuciny, ona chce kawę. Gdy zajmuję się w ciszy zamówieniem, zdradza mi wszystkie szczegóły swojego dnia i życia i gdy żegnam się „dziękuję, do zobaczenia”, mówi, że super się rozmawiało i jak skończy spotkanie, to wróci na śniadanie.
Po południu lokal odwiedzają dwie Niemki z zerową znajomością angielskiego, a polskiego to wiadomo. Jedyne, co potrafię powiedzieć w ich języku po trzech latach nauki zwieńczonej samymi piątkami to Ich habe kleine Durchfall. Rozglądają się bardzo niepewnie po lokalu i mimo pooranej cierpliwości staram się je zrozumieć. W końcu decydują się na skorzystanie z tłumacza Google, który na pełnej głośności, jaką posiada smartfon jednej z nich, bardzo wyraźnie informuje mnie:
– CHCĘ BUŁKĘ.
Jedyne, co mogę im zaproponować to trzy kromki chleba z masłem za sześć złotych, ale mówiąc to, już wiem, że ich to nie usatysfakcjonuje, bo ciągle przerywają mi, skandując między sobą:
– Brötchen, brötchen.
Bardzo chcę im wytłumaczyć, jak trafić do najbliższej piekarni po te upragnione bułki, ale moja bateria społeczna po tym zajściu wyświetliła wewnętrzny komunikat „20% battery low please charge in” (kochana, jeszcze pięć godzin i mycie podłóg). Proszą więc tylko o kawę, expreso ekspresowo z ekspresu, a potem klasycznie dziwią się, że dostały mikroskopijne filiżanki. Zawiedzione ogólnym doświadczeniem kawiarni pytają po kolei każdy stolik o brötchen, aż w końcu pan na dwójce lituje się nad ich glutenową potrzebą i rysuje im na serwetce mapę.
Danke. Danke. Danke. Wychodzą po bułki.
Wraca baba od nieubijanej kawy, opowiadając o swoim wielce owocnym spotkaniu, ale zrzucam ciężar jej bytu na kolegę, który zaciekle macha głową góra-dół, góra-dół, uśmiecha się szeroko, aż mnie boli twarz i mówi:
– Wszystko się udało? No to bardzo się cieszę.
Ubijana siedzi w lokalu, sama przy czteroosobowym stoliku, przez kolejne kilka godzin z otwartą w połowie książką i patrzy w telefon. Wygląda, jakby szukała tu męża, nawet gdy kawiarnia pustoszeje.
Kolega nie wychodzi z roli i gdy koło piętnastej odwiedza nas kolejna zagubiona g o ś c i n i, od razu zagaja:
– Dzień dobry! Jak pani mija dzień? Mam nadzieję, że dobrze. W czym mogę pomóc? Coś zaproponować, podać? Słucham?
Ona nerwowo potrząsa plastikową reklamówką, którą dzierży w prawej ręce i odpowiada sucho:
– Pierogi ruskie.
Krztuszę się pastą dyniową, w końcu spożywając śniadanie. Patrzę na niewzruszony wyraz twarzy kolegi za barem.
– Tutaj mamy kartę – Wskazuje na kolorowe kartki przed gościnią. – Pierogów akurat nie podajemy, ale mamy bardzo dużo innych smacznych rzeczy, proszę spojrzeć.
– Zupę? – brnie w zaparte.
– Nie, nie, głównie pieczywko, jajeczka..
– Na szybko coś, ja się spieszę, nie mam dużo czasu – przerywa.
– Dobrze, najszybciej możemy zrobić kanapeczkę. Z opcji mamy..
– Nie.
– Kremowe jajka też jesteśmy w stanie szybko..
– Jajka nie!
Zaczyna krążyć w popłochu po sali, Ubijana rzuca jej zaciekawione spojrzenie.
– To co mogę w takim razie pani podać? Wybrała coś pani? – próbuje ponownie zwabić ją do baru, zanim na dobre zgubi się między stolikami.
A ona tylko wściekle krzyczy na środku lokalu:
– Nie! Bo tu nic nie ma!
Po czym wychodzi, reklamówka na chwilę klinuje jej się w drzwiach, ciągnie ją agresywnie, aż w końcu znika.
Często gdy jem śniadanie na obiad i ogólnie mam już wszystkiego dość, wyobrażam sobie, że jakiś gość bezczelnie podchodzi do mnie i mówi coś w stylu, czy mogę przestać zajmować się sobą, bo przecież jestem w pracy i jedyne, czym powinnam się przejmować to właściwie pracowanie albo że nie podoba mu się, że obsługa je przy stoliku obok niego albo czy mogę przestać jeść, bo on chce kolejną kawę i takie tam podobne. Myślę wtedy, co bym im odpowiedziała, jak pouczyła, jaką ripostą ich ścięła.
– Proszę o choć namiastkę kultury, to że pracuję w gastronomii nie oznacza, że jestem gorszym człowiekiem, a właściwie to nawet sprawia, że jestem bardziej obyta życiowo od pana.
– To skandal. Ja mam wyższe wykształcenie od pana, a w czasie wolnym nie chodzę po lokalach niszczyć komuś dnia, tylko zarabiam na to, żeby móc dalej się uczyć. A pan? Co pan robi, żeby być lepszym człowiekiem?
– Proszę wyjść, jem jajka.
Nigdy jednak nie mam okazji tak zareagować, bo na mojej drodze nie stanął jeszcze nikt aż tak bardzo odklejony od rzeczywistości. Zazwyczaj więc jem swoje dyniowe jaja w spokoju, na jaki pozwala mi własna głowa.
Potem słyszę:
– Ken aj hew a fla ła o oł myk, plys? – Tłum. z brytyjskiego: Can I have a flat white on oat milk, please?
Takie zagrania już dawno na mnie nie działają. Tak samo jak ich pytanie, zanim zamówią, „How are you?”, już wiem, że wcale nie interesuje ich, jak minął mi dzień, pytają dla zasady.
Natomiast jeszcze działają, choć myślę, że już niedługo przestaną, takie manewry jak:
– A do tej kanapki można dołożyć jakąś, nie wiem, wędlinę? Kiełbaskę?
– Przykro mi, w ogóle nie serwujemy mięsa.
– Parówkę? – Fair point.
– To lokal wegetariański.
– Aha. To rybę? Jakiś łosoś z awokado?
– Niestety, ryba to też mięso.
Albo:
– Czy poza kartą macie jakieś ukryte pozycje, jak na przykład, hm, naleśniki?
– Nie ukrywamy naszych pozycji, wszystkie są w menu przed panią.
– A krosanty macie?
Gdy wieczorem w końcu zmywam wege brud z podłogi, parapet atakuje moją czaszkę i wychodzę z rogiem na czole i czerwonym uchem. A masz za swoje po dziesięciu godzinach na nogach. To pewnie za te nieszczęsne fantazje o klientach, nie gościach.
A co do tych pierogów ruskich, to może i racja. W końcu jesteśmy w Polsce, nasze sztandarowe danie powinno widnieć w menu każdego jednego lokalu, bez wyjątków. Zaraz obok brötchen, bułek i kłasą.
(Z dedykacją dla każdego, kogo miałam w swojej baristycznej karierze przyjemność obsłużyć.)