Spotykajmy się
Dlaczego nie jest tak, że kiedy przechodzi przeze mnie myśl spotkania się z pewną osobą, nie wsiadam do tramwaju i nie jadę prosto pod jej drzwi? Gdybym jednak tak zrobił, zapukałbym delikatnie i poczekał aż powitają mnie z uśmiechem. Dalej wszedłbym do środka, zostawił kurtkę na wieszaczku i grzecznie zdjął buty, jak dobre zwyczaje nakazują. Rozsiadłbym się przy stole i zalałyby mnie pytania o kawę, herbatę lub wodę z sokiem, ale jak już, to tylko malinowym. Wybrałbym, ile łyżeczek cukru lub miodu i przy parze unoszącej się z kubka, skosztowałbym ciasta, które mój gospodarz, tak o spontanicznie, upiekł dziś rano na wypadek niezapowiedzianego gościa. Taki świat byłby piękny, ale zejdźmy nieco bliżej Ziemi.
W świecie bez bajek i tego typu legend umawiamy się z kimś z wyprzedzeniem. Podajemy odpowiedni dla siebie termin, żeby dowiedzieć się, że drugiej stronie on nie odpowiada. Potem jego termin nam nie pasuje i tak aż do skutku. W ostateczności umawiamy się na spotkanie za miesiąc. A bywa też tak, że coś wyleci, coś wypadnie i koniec końców spotkanie i tak się nie odbywa.
W świecie bez bajek i tego typu legend umawiamy się z kimś z wyprzedzeniem.
Opowiem wam historię, która wywołuje u mnie uśmiech, kiedy mama wspomina dawne czasy życia przy naszej ulicy. Wtedy gdzieś tak po południu, dawno po obiedzie, ludzie wychodzili na podwórka, jak to na wsi, bo zawsze było coś do roboty. Zamiatali chodnik, wracali ze sklepu, albo podlewali kwiatki. To ktoś spojrzał na drugiego, przywitał się ładnie i zawołał: „A chodźcie do nas!”. No to przychodzili. Babcie siadały, a chłopy stały gdzieś w pobliżu, najczęściej przy płocie i wszyscy gadali. Parzyli fusiastą kawę w przezroczystej szklance z uchem i podawali herbatniki lub ciastka z marmoladą. Śmiali się i chichrali, a plotkom nie było końca. Mama nawet jedno takie posiedzenie nagrała kamerą i przez to lepiej umiem to sobie wyobrazić, choć części sąsiadów już nie ma, a reszta dosyć się zestarzała. Gdy czuć już koniec historyjki o minionej epoce, mama zawsze dodaje polski klasyk: „To były czasy…”.
Teraz, kiedy siadam na werandzie z dziadkami, mijam wzrokiem tych samych sąsiadów, ale wszyscy już okropnie zajęci machają ręką i krzyczą „Cześć!” na pół wsi, znowu „chodźcie do nas” dawno wyszło już z użycia. Zdarzają się jakieś tam pogawędki, ale kawy nikt już nie parzy, bo wiadomo, że nikt na nią nie zostanie.
Czasem na tej werandzie zastanawiam się, co się z nami stało? Tata mówi, że sąsiedzkie posiedzenia to pokłosie peerelu, które razem z nowym milenium i końcem biednych lat dziewięćdziesiątych poszły do lamusa. Czyli to wina kapitalizmu? Każdy zaczął bogacić się po swojemu i wywyższać się jeden ponad drugiego. W takim wypadku nie zostaje nic prócz wzajemnej zazdrości i buractwa. Tak trochę skończyły współczesne wsie, w których każdy zabunkrował się za zdobionym betonowym płotem z Castoramy.
Naoglądaliśmy się sitcomów o przyjaciołach, gdzie ludzie wchodzą do siebie bez pukania, trzaskają drzwiami i spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Mieszkają drzwi w drzwi, jedzą razem kolacje, grają w gry, oglądają seriale i mają pierdyliard innych niestworzonych przygód. W rzeczywistości nasi przyjaciele mieszkają po drugiej stronie miasta i jedzie się do nich z przesiadką. Widujemy się raz na dwa tygodnie przy dobrych wiatrach i jesteśmy nieustannie zmęczeni życiem, które sami sobie wybraliśmy. Serio już mnie to nudzi.
Niedorobiony typ wfandzolił się na mieszkanie i siedzi sobie dama, a ty najlepiej skacz wokół niego i to jeszcze na jednej nodze.
Zdradzę, że od lat miałem taki jeden plan. Wreszcie chciałem się przemóc i wsadzić dupę do autobusu i pojechać do kogoś bez uprzedzenia. Ale od razu pojawiało się to pieprzone „a co jeśli”. A co jeśli mają zły humor i nie chcą nikogo oglądać? A co jeśli mają taki syf w mieszkaniu, jakby od miesiąca nie sprzątali? A co jeśli uznają mnie za spory kawał chama? Nie można nie brać tego pod uwagę. Z tego planu nigdy nic nie wyszło, bo przejmuję się innymi. W końcu mamy się spotkać dla przyjemności, a nie dlatego, że jakiś niedorobiony typ wfandzolił się na mieszkanie i siedzi sobie dama, a ty najlepiej skacz wokół niego i to jeszcze na jednej nodze. Z czasem odrzuciłem sitcomowe wymysły i wdrożyłem pewne modyfikacje pod wpływem przeprowadzki przyjaciółki na drugi koniec miasta. Uznałem, że lepszym pomysłem jest napisać tego samego dnia i zwyczajnie zapytać, czy mogę wpaść, bo jestem na mieście, czy coś takiego, i mogę podjechać na kawkę. Zawsze istnieje obawa, że ktoś odmówi, bo akurat nie ma ochoty oglądać twojej twarzy, ale wtedy nie czujesz się jak natręt, bo spytałeś jak człowiek.
Wciąż nie zmienia to faktu, że czasami chciałbym, żeby spotkania towarzyskie trzymały się zasad z podstawówki. W tych odległych czasach, kiedy internet w telefonie kosztował tyle, co nowy telefon, wpadało się na niebanalny pomysł odwiedzin u koleżanki z klasy. Mówiłem babci, gdzie jadę, brałem rower i gnałem przed siebie. Bez grama strachu naciskałem dzwonek i pytałem, czy Hania (nie miała tak na imię, ale nie będę zdradzać wszystkiego) jest w domu? Zazwyczaj kończyło się na kilku godzinach biegania po podwórku, włażeniu na drzewa lub łażeniu po wsi. Choć zdarzały się wyjątki. Jeden raz babcia Hani całkowicie mnie zamurowała. Tak jak zwykle przyjechałem i zadzwoniłem grzecznie dzwonkiem do drzwi, które po chwili się otwarły. Pani babcia powiedziała, że nie możemy się dziś bawić, bo Hania się uczy. Pokornie pożegnałem się i odjechałem do domu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że był sam środek wakacji, a Hania uczyć się nie lubiła. Po wakacjach dowiedziałem się, że pani babcia mnie nie lubi, więc uznała, że nie można mnie wpuścić. Nie wszystkie babcie są miłe, to stereotyp.
Ale zdarzają się też takie jak moja, albo Adama (ten też ma inne imię), mojego kolegi z podstawówki. Kochane i przyjazne z usposobienia, albo chociaż niepokazujące całej prawdy swoich myśli. Wiele razy bywało tak, że po szkole nie wracałem od razu do domu z przystanku. Nasza szkoła niestety lub stety była w sąsiedniej wsi, z której wracaliśmy autobusem, więc automatycznie powstawały autobusowe relacje. Nie wszyscy wysiadaliśmy na tych samych przystankach, dlatego, żeby przedłużyć odrobinę chwile zabawy i beztroski, wysiadałem na dalszym przystanku, z którego korzystała większość moich kolegów i koleżanek. Biegaliśmy za kolorowymi wielkimi koszami na śmieci, na placu przed urzędem gminy i między choinkami a rowem. Wiele nie było nam trzeba. Najważniejsze było przedłużenie spotkania z przyjaciółmi, a czekające w plecaku lekcje były na dalszym planie. Potem razem z Adamem wracaliśmy w swoje strony wsi, ale często zatrzymywałem się na kolejnym postoju. Adam po szkole chodził do babci, gdzie czekał aż rodzice wrócą z pracy. Wobec tego znowu mogliśmy bawić się razem, ale nieco bezpieczniej za zamkniętą bramą pod okiem babci. Po kolejnej godzinie wracałem do domu, a na stole czekał na mnie babciny obiad. Nikt nie miał pretensji, ani żalu. Powszechne było, że dzieci muszą się wybawić i mieć towarzystwo. A co teraz, kiedy jesteśmy dorośli?
Nie wszystkie babcie są miłe, to stereotyp.
Może kiedyś to wszystko znowu się zmieni. Moi rodzice dalej nie mają czasu, ale dziadkowie wręcz przeciwnie. Babcie nie stronią od spotkań towarzyskich. Świętują urodziny i imieniny w gronie bliskich koleżanek. Uczestniczą w kołach różańcowych i spotykają się w ramach klubu książki w bibliotece. Może zacznę brać przykład z mojej babci i będę mocniej dbać o chwile z przyjaciółmi zamiast o zmęczony wieczorny czas na kanapie z telefonem w ręku.
Chciałbym, żeby mi się chciało. Nie wieczne wymówki, że mi się nie chce. Chce mi się, bo lubię spotkania, a zmęczony i tak będę. Chciałbym i życzę nam wszystkim, żeby nam się chciało. Żeby każdy miał czas i nie tracił go tylko na obowiązki, ponieważ one zawsze będą wrzodem na tyłku, a przyjaciele i rodzina kiedyś umrą.