Świnia

IV

Było ciemno jak w przysłowiowej dupie i śmierdziało tak samo. Odgłosy świń uspokajały chłopaka, bo wiedział, że to dość normalne zwierzęta, ale też mocno go przerażały. Pamiętał reelsa na Instagramie o głodnych prosiakach, które zjedzą wszystko, nawet swojego właściciela. Grube potwory. Cała podłoga była zasyfiona. Mieszanka błota i odchodów kochanych świnek. Jedynym źródłem światła była zewnętrzna lampa, której światło wpadało przez brudne małe okno tuż pod sufitem. Kiedy Olek doczołgał się pod okno, poczuł się bezpieczniej, jakby tylko w oświetlonym miejscu odczuwał kontrolę nad przestrzenią. Cały w brudzie lekko się trząsł, trzymając ręce w skuleniu na kolanach, które wcześniej próbował wytrzeć o ubranie, bo okropnie przeszkadzała mu śmierdząca breja na dłoniach. Jego lewe udo i kawałek pleców mocno pulsowały, zapewne tworząc rozległe siniaki. Wiedział, że telefon dawno już padł, a on myślał tylko o stworzeniu, które wcześniej makabrycznie wyło w chlewie. Naturalnym odruchem powinno być wołanie o pomoc, czego Olek nie robił. Miał wrażenie, że każda próba skończy się kolejnymi odwiedzinami Czapli.

Oczy powoli przyzwyczajały mu się do widoku w ciemności. Dostrzegał kolejne zwierzęta, choć jedno wydało mu się dziwne. Nie tak grube i typowe jak na świnie przystało, ale trochę mniejsze, dziwacznie ułożone, leżące na samym końcu pomieszczenia. Nie wiedział, czy była to po prostu cudaczna świnia czy jakiś potwór, który wyrósł Czaplom z gnoju chlewu. Gdy świnie, jedna obok drugiej, zaczęły kręcić się i układać się do snu, najdziwniejsza z nich odsłoniła swoje oblicze. Brzuch miała gruby, tłusty, ale nie taki jak u starego wujka, ten był nadęty i krzywy. Reszta ciała też nie wyglądała zdrowo. Postać miała dość napuchnięte ręce, a nogi wyglądały podobnie obrzydliwie. Paznokcie u stóp i dłoni były przeraźliwe długie i zawinięte, jakby rosły od stuleci. Po przewrocie stwora na druga stronę, Olek zobaczył pośladki, których skóra wydawała się poraniona, czego nie można było dokładnie zobaczyć przez łajno, w którym były obtoczone. Ostatnim, co dostrzegł była głowa, obficie owłosiona. Włosy potwora były długie i skołtunione syfem, w jakim się tarzał. Całość była tak okropnie obrzydzająca, że chłopak czuł lęk przed spojrzeniem w ryjek lub twarz stwora, który wylegiwał się ze świniami w gównie. W końcu, gdy stwór wykonał kolejny obrót, ukazała się lekko spuchnięta twarz, przypominająca twarz kobiety. Nos był stosunkowo mały, a zamknięte oczy nie wydawały się duże. Chłopak uznał, że nie był to potwór z bagna, ale jakaś kobieta żyjąca wśród świń, bo zachowywała się zupełnie jak one przez całą noc, choć momentami bardziej ludzko.

Nie biorąc przez chwilę pod uwagę dziwnej osoby w chlewie, Olek zastanawiał się, co się stanie. Czy żona Czapli wie o jego pobycie? Czy rodzice go szukają? I czy Czapla coś mu zrobi, pozwoli uciec albo zostawi jak tę obok? Kłębiło się wiele pytań, a chłopak coraz bardziej bał się swoich myśli. W tamtej chwili nawet tęsknił za zadaniami z matematyki, które zadali tego samego dnia. Gdy zebrał się na odwagę, a może zaczął panikować, powtarzał cicho:

– Ej ty? Halo? Co tu robisz? – pytał wiele razy w podobnej sekwencji, wierząc, że ta człowiecza postać coś odpowie. Wydawał się przy tym spokojny, choć w środku był bliski wybuchu płaczu.

Dzika, bo tak Olek nazwał ją w głowie, w ogóle nie reagowała na głos chłopca, jakby totalnie miała to gdzieś i spała sobie w najlepsze razem z koleżankami. Warunki były tragiczne. Wszystko wskazywało, że żyjące tam stworzenia spędzały w chlewie całe dnie. Choć nie było się czemu dziwić, skoro było to miejsce ukrycia dziwacznej kobiety przed spojrzeniem sąsiadów. W spokoju nocy, jaki panował w gospodarstwie, w środku chlewu, chłopak rozpoczął analizowanie sytuacji złapania go przez Czaplę. Dobrze pamiętał zesztywnienie ciała, kiedy ręka starucha dotknęła jego pleców. Mężczyzna pociągnął wtedy Olka za kurtkę i obrócił przodem do siebie, po czym zaczął nerwowo i głośno pytać:

– Czego tu szukosz, gnoju?! Co żeś słyszoł?! – wziął Olka za fraki i mówił. – Mówiłech ci, że mosz tu nie sznupeć pieronie jebany!
– Puść mnie! Pomocy, pomocy! Ratunku! – krzyczał Olek i wiercił się w rękach dość silnego, jak na swój wiek, starca.
– Zawrzyj pysk gnoju! – krzyknął bardzo agresywnie i mocno kopnął chłopca w udo, a potem w plecy.

Olek już nie wrzeszczał, ale dość mocno płakał. Cichutko wołał o pomoc, lecz z powodu ostrego bólu jego głos załamywał się i pewnie nie był dostrzegalny poza gospodarstwem. Chwilę później Czapla wrzucił gwałtownie Olka do chlewu i zamknął drzwi, przekręcając klucz w zamku. Wtedy chłopak skulił się przestraszony pod oknem i zaczął obserwować brudną przestrzeń.

Rozmyślał, o co chodziło, z tym kawałkiem materiału. Czemu tak bardzo wkurzył tym Czaplę? Jedyny wniosek, do którego doszedł, prowadził do utożsamienia ubrania z poprzednią ofiarą starca. Może było to ubranie tej gołej dzikiej kobiety albo jakiejś innej, którą zabił i niedokładnie zakopał? Nakręcał się niesamowicie pod wpływem myśli. Bał się kolejnego spotkania mężczyzny. Wymyślał coraz to bardziej bestialskie sposoby zabicia go przez chorego psychicznie sąsiada. Kiedy kolor wschodzącego słońca zaczął wpadać przez zakurzone szyby okna, Olek obawiał się coraz bardziej, na co wskazywało jego trzęsące się ciało, czego nie umiał opanować. W chlewie tuż przy ścianie czuć było chłód poranka. Znowu w środku, kontrastowo, panował zaduch i ciężki zapach odchodów, który nie miał drogi ucieczki, zupełnie jak Olek.

Chwilę później, może nieco dłużej, bo przecież nie miał zegarka, usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, gdzieś na zewnątrz. Na jego ciele pojawiła się gęsia skórka. Cały zdębiał i najszybciej jak tylko mógł przeczołgał się do najdalszego od drzwi pustego kąta chlewu, po czym usiadł bez ruchu, wpatrując się z przerażeniem w wejście. Jedyne, co słyszał, oprócz oddychających świń, było gdakanie kur gdzieś w pobliżu. Domyślił się, że ktoś je wypuścił, więc niedługo przyjdzie kolej na odwiedziny świń. Wtedy jedna z loch przewróciła się na drugi bok i powoli zaczęła wstawać, a za nią reszta. Kiedy Olek zauważył, że stadko budzi się do życia, nerwowo wypatrywał dzikiej, która jako ostatnia wyłoniła się zza świń. Nie skupiał się dokładnie, co właściwie robią, lecz obserwował każdy ruch dzikiej osoby i porównywał go z ruchami świń. Dzika, nie zwracając uwagi na Olka, zachowywała się podobnie do reszty stworzeń, poza niezdarnymi próbami wstawania na dwóch nogach. Widok ten był pokraczny i odrażający. Wtedy Olek po raz pierwszy zobaczył pełen obraz kobiety, choć domyślał się, że tak nie wygląda żadna zdrowa kobieta. Piersi miała obwisłe, a krocze w sumie było niewidoczne z uwagi na utytłanie syfem z podłogi. Chłopak na każdym kroku doznawał szoku i obrzydzenia. Nawet w najgorszych koszmarach nie mógł wyobrazić sobie tak zniszczonego, upodlonego człowieka. W trakcie obserwacji, nagle po całym wnętrzu rozbił się dźwięk otwieranego zamka. Świnie i dzika na raz, jak opętane ruszyły w stronę wejścia, Olek ponownie zamarł w bezruchu, a drzwi się otwarły.

– No, już odsuńcie się. Już wam daje. – powiedziała Czaplowa, wchodząc z wielkim wiadrem ohydnej papki i spojrzała na dziką. – No, no. Idź jedz. – pogłaskała ją po głowie, a ta poszła w stronę koryta.

W środku przez otwarte drzwi zrobiło się dość jasno i praktycznie odsłonił się każdy zakamarek chlewu. Skulony w kącie Olek, śledził uważnie każdą czynność starszej kobiety, która obchodziła się z dziką inaczej niż resztą.

– Do zobaczenia Alciu. – wydusiła do dzikiej i wyszła z chlewu, zamykając drzwi na klucz.
– Alciu? – powiedział cicho Olek. Wtedy dzika oderwała się od posiłku i popatrzyła na chłopaka. Ten mocno się przestraszył i odwrócił wzrok.

Dla Olka najdziwniejszy w tym wszystkim nie był fakt, że ta dziwna kobieta ma imię, tylko brak jakiejkolwiek reakcji Czaplowej na obecność chłopaka w chlewie. Jakiś moment później na zewnątrz rozniósł się pogłos rozmowy, niestety zbyt cichy, żeby usłyszeć dokładny jej sens. Jednak rozmowa po chwili urosła do rangi kłótni, co było słychać po podniesionych glosach. Olek rozumiał jedynie co drugie słowo. W nerwach nie umiał skleić w całość, o co mogło chodzić. Był bardzo zestresowany. Świadczył o tym pojawiający się na twarzy i karku pot i przyśpieszony oddech. Kłótnia stawała się czymś na wzór wojny. Słychać było uderzenie. Trzask. Coś rozbiło się o ścianę, doprowadzając niemal do zawału wszystkich w chlewie. Nagle zapadła cisza. Ktoś mocno trzasnął drzwiami. Olek usłyszał zbliżające się kroki, po czym drzwi otworzyły się.

– Co się paczysz gnoju?! – krzyknął wchodzący do chlewu Czapla, a świnie i dzika Alcia przytuliły się panicznie do ściany. Czapla ruszył w kierunku chłopca i pociągnął go za kurtkę. – Rozbierej to! Słyszołeś, rozbierej! – ciągnął Olka za kołnierz i zdjął mu kurtkę oraz buty. – Reszta tyż! Rozbierej! No, już, kurwa! – Znów kopnął chłopaka prosto w plecy.

Po chwili Olek został w samych bokserkach. Czapla nie zostawił nawet skarpetek czy koszulki. Na jego plecach i udach rozciągały się różne kolory tęczy tworzące wiele sińców, które po dotyku bolały jak diabli. Kiedy starzec kopał chłopca jeszcze wiele razy, ten wył z bólu, dusił się i pluł, a jego oczy zalewały się łzami. Czapla katował go przez kilka minut, wtedy Alcia odbiegła od reszty świń spod ściany i popchnęła z całej siły starucha. Czapla przerwał bicie Olka i ostro się zagotował. Jego oczy i twarz zatonęły w czerwieni. Gwałtownie i niedbale wyciągnął pas ze spodni. Zwinął go, podbiegł do uciekającej w kąt Alci i uderzył ją mocno w pośladek, następnie w plecy i bok. Bił straszliwie mocno, mocniej niż Olka kilka chwil wcześniej. Alcia piszczała i niemiłosiernie wyła, podobnie jak dzień wcześniej, kiedy chłopak słuchał za stodołą. Świnie w przerażeniu też wyły i piszczały, tak jak wyją świnie, gdy zabija się jedną z nich.

– Tak traktujesz rękę, co cię karmi?! Ty kurwo niewdzięczna! – wykrzykiwał i uderzał ze wszystkich sił.

Olek zwinął się i położył w syfie chlewu, cicho płacząc. Nagle do środka gwałtem wbiegła Czaplowa. Rzuciła się na męża i wrzasnęła:

– Zostaw ją ty chuju! Ty skurwysynu!
– Nie wtrącej się babo! Wypierdalaj! Won! Do chałpy! Powiedziałech won!

Gdy Czaplowa nie posłuchała, chwycił ją za kark i rzucił nią o podłogę między świnie, kopiąc w nogi. Potem bez opamiętania katował Alcię i żonę. W pomieszczeniu było okropnie głośno. Słychać było ogrom krzyków, płaczu i pisków, ludzi jak i świń. W tym szaleństwie i emocjach, Czaplowa nie zamknęła za sobą drzwi, które były swobodnie otwarte. W głębszej cześci chlewu kłębiło się centrum zbrodni, Czapla nieustannie bił żonę i Alcię, a Olek leżał naprzeciw wyjścia.

Kiedy trochę się uspokoił, na tyle ile dało się w takiej sytuacji, dostrzegł otwarte drzwi. Wszystko działo się szybko, choć w głowie Olka czas zupełnie stanął w miejscu. Ostatkiem sił w przypływie adrenaliny, chłopak wstał jak burza i pobiegł do wyjścia. Czapla momentalnie zauważył, co się stało i wystartował jak na maratonie za Olkiem. W tej samej chwili, kiedy starzec zaczął biec w chlewie, razem z nim ruszyło stado świń, utrudniając mu wyjście. Olek wybiegł na podwórko i pędem pobiegł do furtki, która prowadziła na pola za gospodarstwem. Furtka na szczęście była uchylona, a półnagi Olek, cały w błocie i gównie, biegł na złamanie karku przez pola. Czapla, kiedy świnie rozbiegły się po podwórzu, poleciał za chłopakiem. Olek momentami topił się w bagnisku pola, ale przez to, że był lżejszy od Czapli, biegł szybciej niż starzec, który zapadał się w ziemi. Na horyzoncie widać było dom Olka i świecące się światła w oknach.

– Ratunkuuu! Poooomoocy! – wołał Olek. Biegł, nie oglądając się za siebie.

V

– Biedne te jego ojcowie. Takie dobre ludzie.
– No i tyn chłopok. Jak łon tam mioł?
– Coś na „o”. O… Olek.
– Ja. No.
– Młody taki, bajtel. Dej pokój. Trzynoście lot…
– A ta dziołcha? To łona od Czaplów była?
– No to je ta, co łona niby umarła, jak trzy lata miała.
– Jakbych łonego tak wzięła, i tak za łeb dupła! To by już nie wstoł!
– Dej spokój, dej spokój. I to łon jom zawarł w tym chlywie i dziołcha w tym marasie całe życie siedziała? Jak świnia zawarta. I tak swoje dziecko? Matko Boża. Co za ludzie.
– A ta jego baba? To łona się na to godziła?
– A co miała pedzieć, jak chłop taki bandyta.
– Łon zawsze był kawał chuja! Od bajtla.
– Ale teroz już nie uciece.