W tej czeskiej wsi, która pochwalić mogła się jedynie starym klasztorem, krążyła legenda. Niegdyś zamożna szlachcianka, Božena, żona Alberta z rodu Kolowrat, założyciela wsi, dopuściła się zdrady na mężu. I to nie byle jakiej, bo z chłopką. Sama gardziła swoimi poddanymi i dawała temu upust wszem i wobec (dowody na to można znaleźć nawet w listach do jej starszej siostry, Kateriny, gdzie o chłopach pisała „te niemyte łapidraki” – sama myła się raz do roku, na co pozwalał jej luksus posiadania nazwiska Kolowrat). Męża zdradziła w raczej średnio czystej oborze, w którymś stogu siana, z chłopką doglądającą krów. Przyłapał je pomocnik kowala, ponoć żywiący ciepłe uczucia wobec chłopki, której imię oczywiście w historii nie zostało zapisane, choć kobieta ta odegrała niemałą rolę w wiejskiej społeczności. Zdruzgotany Albert nie był w stanie wygonić niewiernej żony z domu, toteż wymyślił dla niej karę, piętnującą jej dumę do końca krótko po tym zdarzeniu wyzioniętego żywota. Za każdym razem, gdy Božena opuszczała ściany własnego domostwa, kroczyć musiała u boku krowy przywiązanej sznurem do jej ramienia, by przypominać poddanym chłopom, jak cienka granica dzieli ich od szlachcianki. Miało być to oznaką poniżenia dla Boženy i wytknięciem hipokryzji. Chłopkę z obory stracono, to jest uduszono, na tym samym sznurze, który pętał jej kochankę i krowę. Z tego też powodu Božena zmarła w kilka miesięcy potem, nie z miłości, a ze zgryzoty spowodowanej złamaną dumą. Na pogrzebie opłakiwały ją tylko jej dzieci i siostra Katerina, Albert opuścił włości, władzę przekazując miejscowemu księdzu. Wtenczas powstał Klasztor imienia Boženy, nie Kolowrat, gdyż mąż zdążył wyrzec się jej przed pochówkiem, stąd na nagrobku do tej pory widnieje samo imię szlachcianki pogrzebanej jako chłopki. Od tamtej pory we wsi przyjęła się tradycja, że każda kobieta dopuszczająca się zdrady, musiała ponieść karę uwiązania do krowy. Ten dobrze prosperujący w społeczności nawyk bardzo szybko przejął kościół, modyfikując go na spacer ku odpuszczeniu grzechów, jednak wciąż skierowany wyłącznie do kobiet. Gdy prawowity mąż uznał, że jego żona złorzeczy lub też po prostu nie zgadzał się z jej działaniami (na przykład rozpuszczonymi włosami albo za bardzo podwiniętym rękawem koszuli), musiała ona odbyć odkupujący winy spacer z krową przez całą wieś tak, by każdy mieszkaniec ją zobaczył i przyjął do wiadomości, że swoją postawą złożyła ukłon samemu Szatanowi i prosi Boga o przebaczenie.
Ponieważ legenda funkcjonuje do teraz wśród społeczności tej czeskiej wsi z bardzo starym klasztorem, niektóre babki i prababki wciąż wierzą, że za spacer z krową pójdą do Nieba. Tak też twierdziła babcia Adéli i pielęgnowała pamięć o legendzie wśród swoich sąsiadów.
- Straszne bujdy opowiada ta twoja babka – powiedział kiedyś Karol, chłopak Adéli, po wypiciu kilku kieliszków nalewki własnej roboty z czeremchy.
Byli razem od czasów szkolnych i choć iskierka zauroczenia już dawno wygasła, dalej trwali wiernie u swego boku, co chyba świadczyło o tym, że to miłość. Taka prawdziwa, nieudawana i nie z bajki, po prostu. Łatwo było żyć z Karolem, zawsze pytał ją o zdanie i na wszystko się zgadzał, dawał Adéli wolną rękę w podejmowaniu wspólnych decyzji. Raczej się nie kłócili, chyba że o drobiazgi, ale sprzeczki trwały krótko i kończyły się śmiechem, bo i po co marnować czas na złość, skoro są razem i do tego w szczęściu. Pomiędzy nich nie wchodziły nawet różnice charakterów, widoczne gołym okiem już od początku ich relacji. Nikt nie wróżył tej parze długiej przyszłości, zwłaszcza babka Adéli, a właśnie mijało im dziesiąte wspólne lato. Karol był spokojny, stonowany, lubił mieć wszystko poukładane, mistrz organizacji, który raczej stronił od ryzyka. Adéli zaś wszędzie było pełno, dużo mówiła, dużo robiła, pociągało ją wszystko, co nieznane, a ona robiła wszystko, by to odkryć, choć bardzo ceniła sobie, że ma dom i kogoś, do kogo po swoich wariackich podróżach może wracać. Mówili o nich we wsi, że przeciwieństwa rzeczywiście się przyciągają, ale Adéla uważała, że w sumie są do siebie bardzo podobni. Karola też interesowały te wszystkie miejsca, które ona odwiedzała, po prostu zamiast ich doświadczać, wolał o nich słuchać. Sama nie wiedziała, czy bardziej lubiła adrenalinę związaną z odkrywaniem czy moment, w którym wysiadała z pociągu po podróży, a Karol czekał na nią na peronie z gorącymi, kochającymi ramionami. Po każdym takim powrocie przyrządzał jej ulubioną potrawę – curry, a że był bardzo dobrym kucharzem, było to najlepsze curry, jakiego w życiu skosztowała, choć była już w wielu miejscach, gdzie danie to uchodziło za tradycję i świętość kulinarną regionu. W jedzeniu, które gotował, pojawiał się bowiem jeden ważny składnik, którego brak było we wszystkim innym, co Adéla jadła na świecie – miłości do osoby, której to konkretne danie przyrządzał.
Ogółem więc żyło im się dobrze, choć to Karolowi zdarzało się mówić głupoty, nie zaś jej babce, jak twierdził. Zatem odpowiedziała:
- Czy ja wiem, w sumie ta legenda zawsze wydawała mi się jakoś bardzo prawdziwa i aktualna.
- Ponadczasowa?
- Właśnie, bo czy nie jest tak nadal? Że jeśli zrobi się cokolwiek nowego, świeżego, co nie jest utarte jako to normalne, to znaczy poprawne, zachowanie w społeczeństwie, to jest się potępianym, dostaje się za to karę?
- Uważasz, że zdłada to coś nowego i świeżego, nieważne w jakich czasach miała lub będzie mieć miejsce i nie powinna być postrzegana jako coś negatywnego? – Był taki słodki, gdy nie wymawiał litery „r”, nawet gdy łapał ją za słówka.
- Nie. Chodzi mi o to, że okej, zdrada jest negatywna, bo w końcu wiąże się z tym, że kogoś rani, prawda? Ale gdyby zdrada była znormalizowana, w sensie uznawana za coś zupełnie pospolitego, co robi się tak o, na co dzień, bez większych przemyśleń nad wymiarem zła czy dobra, to w gruncie rzeczy nie raniłaby, a więc nie byłaby negatywna, tylko neutralna, bo to coś, co robi każdy i jest uznawana za normalną. Rozumiesz?
- Ale zdłada jest zupełnie pospolita i jest czymś, co ludzie łobią na co dzień, w sumie nie myśląc nad tym, czy kogoś to złani, to jest po płostu egoizm.
Kochała z nim dyskutować, bo zawsze wyjął z jej paplaniny to jedno zdanie, które absolutnie rujnowało przekaz. On mówił bardzo skondensowanie i zachowawczo, dając wrażenie, że podaje ci rękę, a tak naprawdę już wbijał ci nóż w brzuch. Lubiła tę jego oszczędność słów, ale sytość znaczenia.
- Racja – Uśmiechnęła się i on również, ukazując dołeczki w policzkach. Na jej widniały wyraźne piegi po ostatniej podróży po Polsce bez kremu z filtrem w zanadrzu. – Chodzi mi o utarte społecznie schematy. W czasach Boženy nikt raczej nie przejął się, że zdrada miała miejsce z kobietą albo że w ogóle się dokonała, przecież w tych bogatych rodach szlacheckich i królewskich bzykali się na prawo i lewo, z kim popadnie i nikogo to nie obchodziło, a każdy przecież wiedział. Myślę, że chodziło o sam fakt, że to była zdrada z małą, nic nie znaczącą chłopką, a przede wszystkim, że zostało to głośno powiedziane, a nie szeptane po kątach. I tak każdy wiedział! Tylko to akurat zostało wykrzyknięte, oficjalnie na nią doniesiono i na to nie można już było kiwnąć ręką, bo rozniosłoby się, że Albert to ciota i pozwala żonie dawać dupy chłopom! Sprawiłoby to, że nie wiem, od tej wieści-ploty miałby mniejszego, czy co?
Karol tylko się roześmiał.
- Co? – zapytała speszona, opuszczając ręce, którymi nie wiedzieć kiedy zaczęła wymachiwać. – Teraz to ja paplam głupoty, hm?
- Nie – zaprzeczył z promiennym uśmiechem. – Łozumiem, o co ci chodzi. Wyższość nołm społecznych, jednych nad długimi. Dla takiego szlachcica, jak Albełt, ważniejsze było zachowanie dobłej opinii o swoim imieniu niż sam fakt, że żona go zdładziła – dodał.
- Tak, mniej więcej chyba to chciałam powiedzieć, ale już się sama zgubiłam.
Objął ją ramieniem, dalej się śmiejąc. Na ciemnym niebie mocno świeciły gwiazdy, najpiękniejsze jakie Adéla dotąd widziała. Może to kwestia sentymentu, a może rzeczywiście w tej małej czeskiej wsi ze śmieszną historią gwiazdy świeciły najmocniej. Minęli stary klasztor, przez który Adéla będzie musiała wstać bardzo wcześnie kolejnego dnia, i ruszyli skrótem przez pole. Cykady głośno dyskutowały między sobą, próbując dojść do porozumienia, co tej dwójce sprzeczności przyniesie życie.
O siódmej rano Adéla miała już za sobą oprowadzanie wycieczki emerytów po zabytkowym klasztorze i dwie kawy, a gdy tylko pożegnała się z paniami o szarych głowach i gębach pełnych pytań, znów dorwała się do ekspresu w pokoju socjalnym.
- Ciężki poranek, co? – zagaiła Teresa, tutejsza kasowa, popijając swoją parzuchę, mimo obecności sprzętu, który wypluwał kofeinę po jednym tylko kliknięciu odpowiedzialnego za to przycisku.
Adéla wzruszyła ramionami.
- Czy ja wiem, bardzo sympatyczna grupa. A poza tym dzisiaj jedyna, więc dopijam kawkę i będę się powoli..
- Ha! – wykrzyknęła Teresa, strasznie narwana baba. – Nie tak szybko!
- No przecież mówię, że powoli.
Zmierzyły się spojrzeniami, Teresa chyba nie załapała gry słów.
- Właśnie sprzedałam bilety. Za pięć minut masz kolejne oprowadzenie, więc dopijaj tę kawkę, ino raz!
- Jak duża grupa? – Wzięła potężny łyk.
- Trzy osoby. Polacy.
Adéla o mało nie wypluła napoju z powrotem do kubka.
- Przecież ja nie mówię po polsku! Dlaczego sprzedałaś im bilety?!
- No bo chcieli klasztor zobaczyć, to sprzedałam – broniła się.
- No dobrze, ale uprzedziłaś ich, że zwiedzanie odbywa się tylko w języku czeskim, tak? I co oni na to?
- A co ty myślisz, że ja cokolwiek rozumiałam z tego, co oni mówią? Ten facet coś tam po czesku próbował i chyba nawet myślał, że mu wychodzi, ale kija zrozumiałam, tylko się uśmiechałam, bo potem opinie na Gugla dają, że niemiła kasjerka czy co, a to co ja mam mówić w każdym języku, jaki Bozia stworzyła?
Adéla tylko złapała się za głowę, głośno wzdychając w stronę wysokiego sklepienia z czternastego wieku, za jednym razem dopiła kawę i porywając z blatu ogromny plik kluczy, ruszyła ku wyjściu.
- Oby mówili choć trochę po angielsku.
- Hi! So they don’t speak English, but I do and I was wondering how we’re going to make this tour happen?
Czyli rzeczywiście – mówili choć trochę. W całej zjawiskowej jednej trzeciej.
Adéla uśmiechnęła się uprzejmie, przenosząc wzrok za plecy rozmówczyni na jej starszych towarzyszów, jak wywnioskowała po podobieństwie – rodziców. Szczupła, bardzo blada kobieta o bardzo długich i bardzo czarnych włosach odwzajemniła uśmiech i pomachała do niej chudą dłonią zakończoną krwistoczerwonymi paznokciami koloru jej szminki do ust.
- Hello – powiedziała tylko radośnie.
Jej mąż tylko kiwnął głową w geście przywitania. Tak samo chudy i tak samo blady, o kanciastej twarzy naturalnie wykrzywionej w grymasie, odstających uszach i kręconej czuprynie, a raczej siwiejącej już szopie, bo te krucze loki raczej nigdy nie zaznały nawilżenia. W dłoni dzierżył lustrzankę z ogromnym obiektywem i zanim Adéla to zauważyła, stojąca na ich czele córka ubiegła ją pytaniem:
- Czy w środku można fotografować?
Mówiła bardzo pięknie po angielsku, trochę brytyjsko, jakby od podstaw nauki języka lekcji udzielał jej native. Wyglądała dość śmiesznie w towarzystwie swoich rodziców niczym wyjętych z serialu Wednesday, dwóch czarno-białych, eleganckich, długich postaci. Jej twarz – wykapany tatuś, kanciastość jednak zdobił szeroki, czarujący uśmiech. Oczy piwne i bystre jak u matki, włosy czarne, ale wystrzyżone bardzo krótko. Była tak samo blada i długa, jak oni, ale tak bardzo kolorowa, że gdyby nie wygląd, Adéla z pewnością nie nazwałaby tej trójki rodziną. I na pewno pomyślałaby z przekąsem „Słońca nie ma w tej Polsce?”, jednak przecież jeszcze miesiąc temu sama ubolewała nad brakiem SPF-u, zwiedzając ten słowiański kraj na granicy z Czechami.
- Myślę, że możemy zrobić to w sposób następujący: będziemy przechodzić do różnych pomieszczeń – Pomachała wielkim kołem z pokaźną liczbą ogromnych, starych kluczy, za którymi podążyły zaintrygowane piwne oczy. – Ja będę dawać znać, gdzie nie można robić zdjęć, ale w większości taka opcja jest jak najbardziej dopuszczalna. Pani na kasie wręczyła wam kartki z historią? – Kolorowa dziewczyna wskazała na swojego ojca, a on z tym swoim niezadowoleniem na twarzy pomachał trzema zmiętymi przez lata użytkowania kartkami. – Świetnie, tam znajdziesz angielskie tłumaczenie, może to trochę ułatwi sprawę. Ja będę zawsze z boku, więc jak będziecie gotowi, by przejść do kolejnej sali, po prostu dawaj mi znać.
- Okej – Pokiwała głową na znak zrozumienia. Adéla zauważyła, że ona też ma piegi, ale tylko na policzkach. Pomyślała, że dodają jej jeszcze więcej uroku, niż ma tak po prostu i zarumieniła się na tę myśl, sama nie wiedząc czemu. – To ja pójdę im wszystko wytłumaczyć i zaraz możemy zaczynać. Dzięki – Kolejny promienny uśmiech. Miała wrażenie, że we wnętrzu szarego, zimnego klasztoru zrobiło się jakoś jaśniej, a może to tylko ustawał deszcz za grubymi murami, który zalewał wieś, odkąd poprzedniego dnia z Karolem weszli do domu.
Poruszała się z gracją, lawirując między pytaniami rodziców, a uprzejmym small talkiem z przewodniczką. Adéla nienawidziła small talków, to Karol był w tym dobry, ale on wybrał pracę w domu przy biurku, gdzie jedyna komunikacja międzyludzka zachodziła między wpisywanymi w system kodami. „Ale zjebał nagłówki” – mówił, po czym ostentacyjnie poprawiał kosmiczną komendę po jakimś obcym człowieku z innego kraju, za chwilę dostając skruszoną odpowiedź w postaci GIF-a „Sorry man”, który po usatysfakcjonowanym prychnięciu usuwał i wracał do pracy. Adéla lubiła spotykać się z ludźmi tak naprawdę, w świecie realnym, nie na czarnej ścianie białych liczb i niezrozumiałych ciągów słów tworzonej przez anonimowe jednostki. Ale tego konkretnego dnia nie czuła się komfortowo w swojej pracy, zamknięta w zimnych, klasztornych ścianach z trzema Polakami, z których rozmów była w stanie wyciągnąć tylko kilka nietworzących większego sensu słów. W większych pomieszczeniach było jeszcze znośnie – skrywała się gdzieś w kącie, czekając na sygnał, by zanurzyć kolejny klucz w wielkim zamku żelaznych drzwi, ale w małych salach odnosiła wrażenie, że się dusi. Nie pomagały nawet wysokie sufity. Ta długa kobieta nieustannie posyłała jej uśmiechy idealnie wyszminkowanymi ustami, jakby miało to zastąpić im rozmowę, zaś ten długi mężczyzna traktował ją jak eksponat, tylko taki, któremu nie warto robić zdjęcia. A ona, wielobarwna ważka, przestępowała z nogi na nogę w czerwonych, błyszczących mokasynach włożonych na białe zakolanówki. Oglądanie zabytkowych pomieszczeń zajmowało jej najdłużej z całej trójki i sprawiała wrażenie, jakby studiowała każde zagięcie na ścianie, choć zupełnie nie interesowały jej informacje na przygotowanych do zwiedzania kartkach ani nie zadawała żadnych pytań, tylko kiwała głową na znak, by iść dalej. Już na samym początku Adéla zauważyła, że ona wcale nie przygląda się dobrze zachowanym freskom, a wpatruje się w krajobrazy za witrażowymi oknami. Rozciągające się kolorowymi falami pola w okresie żniw, niczym jej rzęsy pociągnięte różowym tuszem na piegowatej twarzy. A potem uśmiech, gdy ich spojrzenia się spotkały – na jej policzkach róż, na Adéli rumieniec. Nie była piękna, ale była nieziemska. Zaskoczyła ją, gdy w którymś z mniejszych pomieszczeń, zapytała:
- Jesteś tu od zawsze?
Musiała dopytać, o co dokładnie jej chodzi, po czym odpowiedziała:
- Tak, tak. Urodziłam się tu na wsi. I to tak na serio, bo mama nie zdążyła do szpitala – Zaśmiała się nerwowo. – Wyszłam nogami, podobno wtedy ma się twardy tyłek, ale głowę miękką.. tak dosłownie też. W tym domu mieszka teraz tylko moja babka, ja budowałam nowy na kredyt, z chłopakiem – Nie miała pojęcia, po co to wszystko jej powiedziała, a gdy ta odpowiedziała jej tylko przelotnym uśmiechem, poczuła się jeszcze bardziej zawstydzona. Z tej racji kontynuowała, by zgładzić ciszę: A ty skąd jesteś?
Ważka popatrzyła na nią krótko, choć intensywnie, a potem znów wróciła do studiowania przestrzeni za oknem.
- Pochodzę z takiego małego miasta pod Toruniem, w centralnej Polsce. Ale teraz mieszkam w Krakowie.
Adélę raziło jak piorunem.
- O! Niedawno wróciłam z touru po Polsce i byłam właśnie w Toruniu! Bardzo mi się tam podobało!
Wzruszyła ramionami.
- Rynek jest ładny, reszta wygląda jak moje miasto rodzinne – Kiwnęła głową. – Możemy iść dalej.
W kolejnej sali Adéla nie odpuszczała, śledząc jej okienną wędrówkę:
- W Krakowie nie byłam, zabrakło czasu – Nie spotkała jej żadna nowa reakcja na te słowa, mimo to nie mogła przestać do niej mówić, gdy już zaczęła. – Jeśli mogę spytać, zajmujesz się czymś związanym ze sztuką?
Powłóczyła długimi, prostymi nogami do kolejnego okna, a Adéla zaraz za nią, jak jej mniej kolorowy, tani cień – zamiast krótkich, sportowych spodenek w kolorze błękitu i czarnej, zapinanej na skos kamizelki narzuconej na białą, elegancką koszulę z obciętymi raczej ręcznie rękawami, brązowe proste spodnie, granatowa pudełkowa bluza, a przez ramię przewieszona handmade nerka z jednej z podróży. Może chodzącemu słońcu na ogół jest cieplej i nie czuje chłodu i wilgoci klasztoru, tak jak spowity szarością towarzysz, kroczący za przewodnikiem. Z torebki wyglądającej jak małe opakowanie na prezent urodzinowy, wyjęła mini notes. Nakreśliła w nim coś szybko i powiedziała:
- Tak, maluję.
Musiała z niej wyciągnąć kolejną część, by dowiedzieć się więcej.
- Głównie interesuje mnie wiejskość. I ludzie, będący jej okazami – I więcej. W kolejnym pomieszczeniu chronionym wielkim kluczem. – Nie maluję miasta, bo moja sztuka nie ma przytłaczać, ma dawać wolność – I jeszcze. Klucz zamyka jedne drzwi, a drugie otwiera. – Zależy jak wolność postrzegasz. Niby jestem wolna, znam języki, mogę podróżować, stać mnie na to, mogę robić, co chcę, zarabiać, jak chcę, być kim chcę. Posiadam bardzo wiele przywilejów, o których niektórzy ludzie mogą tylko pomarzyć i oddaliby wszystko, żeby żyć moim życiem, a mi ciągle mało. I choć to okropne, bo ignorancja to też wspieranie tych wszystkich odczłowieczających zabiegów i działań współczesnego świata, to chciałabym tak zostać gdzieś na zawsze, od urodzenia, choć na chwilę, i się nie wychylać, ale już dawno jest za późno, bo ciągle tylko chcę więcej i więcej.
Adéla nie zadała już żadnych pytań, w ogóle nie odezwała się słowem aż do ostatniego punktu wycieczki po klasztorze, zewnętrznego dziedzińca z trzema zegarami astronomicznymi. Choć chciała od tego uciec, wiedziała, że dla niej też jest już późno, bo gdy patrzyła na tę bezkształtną, prostą postać wielobarwnej ważki, chciała tylko więcej i więcej.
Kilka dni później rano znów zadzwonił budzik. Karol obrócił się w łóżku na drugą stronę, tym samym zdejmując z Adéli kołdrę. Zimne powietrze owiało jej cienko odziane, rozgrzane po śnie ciało i westchnęła przeciągle, wciąż czując się tak samo nieswojo, jak każdego kolejnego ranka po wizycie Polaków w klasztorze. Po tej wycieczce miała dwa dni wolnego, lało jak z cebra, zimne lato, szła więc do pracy pierwszy raz od tamtego dnia. Ubrała te same spodnie, wciąż wisiały niedbale na krześle tam, gdzie je wtedy rzuciła po powrocie.
Rano we wsi utrzymywała się mgła, ostatni wodnisty powidok deszczu. Oznaczało to, że za dnia może w końcu wyjdzie słońce i da mieszkańcom rozgrzać się przed rychłym nadejściem jesieni.
Przy dużej czarnej kawie z ekspresu Teresa nad kubkiem parzuchy podała jej najbliższy rozkład jazdy. O ósmej klasyczna wycieczka, dwadzieścia trzy osoby, seniorzy. Ostatnie szkolne grupy wakacyjne zaczną napływać koło południa, gdy każdy z uczestników dotrwa do końca śniadania i nie zgubi się podczas drugiego liczenia w parach. Adéli ciężko było stwierdzić, z której z grup była mniej zadowolona – ciągłych pytań o to, co przed sekundą już wytłumaczyła czy jazgotu niesłuchających jej dzieciaków i krzykliwych pouczeń wściekłych opiekunek. Przy kilku ostatnich łykach kawy dotarło do niej, że jeszcze parę dni temu pomyślałaby to samo, ale użyła innych słów, czyli: z której z grup jest b a r d z i e j zadowolona.
- Pokłóciłaś się z kochankiem? – wypaliła nagle Teresa.
Po plecach Adéli przeszedł nieprzyjemny prąd.
- Co? Nie – Wbiła wzrok w puste dno kubka, mając nadzieję, że zaraz jakaś emerytka zapuka do drzwi ich kantorka i zapyta, kiedy w końcu zaczną wycieczkę, bo jest już trzy sekundy po ósmej.
Odsiecz jednak nie nadeszła i Teresa przystąpiła do dalszego ataku:
- To skąd ten zły humor? To do ciebie niepodobne.
- Nie wiem, po prostu to lato.. – urwała. – Jakby jesień cały czas deptała mu po piętach.
- No, ale piegów i tak ci nie oszczędziło! – zażartowała, choć chyba tylko według niej brzmiało to zabawnie, a nie jak docinka. – No, ale ty masz przynajmniej prawdziwe, naturalne, a nie jak ta młoda Polka ostatnio. Wyglądała jak porcelanowa lalka.
Adéla spojrzała na jej pobrużdżoną zmarszczkami twarz, w tamtym momencie wykrzywioną w udawanym niesmaku i wróciła do studiowania wnętrza kubka.
- Nie były prawdziwe? – wybąkała w końcu.
- A co ty! – aż krzyknęła. – Moja córa też takie w supermarkecie kupuje, te pisaki i sobie twarz kropkuje. Lepsze już to, niż jakby wymyśliła, że chce sobie tatuaż taki na twarzy zrobić! Wiedziałaś, że takie specyfiki nawet wymyślają? A kiedyś to się w szkole z piegusów wyśmiewali, ja pamiętam – Widząc, że Adéla jeszcze bardziej posmutniała od jej wywodów na temat urody, zrozumiała chyba, że jej poprzednia wypowiedź nie zabrzmiała żartobliwie i dodała zaraz: A właśnie! O wilku mowa! Bym zapomniała..
Podreptała do szafeczki, w której trzymała puszkę swojej kawy i wyjęła z niej idealnie prostą kartkę papieru.
- Ta Polka wróciła tu kilka godzin po twoim oprowadzaniu i zostawiła ci taki-o-rysuneczek – Adéla prawie wyrwała jej kartkę z ręki. – W sumie miły gest. Jak to się mówi, ma dziewczyna kreskę.
Przez jej wnętrze prześlizgnęło się tyle emocji, ale żadna nie dała o sobie znać na powłoce, jaką było ciało. Złożyła kartkę na cztery części i wsunęła ją do kieszeni spodni.
- Wpadłaś Božence w oko, co? – prychnęła Teresa.
Wybiła godzina ósma i jedna z emerytek zapukała do drzwi.
Do domu wróciła dopiero wieczorem, stąd już przy furtce było czuć zapach curry. Kolację zjedli do odcinka „Dextera”, Adéla pozmywała naczynia, a Karol wziął się za grę na konsoli.
- Dołączysz? – zapytał, gdy usłyszał zakręcanie kranu w kuchni.
- Chętnie, ale później – Oparła się o pustą framugę, z której miała widok na kanapę w salonie i rozłożonego na całej jej długości Karola. – Pójdę sprawdzić, co u babci. Telefonu i tak nie odbierze.
- Fakt – potwierdził. – Iść z tobą?
Wezbrała w niej chwilowa fala paniki, którą zdusiła szybciej niż opróżniła miskę curry.
- A, nie potrzeba. Sprawdzę tylko, czy wszystko okej i będę wracać. Powinnam być z powrotem do godziny.
- Okej – powiedział, w skupieniu klikając przyciski na padzie. Postać na ekranie spadła z klifu i syknął niezadowolony. – Napisz, jak będziesz blisko, to zaparzę herbatę. Zimne to lato.
To prawda, zimne. Choć dopiero zbliżał się zachód słońca, musiała włożyć na siebie ocieplaną kurtkę. Skręciła w wąską, piaszczystą ścieżkę, prowadzącą do domu babki. Miejscami omijała kałuże błota, które powstały w miejscach wyżłobionych przez koła roweru, którym babka jeździła codziennie bez względu na pogodę. Jednak gdy Adéla dotarła do bramy wielkiego domu, wcale nie skierowała się ku drzwiom, a ruszyła w bok do obory. W małym okienku na ganku zauważyła światło, co oznaczało, że babka układa na dywanikach podłogowych zupy do wystudzenia na noc.
Gdy dotarła do starego budynku z drewna, powitały ją znajome odgłosy zwierząt, przy których opiece pomagała od najmłodszych lat. Z wiadomych przyczyn mieszkańcy obory dość szybko się zmieniali i pewnie dlatego Adéla od dwóch dekad nie jadła mięsa.
Zdjęła gruby sznur z mocowania i wybrała krowę przy stogu siana, której oczy spoglądały na nią najbardziej ufnie. Przerzuciła jej linę przez głowę i razem ruszyły w pole.
Niebo skrzyło się intensywnie pomarańczowo-różowymi barwami, zapowiadając nadejście pierwszej od dawna bezdeszczowej nocy. Adéla przedzierała się przez złote od słońca zboża, jasnymi trampkami brodząc w błocie. Zabrała krowę na spacer i nikogo we wsi by to nie zdziwiło, zwłaszcza tych uważających legendę o Boženie za bujdę. Ale wtedy wkoło było pusto, przeszły niezauważone, nawet dla okienka na ganku. Słychać było tylko długie źdźbła pszenicy smagane wiatrem, chlupot pod podeszwą i kopytem i szelest kartki w kieszeni spodni. A na niej ten sam obraz, opatrzony słowami „Bądź wolna”.
Wysłała Karolowi wiadomość. I szły dalej, połączone sznurem, przez jakiś czas będąc w tej czeskiej wsi ze starym klasztorem na zawsze.