Wieczny katar
Początek sezonu chorobowego można rozpoznać po pojawianiu się pierwszych tabletek na ból gardła i rozgrzewających mikstur na grypę w reklamach telewizyjnych. Choć emisja zaczyna się już latem, nie zdajemy sobie sprawy jak prorocze są to znaki. Myślimy, że tym razem nas nie dopadnie, a w ogóle gdzie tam jeszcze jesienne zarazy? Ja też nie wziąłem tego na poważne i wyszło jak zwykle.
Ludzie kichają w parku i sklepie. Kaszlą w tramwajach i na zajęciach. Smarkają w pracy i w kościele.
Nie jest przesadą uznać, że większość roku czuję się chory. Po sylwestrze nie zaczynamy wszystkiego od nowa wedle przysłowia – nowy rok, nowa ja. Nadal jest zima i łatwo o zawalone zatoki. Potem, gdy zbliża się wiosna ulegamy złudnemu słońcu i ponownie dajemy się przewiać syberyjskim powietrzem. Następnie mamy kwiecień. Wtedy niecierpliwie oczekujemy zielonych liści i bujnej trawy, żeby pozbyć się tej szarej pozimowej wegetacji. Szkoda, że razem z tą świeżą trawą do mojego nosa dostaje się bycza porcja jej toksycznych pyłków, które nie mają zamiaru przestać pylić prawie do końca sezonu zielonego. Do tej ekipy w pewnym momencie dołącza brzoza i inne jej koleżanki, które nie dają żyć moim drogom oddechowym. Więc w całym tym okresie ciepła słońca i naturalnej witaminy D, wcale nie jestem wolny od kichania i smarkania w chusteczkę. Zwykle gdzieś koło września następuje ulga. Wszystkie pyłki dają mi w końcu spokój, ale spadająca temperatura zwalnia z więzienia podstępne wirusy. W efekcie mój wymęczony przez miesiące nos od razu łapie wszelką zarazę napotkaną w tramwaju lub na uczelni.
Są tacy, którzy twierdzą, że aby zbytnio nie chorować w jesień i zimę, należy porządnie wygrzać dupsko latem. Problem w tym, że tym w roku lata prawie nie było, upalnego na pewno. Pogoda była umiarkowana, dość dużo padało, zdarzyły się burze, ale nie sądzę, że było gorąco. Pomijając teorię, nie jestem jakoś szczególnie zawiedziony. Zdecydowanie wolę, kiedy nie muszę pocić się na każdej części ciała i oddychać niespalonym rześkim powietrzem. Jednak z pewnością nie wygrzałem czterech liter i poniosłem tego przykre konsekwencje.
Gdy lato powiedziało papa przez moje mieszkanie przeszła zaraza. Ku mojemu zdziwieniu nie zaraziłem się. Ominął mnie kaszel, mocny katar i potężny ból gardła. Szymon poszedł na L4, a ja kichnąłem tylko kilka razy. Myślałem, wygrałeś życie. W końcu po tylu latach nabrałeś odporności. Teraz możesz naprawdę żyć. Ale czar prysł miesiąc później i szczęście mnie opuściło.
… żeby nie chorować w jesień i zimę, należy porządnie wygrzać dupsko latem.
Blisko października, tuż przed powrotem na studia odwiedziłem rodzinę, zapominając, że może grozić mi niebezpieczeństwo. Na wejściu okazało się, że dzieci mojej siostry są chore. Odkąd starszy siostrzeniec poszedł do przedszkola co rok przeżywam to samo. Staram się przyjeżdżać do rodziny jeden, dwa razy w miesiącu i co drugą wizytę w okresie jesienno-zimowym wracam do siebie chory. Zastanawiam się, z czego zbudowane są osoby pracujące w przedszkolu? I jakim cudem nie są na wiecznym zwolnieniu lekarskim? Kiedyś przedszkole było dla mnie miejscem, gdzieś zakopanym w pamięci, które kojarzyło mi się z lękiem pozostania tam na zawsze. Jako dziecko bałem się, że ugrzęznę w tym oderwanym od życia świecie, gdzie każą spać w środku dnia na czymś imitującym łóżko. Ale teraz do koszmaru dołączyła wizja wielkiej wylęgarni bakterii i wirusów. Wiem, że organizmy dzieci w wieku przedszkolnym zderzają się z chorobami i uczą się z nimi walczyć, ale nie zmienia to faktu, że te dziecięce wirusy przybierają jakieś zmutowane formy. Kiedy chodziłem do szkoły, zdarzało się, że zaraziłem się od kolegów jakimś syfem krążącym w powietrzu, ale nie przybierało to takiego kalibru jak zarazy przywleczone z przedszkola. W czasie chodzenia mojego siostrzeńca do przedszkola w sezonie zmarzliny byłem częściej chory niż w całym okresie gimnazjum i liceum. Za każdym razem wmawiałem sobie, że może to już ostatni raz wzięło mnie tak mocno. Może tak jak dzieci nabieram odporności i muszę to przechorować. Uznałem, że mam gdzieś moją hipochondryczną naturę i jestem silny. Nie boję się zarazków! Morowe powietrze nie dało rady w Krakowie, tutaj też nie da! Ale niestety dało. Wróciłem z drapaniem w gardle.
Pogoda pierwszego tygodnia studiów nie rozpieszczała. Codziennie padało, a słońce nie raczyło się pokazać. Temperatura też postanowiła spaść, a ja ubrałem się na cebulkę – cokolwiek to znaczy. Czyli zgrzałem się w tramwaju, w drodze na uczelnię mnie przewiało, a w sali jakaś mądra dusza otwarła okno. Ale jeszcze tego samego dnia przystąpiłem do walki. Nie mogłem dać się wirusom, to nie 2020. Jadłem miód, wdychałem parę wodną z Amolem, piłem litry herbaty z miodem i cytryną, inhalowałem się rumiankiem, jadłem mandarynki i płukałem zatoki. Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy. Następnego dnia walka wciąż trwała, ale moje kości i mięśnie zdradzały pierwsze symptomy. Sprawa się rypła, a kolejnego ranka obudziłem się z gorączką. Tej fali już nie dało się zatrzymać. Perfidne wirusy zajęły całe gardło i opanowały nos z zatokami. Wszystko było przegrane. Musiałem pogodzić się z gniciem w łóżku.
W krytycznych momentach nie pamiętałem już jak to jest mieć zdrowe gardło i nie mieć gorączki. Miałem wrażenie, że tak będzie już zawsze, ale po dwóch dniach stanąłem jak ryba w wodzie o własnych nogach. Pocieszałem się, że teraz każdy jest chory.
Ludzie kichają w parku i sklepie. Kaszlą w tramwajach i na zajęciach. Smarkają w pracy i w kościele. Otaczający nas świat to jeden wielki wirus od początku każdej jesieni. A przecież jesień jest super. Liście się kolorują, nasza garderoba robi się ciekawsza przez możliwość dobrania gustownych warstw, a barany wracają z górskich pastwisk do domów. Czy to nie cudowna pora roku? Jasne, że tak, tylko mogłoby mniej lać za oknem. Myślę, że jesień nie jest winna naszym chorobom, tylko my sami.
Sprawa się rypła, a kolejnego ranka obudziłem się z gorączką.
Zachowujemy się jak dzieci. To naturalne, że nasza półkula się obróciła i odsunęliśmy się od słońca. Temperatury spadły, pojawiły się przymrozki i zimne deszcze oraz wiatry. Bociany odleciały, a ludzie dalej nie umieją ubrać się do pogody. Rano, kiedy wychodzimy do pracy lub na uczelnię, wieje arktycznym mrozem. Znowu, gdy wracamy do domu, pojawia się słońce i pocimy się jak dziki w zbyt ciepłej kurtce. Ale nie możemy rozebrać ubranej już kurtki. Nie możemy się odsłonić. Nie ma takiej opcji. Jeśli spociłeś się w kurtce, musisz pocić się aż do powrotu do domu, w przeciwnym razie cię zawieje. A jak już cię zawieje, to po tobie.
Polakom nigdy nie dogodzisz. Wiosna nad Wisłą zawsze przychodzi za późno. Lato jest za gorące lub zbyt zimne. Kiedy nadciągają burze wyłączamy wszystko z prądu, a kiedy ich nie ma marudzimy na ciężkie powietrze. Potem lato za szybko odchodzi. I znowu jest ta jesień. Cieszymy się kasztanami, zbieramy kolorowe liście i kupujemy znicze. Jednak gdy ostatnie zgasną, przychodzi szarość przed zimą, która wlecze się aż do ubierania choinki. Dajemy sobie prezenty, postanawiamy, co zrobimy w kolejnym roku i koło kręci się od nowa.
Moja rada – nauczmy się w końcu jeść witaminy! Dowiedzmy się, co to znaczy ubrać się na cebulkę. Nie spotykajmy się z ludźmi, którzy mają dzieci w przedszkolu i marudźmy dalej na pogodę. A wieczny katar nie jest tak na serio wieczny, po prostu nie chodzimy do laryngologa.