Świnia

I

To była typowa wieś, gdzieś między Śląskiem a Małopolską, ukryta w cieniu autostrady biegnącej z południa na północ kraju. Ponad dachami i dymiącymi kominami, oprócz drzew, jedynym, co pojawiało się na zachodnim horyzoncie były ciemne zielone ekrany. Ich zewnętrzna część zarastała gęsto bluszczem, który pomagał odgrodzić szum pędzących samochodów od cichej i zapomnianej wioski.

Właśnie skończyło się lato, co było wyczuwalne po obniżającej się temperaturze i zieleni, która, mimo że jeszcze nie zdążyła pokolorować się w jesienne barwy, wyraźnie zmieniała nastrój. Okalająca od wschodu miejscowość rzeka przypominała swoim kształtem coś w rodzaju wielkiego rowu, zbierającego całą wodę z okolicy i lasu, który zajmował dość szeroką przestrzeń. We wsi nie mieszkało dużo ludzi. W zasadzie każdy wiedział kto, kim jest i gdzie mieszka. Wiadome było, że przy ulicy Kościelnej, poza proboszczem, mieszkały rodziny Barańskich i Grabskich, a tuż za sklepem spożywczym od wieków mieszkali Wolińscy, a obok Stolarscy. Ludność ta nie zajmowała się niczym nadzwyczajnym, mieli swoje małorolne gospodarstwa. Niektórzy trzymali świnie, inni krowy albo kury. Zdarzały się też traktory czy inne kombajny. Reszta, czyli nie rolnicy, zmuszeni byli do pracy poza wsią, przez co znikali na całe dnie gdzieś w pobliskich miastach, nie utożsamiając się zbytnio z lokalną społecznością. Wyjeżdżając dla zarobku, często robili zakupy w większych marketach, odcinając się od plotek, których serce biło w lokalnym spożywczaku. We wsi nie było też żadnej szkoły. Utrudniało to życie miejscowym dzieciom, które pomimo każdego rodzaju pogody musiały przechodzić pod wiaduktem i iść kilka kilometrów do sąsiedniej wsi, która cieszyła się autobusem dowożącym do cywilizacji.

Po lecie wszyscy wydawali się zmęczeni niedawnymi upałami, które przeszły przez okolicę, zabijając kilka schorowanych staruszek. Ubłagany deszcz nadszedł gwałtownie po falach gorąca, naruszając poziom rzeki, która wylała niezbyt katastrofalnie, lecz dość szkodliwie. W części gospodarstw woda podmyła niektóre budynki lub piwnice, ale także ogrody i uprawy. Opadająca woda odsłoniła to, co od jakiegoś czasu skrywała ziemia.

II

W sobotę Olek wrócił z wycieczki rowerowej ze swoim tatą, tak jak mieli w zwyczaju co tydzień. Dom, w którym mieszkali, leżał na uboczu wsi i nie należał do nich od pokoleń, bo kupili go, gdy Olek miał pięć lat. Nie mieli zamiaru mieszkać całe życie w zadymionym mieście. Chcieli dać synowi przestrzeń na dzieciństwo, którego oni nie mieli szansy przeżyć. Poza tym, zanim Olek przyszedł na świat, zawsze marzył im się dom w spokojnym miejscu, gdzie będzie można sadzić drzewa i czerwone róże. Dlatego stara wioska pośrodku niczego była idealnym miejscem. Ludzie wydawali się przyjaźni, nie odgradzali się murami od przybyszy i przyjęli ich do swojej społeczności. Choć rodzice Olka nigdy nie mieli chęci mocno w niej uczestniczyć, bo nie byli typem społecznika. Dom z lat dziewięćdziesiątych nie był w najlepszym stanie, kiedy go kupili, ale może na tym im zależało. Kupić gniazdko do remontu i powoli w nim grzebać i dodawać coś od siebie. Na ścianach wisiały obrazy malowane przez mamę Olka, mimo że czasem niezbyt jej to wychodziło, była bardzo dumna ze swojej sztuki. Znowu ojciec kochał odnawiać meble, z których w większości składało się wnętrze ich domu.

Była 12:13, kiedy Olek spojrzał na zegar w kuchni podczas jedzenia płatków z mlekiem o smaku cynamonowym, które kochał nad życie. To też należało do sobotniej tradycji, choć robił to już sam, bo ojciec nie przepadał za mlekiem i uważał tę mieszankę za profanację posiłku. W tym czasie mamy zwykle nie było w domu, wykorzystywała ten czas na zakupy w najbliższej Biedronce, żeby nie wydać zbyt dużo w wiejskim sklepie, w którym ceny biły po oczach.

– Zjadłeś już tę miskę cukru? – Zaczepnie zapytał ojciec, lekko się uśmiechając.

– Tak. Nawet dwie miski. – powiedział z dumą na twarzy, siedząc przy stole. – Bo tym razem mama kupiła oryginalne z Nestlé, a nie jakieś biedronkowe podróby.

– No tak mój drogi, masz rację. Trzeba się szanować. – powiedział ironicznie do syna, gdyż każdy z nich wiedział, że prowadzą rozmowę dość żartobliwie.

Kiedy Olek włożył miskę do zlewu, słychać było odgłos samochodu, podjeżdżającego na podjazd pod garażem. Chłopak spojrzał przez okno i podszedł do drzwi w kuchni, które prowadziły do ogrodu.

– Kupiłaś masło orzechowe? – spytał szybko Olek, podbiegając do mamy i patrząc, co wyciąga z bagażnika.

– Kupiłam. Jest gdzieś na dnie tej drugiej czerwonej torby. Kupiłam też banany i jabłka, jakbyś chciał, bo jadłbyś tylko słodkie. – odrzekła z poważnym wyrazem twarzy, co było spowodowane zmartwieniem typowym dla mamy.

– Nie chcę jabłek! Nigdy ich nie jem, zawsze gniją w misce. – Oburzył się lekko, choć nie przesadził z reakcją. Po mamie nie było widać poruszenia. Była przyzwyczajona do niechęci syna do owoców. – Ale banan zjem. Pasuje do masła orzechowego. – uśmiechnął się uroczo i wziął masło oraz banany do kuchni.

Wszystko wyglądało dosyć normalnie i niezaskakująco. Wybrzydzający trzynastolatek, martwiąca się matka i żartujący ojciec, to nic szczególnego we współczesnych realiach rodzinnych.

Olek nie zmęczył się wycieczką, być może przez napchanie się cukrem miał wrażenie, że ma pełno energii do wykorzystania w aktywny lub bardziej leniwy sposób. Jego marzeniem na ten dzień było granie na konsoli do samego wieczora, ale wiedział, że w takim obrocie zdarzeń mama na pewno zmusi go do odrabiania lekcji, nauki albo do pomocy w sprzątaniu. Więc jedynym godnym wyjściem z tego dylematu był wybór spaceru. Ta opcja była też możliwością obejrzenia, co dzieje się na wsi. Było to ulubione zajęcie chłopaka podczas spacerów z rodzicami lub w pojedynkę, ciekawiły go zdarzenia i incydenty spotkane na podwórkach czy wyrazy twarzy starszych pań w oknach, które prawdopodobnie podzielały z Olkiem to ciekawskie zainteresowanie.

Rodzice oczywiście zajęci swoimi sprawami szybko zgodzili się na spacer syna. Nadal świeciło słońce, które raz na jakiś czas zasłaniały chmurki o typowych i nudnych kształtach. Droga, przy której mieszkali, była prosta jak drut, jakby narysowana od linijki. Wynikało to pewnie z otaczających wieś pól, które lubiły przybierać kształt wielkich prostokątów. Ich dom wydawał się, leżeć na rubieży krainy, gdzie kończą się pola tuż pod wielkim zaplanowanym przez człowieka lasem. To chyba domena polskiej wsi, że wygląda jak wytyczona poprzez liczne kreski na mapie przez władze kolonialne, bez większego zastanowienia.

Kiedy Olek szedł poboczem starej asfaltowej drogi i deptał małe kamienie, co jakiś czas rozglądał się po polach, szukając ptaków, które kiedyś widział podczas buszowania w uprawach. Spodobało mu się ich dzikie latanie wokół siebie, co wyglądało jak wielka kłótnia. Niestety tym razem na polach, oprócz chłopaka, nie było żadnej żywej duszy, ale tym, co przykuło jego wzrok, był kawałek materiału, który wyłonił się spod powierzchni ziemi. Był biały i zabłocony, przypominający materiał, z którego robi się koszule. Olkowi aż zaświeciły się oczy. Zszedł szybko z drogi w kierunku małego znaleziska. Gdy kucał i miał już zamiar wyciągnąć tkaninę z ziemi. Nagle pojawił się starszy przygarbiony pan, który zaczął krzyczeć:

– Ej ty, pieronie mały! Co ty tam wyprawiosz w mojej ziemi?! – wrzasnął tak głośno, że Olek aż podskoczył i wywrócił się w pole.

– Nic. Oglądam sobie, yyyyy… kamyki. – powiedział chłopak. Szybko wymyślił coś w stresie.

– Kamyki? Nie mosz co robić? Łod kogo żeś jes? – zapytał podejrzliwie staruszek, czekając długo na odpowiedź Olka, który nie patrzył w oczy mężczyzny.

– No stąd. Ze wsi. Mieszkam tu, tak jak Pan. – wydusił z siebie, spoglądając w oczy dziwacznego starca, który nie spuszczał wzroku z Olka. – A kim Pan jest?

– A idź ty! Mieszkosz tu, a nie wisz z kim godosz? Czapla, mieszkom w tamtyi chałpie, za polem. – Lekko uspokojony powiedział Czapla i zapadła cisza. – No idź, że już pieronie. Nie grzeb tu zaś potem.

Olek uciekł szybko do domu. Odechciało mu się spacerowania. Cieszył się, że starzec dał mu tak szybko spokój. W jego głowie momentalnie napisała się historia, w której staruszek bierze chłopaka za fraki i zaciąga do stodoły i zawiesza go do góry nogami.

Było już chwile po 13, kiedy wbiegł na podwórko i zatrzasnął za sobą furtkę, odwrócił się szybko i między szczeblami rozglądał się, czy stary Czapla nie szedł tuż za nim. Jednak mężczyzna dawno zniknął wśród pól, prawdopodobnie w drodze na swoje gospodarstwo. W domu na Olka czekała mama, tak jak się spodziewał, żeby zaciągnąć go do lekcji, które odrabiał z wielkim oporem. Zwłaszcza z matematyki, znienawidzonej przez niego dziedziny. Nie łapał jej dość szybko tak, jak wiedzy z historii czy geografii. A że trafiła mu się nauczycielka o twardym usposobieniu i wyglądzie, bał się jej niesamowicie, zwłaszcza przed nadchodzącym sprawdzianem lub kartkówką. Mama pamiętała, że w następnym tygodniu miał odbyć się test z ostatniego działu i wiedziała, że musi upilnować Olka. Jej udało się skończyć studia, ale nie uważała się nigdy za prymuskę, choć dla syna chciała lepszej przyszłości.

– Olek! Chodź tu do kuchni. – zawołała szybko, słysząc typ rozbierania butów, który rozpoznałaby nawet w środku nocy. Kiedy Olek wszedł do pomieszczenia, mama zmywała naczynia i odwracając się do syna powiedziała: – Obiecałeś mi wczoraj, że kiedy wrócisz z rowerów z tatą, siądziesz porządnie do matmy.

– No, ale…

– Nie „No, ale”, tylko idź na górę, myj ręce i do lekcji. – Ostro oznajmiła, lekko się irytując, bo widziała podejście Olka. – W ogóle, gdzie ty byłeś? Szukałam cię po domu, a ojciec powiedział mi, że poszedłeś na spacer.

– No przecież pozwoliłaś mi iść. Oboje w salonie powiedzieliście, że ok.

– Tak, serio? No ok. Sorki. Jestem zmęczona. Przyjdę do ciebie jak skończę ogarniać kuchnie i obiad, a potem zjemy. Ok?

– Ok. – wydusił z siebie od niechcenia i poszedł do swojego pokoju, ale nie miał zamiaru jakoś mocno przyłożyć się do nauki. Nie miał do tego głowy, jego myśli zaprzątał obraz znaleziska z pola. Korciło go, żeby wrócić i zobaczyć czy to tylko fragment ubrania, cała koszula, a może cały człowiek.

Po obiedzie chłopak nadal nie zapomniał o zajściu na polu, ale wciąż bał się tam wrócić z powodu starego Czapli. Obawiał się, że mężczyzna nie ma nic lepszego do roboty i spaceruje na polu całą dobę, aby bronić swojego mienia przed chuliganami, takimi jak Olek. Z lekcjami niezbyt mu poszło, a mama nie ukrywała swojego niezadowolenia. Wywiązała się z tego mała kłótnia, którą ojciec na szczęście zdołał rozładować, wcielając się jak zwykle w rolę mediatora w konflikcie. Resztę dnia wszyscy spędzili w odosobnieniu. Mama dokończyła sprzątanie domu w złości, ojciec zaszył się w swojej kanciapie i drapał stare krzesło do północy, a Olkowi tajemnica pola Czapli nie pozwoliła zasnąć.

III

Z tego, co dało się zauważyć, dom Czaplów był zwyczajnym peerelowym kwadratem, który można zobaczyć w dużej części Polski. Budynki te w swojej złotej erze uchodziły za nowoczesny odpowiednik domów wiejskich, które swoją estetyką nawiązywały do wielkich kanciastych bloków, znanych z licznych osiedli radzieckiej myśli. Kluczem było to, aby nie wyglądały jak chłopskie chaty, a małe osobiste bloki, których nie trzeba było się wstydzić. Nie mieszkały już w nich zwierzęta razem z właścicielami, a dodane tam łazienki, nadawały charakteru luksusu, o którym przodkowie nawet nie śmieli marzyć. Stary Czapla wybudował ten dom, gdy zaraz po ślubie dostał ziemię od ojca, mieszkającego bliżej centralnej części wsi. Ojciec nie przepadał za swoim synem, miał go nawet za nieudacznika, co prawdopodobnie było powiązane z wyrzuceniem go ze szkoły rolniczej. Jednak nikt nie ma pojęcia, z jakiego powodu wyleciał. Każdy wiedział, że nawet za młodu Czapla junior nie miał lekkiego charakteru. Gburowata struktura jego osoby i wycofanie społeczne nie pomagało mu w znalezieniu żony, na czym raczej mu zależało. Świadectwem tego były liczne próby znalezienia małżonki w wiosce, co nigdy nie zakończyło się sukcesem. Pamiętnym wydarzeniem we wsi była wiadomość o ślubie Czapli z nieznaną panną z innych stron. Plotkowano tylko, że skusił ją, a bardziej jej rodziców, majątek, jaki posiadał w hektarach pól gotowych pod uprawę. Czapla był tym typem faceta ze wsi, który nie traktował żony jako obiektu swojej miłości, a narzędzie dające mu dzieci, tak potrzebnych do pracy w gospodarstwie.

Poniedziałkowy ranek nie był łaskawy. Już gdzieś nad ranem obficie zaczęło padać, a zacinający deszcz walił bez opamiętania po oknie Olka, uniemożliwiając spokojny sen, który byłby wskazany po ciężkim rodzinnie weekendzie. W efekcie chłopak wstał ostro niewyspany. Powieki zdawały kleić się do siebie, znowu wory pod oczami były tak wyraziste, że przestraszyły matkę:

– Matko jedyna, Olek! Walnął cię ktoś pod okiem?

Olek spojrzał wymownie na mamę i nic nie odpowiedział, usiadł tylko przy kuchennym stole, oczekując śniadania, które poprawi mu humor.

– Proszę. – uśmiechnęła się matka do syna.

– O nie… Jajecznica.

– Przecież lubisz jajecznicę, co tym razem ci nie pasuje? – powiedziała zdenerwowana, ale starała się nie dać po sobie tego poznać.

– Nie wiem, ale jak to zobaczyłem, odechciało mi się jeść. – odparł smutnym głosem.

– To nie jedz! – mruknęła dosadnie i energicznie zabrała talerz Olkowi. – Ojciec zje, a ty jedz, co chcesz. Po co ja się tak staram? I tak wam wszystko nie pasuje.

Po zjedzeniu płatków w milczeniu Olek poszedł na piętro, żeby przygotować się do szkoły. Kiedy pakował podręczniki, spojrzał w okno i przypomniał sobie, że w nocy, kiedy nie umiał zasnąć, obiecał sobie, że zdobędzie się na odwagę i pójdzie jeszcze raz sprawdzić ten materiał. Rozmyślał jednak, czy ma to sens, bo dalej nie przestało lać, a pole zmieniło się w jedną wielką kupę błota. Chłopak z uwagi na sobotnie przeżycia doskonale zapamiętał miejsce, gdzie znalazł podejrzany przedmiot. Kiedy wyszedł z domu, rozłożył parasol i szybko otwarł furtkę, zapominając zamknąć ją za sobą. Idąc w stronę wsi, wnikliwe obserwował pole Czapli i ku jego zdziwieniu tajemnicze miejsce było całkowicie puste. A przecież doskonale wiedział, że było tuż za znakiem drogowym, który lekko pochylał się w lewo do drogi.

– To na bank tu! Nie powaliło mnie chyba? Deszcz powinien jeszcze bardziej wymyć całą tę koszulę. Nie czaję. A może utopiło się bardziej w tym bagnie? Nie wiem. – mówił do siebie zawiedziony. Pomyślał, że chyba mu się przewidziało, albo zgubił to miejsce.

W miejscu, gdzie kończyło się długie pole, zaczynało się gospodarstwo Czaplów. Na jego krańcu przy ulicy stał dom, w którym światło paliło się tylko w jednym pokoju. Olek zauważył jakieś szafki, a może kredens, więc domyślił się, że to kuchnia. W oknie stała kobieta, którą chłopak uznał za żonę starca. Przygotowywała coś pod oknem, ale nie patrzyła przez szybę, lecz w dół, tak jak każdy, kto robi coś do jedzenia. Olek wiedział, że kobieta go nie widzi, ponieważ na zewnątrz było dość ciemno przez gęste deszczowe chmury, przez co czuł, że bezkarnie może wszystko obserwować. Po chwili po prawej stronie budynku zaczęły otwierać się drzwi, w których pojawił się Czapla. Kiedy Olek zobaczył starca, jak najszybciej odwrócił wzrok i pobiegł w stronę wsi, przypominając sobie, że śpieszy się na autobus.

W szkole na Olka spadła kolejna jedynka z matematyki, której mógł się spodziewać, biorąc pod uwagę poziom jego przygotowania do zajęć. Dzięki librusowi miał pełną świadomość, że mama od razu po wpisaniu fantastycznej oceny, zobaczyła ją w swoim telefonie. Zapewne sekundę po przyjściu powiadomienia. Dziwił się jednak, czemu od razu nie napisała do niego z pretensjami.

– Może już tak bardzo się zawiodła, że nie chce jej się gadać. – myślał chłopak przez resztę lekcji. A w kolejnych godzinach było mu już wszystko jedno, nie chciało mu się wracać do domu.

Na zewnątrz przestało padać, kiedy Olek skończył lekcje. W powietrzu było czuć wilgoć, taką jesienną, podeszczową, ale zimniejszą od tej kilka miesięcy temu, na przykład po burzy. Inni wydawali się zadowoleni ze zniknięcia deszczu, ale Olek, nienawidził tego czasu. Wolał spędzać go w domu, aż wilgotność się znormalizuje. Miał wrażenie, że cały się poci, a latające wokół mikro krople wody, przyklejają się do ciała tam, gdzie było odsłonięte. Wszystko to przełożyło się na zniesmaczenie na twarzy, którym odstraszył kolegę z dobrym humorem. Jak najszybciej pożegnał się ze zgrają i poszedł w stronę przystanku. W środku jeżdżącej puszki panował klimat lasu deszczowego. Kierowca postanowił pozostawić ogrzewanie, które razem z wilgocią przypominało parujące pomieszczenie gdzieś w Finlandii. Brakowało tylko Świętego Mikołaja. Pewien mężczyzna chciał ulżyć wszystkim i sobie, wstał, chcąc otworzyć okno, ale spotkał się z wielkim oburzeniem loży starszych pań, obawiających się przewiania. Kiedy wyprawa masowym środkiem transportu dobiegła końca, Olek odczuł ulgę, choć humor nadal mu nie dopisywał, w czym nie pomagała droga, jaką musiał przebyć pieszo. Dotarcie do swojej wsi było już połową sukcesu, lecz w niej czuł się już lepiej, nie tak nieswojo, jak tam, gdzie chodził do szkoły. Ta wieś nie kojarzyła mu się z przymusem i brakiem wolnej woli. W niej mógł chodzić, gdzie chce, wiedząc, że trafi do domu bez konieczności jazdy starym autobusem czy autem. Można powiedzieć, że był fanem swojej wsi, cieszył się, że rodzice postanowili wybrać ją na dom.

Zmęczony dniem skupił się na żwirze, który deptał przy ulicy. Słuchał, jak chrupie i obija się pod butami. Wtedy telefon w jego kieszeni zawibrował. Wyciągnął go i kiedy odblokował ekran, zobaczył SMS od mamy: „Kiedy wrócisz, bo mamy do pogadania?”. Ta wiadomość nie należała do miłych i kochanych, ale też nie była jednoznaczna. Nie wiedział dokładnie, jak przygotować się do rozmowy. Może akurat nie chodziło o ocenę, tylko o syf w pokoju, który zostawił albo o coś zupełnie innego, ale być może dobrego. W tym samym momencie dochodził do gospodarstwa Czaplów i schował telefon do kieszeni, przygotowując się do rozmowy z matką. Wszystko to psuło mu jeszcze bardziej humor. Tego dnia chciał mieć tylko święty spokój.

Smutno patrzył przed siebie, wtedy kątem oka zauważył domniemaną żonę Czapli z rana, która wymiatała deszczówkę z balkonu. Zatrzymał się i ukrył się za zdobionym betonowym płotem, obserwując co się dzieje. Widać było, że od kilku dni rodzina Czaplów była jego głównym zainteresowaniem. Poza dziwną sytuacją na polu chłopak nie wiedział, co dokładnie ciągnęło go do ich gospodarstwa i poznania ich historii. Może wynikało to z tajemniczości tej rodziny. Przed zdarzeniem na polu, pomimo chodzenia obok ich domu każdego dnia, nigdy wcześniej nie zwrócili na niego uwagi. Tak jakby kilka dni temu wyrósł spod ziemi.

W całym tym obrazie Olkowi brakowało starego Czapli, którego nerwowo szukał wzrokiem po podwórku. Ostatecznie nie udało mu się go dostrzec, ale usłyszał jakieś dziwne dźwięki zza stodoły, które oczywiście, zamiast go przestraszyć, jeszcze bardziej przyciągnęły jego uwagę. Ruszył wzdłuż płotu, aż dotarł do rogu ogrodzonej posesji, skręcił w kierunku stodoły, której tyłu nie bronił betonowy mur i śmiertelnie się przestraszył.

Między odgłosami krów, dochodzącymi z budynku przyklejonego do dużej stodoły, słychać było przeraźliwe i dziwne wycie. Takiego Olek jeszcze w życiu nie słyszał. Przypominał coś w rodzaju połączenia płaczu i ryku małpy w zoo razem z przedrzeźnianiem muczenia krowy, ale nie takiej wesołej na łące, tylko wyjącej w niewyobrażalnych męczarniach. Oczy Olka wyglądały na zdezorientowane. Co chwilę patrzył się w inne miejsce, pokazując na twarzy mocne skupienie na szatańskich rykach. Ręce wydawały się sztywne, tak samo jak reszta ciała. Po chwili do krzyków dołączyły słowa Czapli, po których chłopak nerwowo zaczął rozglądać się wokół siebie, szukając źródła głosu sąsiada.

– Zawrzyj ryj kurwo! Bydziesz ty cicho?! – krzyczał do kogoś w chlewie. W tle słychać było odgłosy przypominające bicie pasem lub innym podobnym przedmiotem na przemian ze strasznym wyciem. Kiedy coraz głośniej z wnętrza wydobywał się dźwięk okrutnego lania, stopniowo cichły dziwne ryki. – Mosz być cicho! Nie ryc w nocy, bo ci kurwa tak napierdolę!

Olek kucał w cichym miejscu za stodołą. Wyglądał jak zastygnięty mały gargulec. Przykulony bał się wstać i uciec do domu, obawiał się, że gdy teraz szybko pobiegnie, sąsiad od razu go zobaczy, złapie i zrobi to samo, co z tym w chlewie. Przytulił się mocniej do krzaka rosnącego za nim i postanowił poczekać jeszcze chwilę, aż będzie mieć pewność, że Czapla na pewno zniknął. Spoglądając na zegarek wyświetlający się w ekranie telefonu, widział, że jego bateria błaga o nakarmienie. Uznał to za znak i nasłuchiwał otoczenie. Spojrzał kolejny raz w telefon i kiedy chciał wstać. Nagle ten dotykowy złom zaczął dzwonić. Szybko wyciszył telefon, wrzucając go w głębiny kieszeni. To była mama, która zapewne martwiła się o syna. Olek momentalnie rzucił się na ziemię i starał się zakamuflować. Sądził, że pomoże mu w tym zapadający zmrok. Kiedy poczuł, że nic się nie stało, zaczął się zbierać, ale znienacka poczuł na ramieniu gwałtowny chwyt silnej dłoni…