Cennik rodzinny

Czy ktoś wpadł już kiedyś na pomysł stworzenia stałego cennika rodzinnych spotkań towarzyskich? Myślę, że jest taka potrzeba. Dlatego każda komórka rodzinna, w momencie powstania, powinna udostępnić reszcie rodziny swój cennik, ale nie na Facebooku. To byłoby zbyt mało podniosłe. W takiej sytuacji istniałaby specjalna platforma, zaprojektowana przez ministerstwo rodziny, która pozwalałaby na dzielenie się taką informacją. Oczywiście z uwagi na RODO cennik nie byłby widoczny dla każdego, tylko dla użytkowników, których łączą więzy krwi i powinowactwo.

Śmieszna wizja, ale czasem mam wrażenie, że coś takiego przydałoby się wszystkim Polakom. Szczególnie mnie. Przecież taki cennik istnieje. Jasne, jest niepisany i zmienia się w zależności od regionu, ale wszyscy czujemy, że z zaproszeniem wiąże się konkretny prezent. Czasem zdarzają się wyjątki – czarne owce, które idą przez życie rodzinne według własnej ścieżki, ale zazwyczaj kończą jako wyklęte lub porządnie obgadane za plecami. Więc, jeśli nie chce się skończyć jak ta „skąpa ciocia” albo „interesowny wujek”, trzeba dopasować się do normy, jaką jest cennik rodzinny.

Kiedy w Polsce powstała kultura oddawania? Czy kiedyś ludzie robili coś bezinteresownie?

Moim ulubionym punktem cennika usługi rodzinnej jest wesele. Wyobraźmy sobie. Dwójka młodych ludzi jest ze sobą już tak długo. Gest wyznania pierwszej miłości jest lata świetlne za nimi, a zegar biologiczny nie zwalnia. Potem przychodzi ten moment na zaręczyny, najczęściej w ładnym miejscu, klasycznie podczas wspólnych wakacji w ciepłych krajach. Włożenie pierścionka na palec wybranki pieczętuje tę romantyczną transakcję. Następnie przechodzimy do rzeczy. Termin, liczba gości, sala weselna, kościół lub urząd, no i na koniec zaproszenia. Jeśli przyszła para młoda szanuje tradycje, fatyguje się osobiście do każdego gościa i wręcza kopertę. To co znajduje się w środku to coś w rodzaju prezentacji. Estetyka zaproszenia zdradza motywy kolorystyczne wesela i oczywiście najważniejsze informacje o ślubie i przyjęciu. A na deser najlepsze. Niedaleko strefy informacyjnej, w formie obrazkowej bądź słownej, w różnych wariantach wyświetla się: „Zamiast prezentów wolimy pieniądze”.

Tutaj nie wiem, jak się czuć. To może kwestia asertywności. Para młoda wie, czego chce. Mówi wprost: „Chcemy kasę!”. Chcesz iść na wesele? Płać. Proste, nic nie ma za darmo. Ale czy wtedy nie przypomina to uczestnictwa, w jakiejś imprezie karnawałowej, gdzie każda para płaci za swoje miejsca? Wiem, że wesele jest po to, żeby dostać prezenty, które ułatwią nową drogę życia, ale czy nie jest to trochę chamskie? Mam wrażenie, że współczesne wesele urosło do rangi wydarzenia zarobkowego. Płaci się za nie fortunę i z reguły zyskuje się jeszcze więcej. No ba, oni wszyscy chcą zebrać na domy, samochody, mieszkania i wakacje, ale co jeśli ja marzę o tym, żeby kupić im piękny zestaw sztućców i zapas pościeli na trzydzieści lat? Przyjęło się, że trzeba oddać za talerzyk i doliczyć coś od siebie. Czy w takim wypadku, wiedząc gdzie organizowane jest wesele, mam dzwonić do właścicieli lokalu i pytać, ile liczą sobie za miejsce? Wydaje się to absurdalne, ale naprawdę skąd mam wiedzieć, ile za mnie zapłacą. Potem nachodzą mnie myśli, że skoro moja obecność tyle kosztuje parę młodą, może warto zwolnić ich z tego przykrego obowiązku i odmówić. Czy mam prawo być urażony, bo jako gość często jestem traktowany jak dotacja unijna lub skarbonka z kasą do rozbicia?

To może kwestia asertywności. Para młoda wie, czego chce. Mówi wprost: „Chcemy kasę!”. Chcesz iść na wesele? Płać. 

Wracając do tematu, cennik rodzinny jest też uwarunkowany według statusu w rodzinie. Jeśli jesteś młodą, wolną osobą, stawka jest najniższa. A po uwzględnieniu taryfy dla studenta bądź ucznia, kwota spada jeszcze niżej. Potem jest tylko gorzej, więc ustawmy to sobie w tendencji rosnącej. Dalej w hierarchii stoją nieformalne związki i młode małżeństwa bez dzieci. O ile się pojawią, z każdą kolejną pociechą kwota rośnie. Później już bliska rodzina, ta tytułowana, czyli dziadkowie i rodzice. Od nich oczekuję się pokaźnej sumy. A na szczycie stoją rodzice chrzestni. Wybiera się ich na dwa sposoby: 1) bliska rodzina; 2) gruby portfel.

Cennik pod względem statusu naturalnie nie jest stały. Dla pobudzenia wyobraźni, weźmy sobie za przykład rodzica chrzestnego. Kiedy prosi się go o przyjęcie nowego tytułu, na chrzcie podarowuje nie mniej niż tysiąc złotych. Nie bierzemy pod uwagę urodzin i świąt, bo te kwoty są bardziej niezależne. Dalej kolejny kamień milowy – pierwsza komunia święta. Kwota wzrasta do dwóch tysięcy złotych i nie wypada, żeby była niższa. Przy osiemnastce bywa podobnie, z małymi modyfikacjami w górę. Natomiast zwieńczeniem kariery rodzica chrzestnego jest ślub. Wtedy kwota powinna przyćmić wcześniejsze wielkie okazje i zaleca się, aby nie spadła poniżej pięciu tysięcy złotych. Wtedy chrzestny jest wolny. Wypełnił swoje zadanie. Jak wspominałem wszystko zależy od regionu, a powyższy cennik ma korzenie w mojej rodzinnej miejscowości na Śląsku.

Nie każdy postrzega się jako osoba rodzinna. Jedni są zwolennikami spotkań rodzinnych, a inni unikają ich jak picia Domestosu. Sądzę, że jestem z tych rodzinnych, ale też bez przesady. Lubię odwiedzać z babcią ulubione ciocie i przepadam za słuchaniem kolorowych historii przy kawie i herbacie. Ale gdy dochodzi do tych wielkich okazji, wolę uciec przez okno. Nie chodzi o to, że trzeba wydać więcej pieniędzy czy ubrać się jakoś specjalnie. Kto nie lubi odwalić się jak mysz na otwarcie kościoła? Bardziej chodzi mi o atmosferę. Kiedy idzie się na, przykładowo, osiemnastkę kuzyna spontaniczność miłych małych odwiedzin umiera. Solenizant staje na środku pomieszczenia i przyjmuje kolejne życzenia i prezenty od ustawionych jak w kolejce w PRL-u gości. Bardziej sztywno być nie może. Ale wiele zależy też od miejsca organizacji imprezy. Gdy przyjęcie z okazji pięćdziesiątej rocznicy ślubu dziadków rozgrywa się w domu, w pokojach, gdzie normalnie przyjmuje się gości w przeciętny dzień przy kawałku sernika, jest jakoś przytulniej. Wszyscy czują się jak w swoim domu. Wiedzą, że nikt obcy ich nie słucha i mogą pozwolić sobie na większą swobodę, czyli po prostu jest zabawniej. A w wynajętym lokalu nie dość, że dużo bardziej wymaga się oddania za talerzyk, to na dodatek czar przytulnej atmosfery znika. Wymyślne potrawy, trunki, zabawy i wodzireje więcej ujmują niż dodają. Wiele razy słyszałem, że to zwyczajna wygoda. Postęp cywilizacyjny. Nasze prababcie mogły pomarzyć o wytwornych weselach i komuniach w restauracjach. Kto teraz ma czas na szykowanie jedzenia dla piętnastu gości? Kto teraz ma czas sprzątać dom na błysk, żeby żadne wścibskie oko nie obadało za plecami?

Kto nie lubi odwalić się jak mysz na otwarcie kościoła?

Może właśnie zapomnieliśmy, o co chodzi w tych spotkaniach w gronie rodzinnym? Coraz bardziej traktujemy to jako obowiązek. Czujemy się zobowiązani, bo ktoś kiedyś zaprosił nas na urodziny, a teraz my musimy mu za to oddać. Kiedy w Polsce powstała kultura oddawania? Czy kiedyś ludzie robili coś bezinteresownie? Mieli urodziny i ten, kto pamiętał, przychodził z życzeniami i w zamian za miłą pamięć otrzymywał kawę z mlekiem i ciastko. Fajnie byłoby wrócić do czasów cieszenia się z pamiętania. Kiedy ludzie z przyjemnością przygotowywali tyle, ile umieli i tyle, ile uznali za słuszne. Przyjmowali gości w domu, nie lokalu, nie bojąc się, że ktoś ich oceni i parszywie obgada. Może tych czasów nigdy nie było, ale fajnie byłoby gdyby nastały.