Praca nie szuka człowieka
Miłosz, lat 24, zielono-niebieskie oczy z wadą wzroku, metr 85, kiedy się nie garbi. Wykształcenie posiada wyższe, humanistyczne. Umiejętności, do wyboru do koloru. Umie czytać i nawet pisać. Microsoft Office w jednym palcu. Status studenta. Niestety brak orzeczenia o niepełnosprawności. Redaguje treści i tworzy wyszukane grafiki w Canvie. Dobra organizacja pracy, komunikatywność i oczywiście radzenie sobie w stresie i w pracy w zespole. Jednak nadal pozostaje bez posady.
„Jak po liceum nie pójdziesz na studia, to nie znajdziesz pracy” – słyszałem wielokrotnie, a pomimo dyplomu na półce dalej jej szukam. Wiadomo, między studiami ciężko z czasem. Trudno złapać okrojony etat, a pełnego po wakacjach już nie da rady utrzymać. Potem plan zajęć rozbija się po całym tygodniu i gdzie tam wcisnąć dniówkę? Pamiętajmy, że kiedyś jeszcze trzeba spać.
Zastanawiam się, co z tym systemem jest nie tak. Czy to wina mojego nieudolnego prezentowania się na rozmowach o pracę, czy może głupich pytań, które na nich dostaję?
Zastanawiam się, co z tym systemem jest nie tak. Czy to wina mojego nieudolnego prezentowania się na rozmowach o pracę, czy może głupich pytań, które na nich dostaję? Przypomina mi to moją ulubioną rozmowę rekrutacyjną z zeszłego roku w prężnie rozwijającej się agencji marketingowej. Dnia rozmowy przyjechałem na miejsce przed czasem na wypadek utopienia się autobusu w korkach. Przede mną w kolejce na rozmowę czekały dwie dziewczyny. Wielki szef niestety nie pojawił się na czas w swoim biurze i opóźnił spotkania o godzinę. Ku mojemu szczęściu lub nieszczęściu, koleżanki uznały, że zostały potraktowane nieprofesjonalnie i darowały sobie dalsze przeżycia. Żałowałem, że nie wyszedłem za nimi. Kilka chwil później prezes pojawił się w swojej agencji, wcześniej zatrzymany przez spotkania biznesowe. Jako jedynego już kandydata zaprosił mnie do gabinetu i przystąpił do wywiadu. Z okna pokoju tuż za głową prezesa było widać Wawel, a pierwsze pytania nie odbiegały od tych słyszanych na innych rozmowach. Typowe przesłuchanie – kim jesteś, czego tutaj szukasz i gdzie widzisz się za 10 lat? Dopiero po nudnej części wstępnej wielki szef przeszedł do rzeczy.
Urządził mi coś w stylu teleturnieju, choć nazwał to ćwiczeniem na kreatywność. Pytanie było proste: „Czym różni się pomidor od pomidorówki?”. Nie chciałem przekombinować, więc powiedziałem, że różnicą jest proces, który je dzieli i takie tam bzdety. Jak można się domyślić, odpowiedź nie przypadła do gustu wielkiego szefa. Wtedy on wyjaśnił mi, w czym leży problem: „Pomidor wyruszył rakietą z planety Ziemi na Marsa. Tam poznał Marsjan, którzy zrobili z niego, oczywiście, pomidorową! Marsjanie tak zakochali się w zupie pomidorowej, że od tamtego dnia regularnie odwiedzają naszą planetę, żeby zaopatrzyć się w zapas pomidorów”. Niestety na tym się nie skończyło. Miłosierny szef dał mi drugą szansę i zadał kolejne pytanie: „Czym różni się ogórek od ogórkowej?”. Wtedy totalnie zdębiałem. Nie wiedziałem, jak wyjść z twarzą w tej sytuacji i wybrałem najbezpieczniejsze rozwiązanie. Postanowiłem stworzyć podobną głupawą historyjkę, licząc, że tym razem sprostam wyrafinowanym gustom. Niedoczekanie. Okazało się, że zrobiłem kopiuj-wklej, a nie na tym polega marketing zdaniem wielkiego szefa. Jak sam zdefiniował – marketing powinien zaskakiwać, tak jak on zaskoczył mnie swoją odpowiedzią.
Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań o warunkach pracy i zaproszeniu mnie do wykonania zadania rekrutacyjnego, na które potem i tak nikt mi nie odpisał. Na koniec tej przygody wielki szef zatrzymał mnie w drzwiach i zapytał: „Jak ocenia pan tę rozmowę?”, na co ja odpowiedziałem, że „zaskakująco” i być może dlatego nie dostałem tej pracy.
Rynek jest bardzo niepewny i niestety oferta jest już nieaktualna. Do widzenia. Dziękujemy za udział, a ja nie dziękuję.
Bywa też tak, że wysyłamy milion CV i kiedy wychodzimy z tramwaju dzwoni do nas właściciel pewnej firmy, pytając, czy nadal jesteśmy zainteresowani jego ofertą. Odpowiadamy, oczywiście, że tak, dalej jesteśmy, choć nie mamy pojęcia, co to za firma. Dokładnie tak miałem kilka miesięcy temu. Pan w telefonie wydał się stanowczy i konkretny. Wiedział czego szuka w przeciwieństwie do mnie. Ostatecznie, kiedy doszło do rozmowy rekrutacyjnej, tym razem online, wszystko poszło całkiem w porządku. Wydawało się, że może właśnie jest to ten moment szczęścia, który można wykorzystać tylko kilka razy do roku. Pan szef firmy zapytał, gdzie mieszkam, żebym nie miał daleko do biura i był przychylny moim studiom dziennym. Rozłączyłem się zadowolony, co rzadko się zdarza po takich spotkaniach. Ale sielanka nie trwała długo. Mijał jeden dzień, potem drugi i tydzień i kolejny, aż w końcu moja cierpliwość wylała się na dywan. Zadzwoniłem do pana szefa, a ten poprosił, żebym odezwał się za miesiąc, bo przyjęli kogoś innego, ale chcą rozszerzyć stanowisko. Na koniec dodał: „Pamiętam o Panu” – ale ostatecznie nie pamiętał, tak jak ja chciałem nie pamiętać, że pierwszym etapem rekrutacji był test osobowości 16Personalities.
Miesiąc później zadzwoniłem, nie mogłem przegapić takiej szansy. Zbierałem się do tego pół dnia i kiedy wybiła czternasta chwyciłem za telefon i dowiedziałem, że sytuacja się zmieniła, rynek jest bardzo niepewny i niestety oferta jest już nieaktualna. Do widzenia. Dziękujemy za udział, a ja nie dziękuję.
Na koniec dodam, że uczucie zaopiekowania przez potencjalnego pracodawcę, a bardziej osobę z HR-u, jest bardzo ważne podczas procesu rekrutacyjnego, zwłaszcza kiedy trwa miesiąc. Mój ostatni trwał miesiąc.
Na początku lubią słodzić w mailach. Witam, bardzo nam miło, chcemy cię poznać i tym podobne zaklęcia, które mają na celu zaczarować kandydata. Tylko w rzeczywistości jest to czarna magia, chociaż na początku w ogóle tego nie czuć. Pierwsza rozmowa poszła jak z płatka, świetnie odpowiadałem na sztampowe pytania i wymieniałem się uśmiechami na pożegnanie. Zaklęcie trwało, miałem wrażenie, że teraz to już tylko z górki, bo przecież rozmawiało się jak na kawce. Kolejnego dnia otrzymałem maila z zaproszeniem do udziału w następnym etapie, jakim było nie co innego jak zadanie rekrutacyjne! Tu czar prysł, bo przyszedł strach, że wszystko jest w moich rękach i tak łatwo to spieprzyć. Spędziłem nad zadaniem pół, albo nawet cały boży dzień i wysłałem je z potem na plecach. Nowa wiadomość! Ale to tylko wiadomość zwrotna. Kazali czekać, więc czekałem i czekałem, aż przyszedł kolejny mail! Zaproszenie na nowe spotkanie.
Tym razem obyło się bez mężczyzn – wielkich szefów, CEO psiego gówna w kiblu.
Tym razem obyło się bez mężczyzn – wielkich szefów, CEO psiego gówna w kiblu. Zlustrowałem na LinkedInie, z kim mam do czynienia i po twarzach stwierdziłem, że panie wyglądały dość przyjaźnie. Nie ma się czego bać, będzie dobrze. Dnia rozmowy wstałem wcześniej, żeby na spokojnie ogarnąć wygląd, czyli ogolić namiastkę brody i przygotować wąsa do interakcji społecznych. Na zegarze wybiła dwunasta, pomyślałem, że mam świetny czas i zacząłem przeglądać telefon. Na szczęście coś mnie podkusiło i sprawdziłem ostatni raz wiadomość z zaproszeniem, na którym, jak byk, było napisane, że rozpoczyna się o dwunastej. Wyrzuciłem telefon na łóżko i w panice łączyłem się z drugą stroną. Całe szczęście tym razem mi się upiekło. Wszedłem na spotkanie o dwunastej dziesięć, ale nie mogłem się połączyć. Miłosz, ty pierdoło! Jak mogłeś pomylić godziny? Wtedy zadzwonił telefon. Pani z HR-u oznajmiła, że prezeska i kierowniczka projektowa czekają na spotkaniu, ale mnie nie ma. Grom z jasnego nieba. Nigdy nie byłem tak wdzięczny Google Meet. Link się zepsuł i nie wpuszczał mnie do środka, przez co ukryłem fakt spóźnienia.
Spotkanie było przyjazne, panie śmiały się z moich żartów i były zadowolone z zadania rekrutacyjnego. Zaklęcie znów mydliło mi oczy, bo jak mogłem nie dostać tej pracy po przygodach niczym z Netflixa? Ostatecznie i tak jej nie dostałem. Dlaczego? Bo studiuję dziennie, a oni szukali kogoś, kto może poświęcić się całkowicie. Szkoda, że nie widzieli tego w moim CV i nie mówiłem o tym na każdym spotkaniu.
Przygoda z szukaniem pracy nadal trwa, i pewnie potrwa jeszcze długo. Ale nie załamujmy się! Finalnie każdy znajdzie pracę, a jak nie to ona znajdzie nas, albo sami ją sobie zrobimy. Nie od razu Kraków zbudowano, a Skłodowska-Curie nie urodziła się noblistką, tylko nią zmarła.