Tęcza na blokowisku

Kilka lat później nawiedziło go to barwne wspomnienie.

Czy to potężne purpurowe niebo spadnie nam na głowy?

Myślał o tym, przechodząc po wilgotnym, wydeptanym w trawie skrócie. Kiedy przedarł się na drugą stronę betonu, tam wszystko już płonęło. Pastelowe ognie odbijały się w kałużach i w oknach. Setki okien w setkach wieżowców. Wsiadł do autobusu. Pojazd sunął leniwie, a światło podążało za nim. Płynął ciemny kształt budynku z naprzeciwka.

Najpierw spadł długo wyczekiwany deszcz, a potem niebo zmieniło się w orzeźwiający sorbet, w puszyste maślane ciasto ze słodką kruszonką. Autobus zatrzymał się na światłach.

Wyjrzał przez okno. Chmury przychodziły i odchodziły, odsłaniając i zasłaniając tęczowy łuk. Tęcza na blokowisku to bardzo potrzebny wszystkim rodzaj magii. Tak samo rumieńce zachodu słońca i tak samo pocałunek o tej właśnie porze dnia.

A całowali się dzisiaj czule i z utęsknieniem. Dziewczyna pogrążona w zmartwieniach i buncie, a on słyszał, podszedł i zielonym, kocim wzrokiem pochłonął ją. Złączyli się w ciemności, jaśniejąc w sercach. Z całych sił zmuszał się by to, co jaśniało – zgasło. Potem ona zasnęła w salonie, w rytm pomruku śmietankowej kotki. Aksamitna, kocia pianka oblana czekoladą.

Powrót do domu był trudny.  Po tym zbliżeniu miał w sobie nutę agresji. Ktoś wyrwał kochającego z rąk kochanego i zapowiedział, że już nigdy się nie spotkają.

Słońce świeciło tak pięknie, że ciężko było nie wierzyć w poprawność losu. Coś kwitło, ale nie wiadomo co, bo zostawiało za sobą tylko zapach. A niebo było soczyście różowe. Gdyby wciąż z nim była, posypałby ją cukrem tych fenomenów i zjadł.

Ale z całych sił zmuszał się, by to jaśniało – zgasło.

Rozejrzał się po autobusie. Po jego prawej, stała kobieta w kwadratowych okularach przeciwsłonecznych. Jej usta, nienaturalnie duże, wykrzywione były w grymasie, choć wyczytał go bardziej z jej bezzmarszczkowych oczu. Twarz jest zbyt naciągnięta, by spiąć się jeszcze bardziej, nawet jeśli niezadowolenie jest wielkie. Wypręża się i rozgląda.

Nie da się usiąść, chyba że usiądę na podłodze tak jak nastolatka obok mnie. Dzikuska. Pobrudzi sobie tyłek. Nie ma bata, nie usiądę. Że też samochód się zepsuł. Żona wzdycha i szarpie mnie za rękaw.  Mówi, że ostatni raz jedzie tym obrzydliwym autobusem. Mnie to kompletnie nie przeszkadza. Na studiach to było normalne. Wsiada jakiś chłopak z dużą teczką, ma smutne oczy. Może właśnie student? Dziś na zajęciach było trudno. Nie odzywa się do mnie, odkąd zaprosiłem ją na kawę. Wciąż tylko ucieka ze swoją grupką, chichoczą. Śmieją się ze mnie? Nie mogłem skupić się na projekcie. Projekt jest tak naprawdę idiotyczny. Czy to moja siostra? Nastolatka w czerwonej kurtce siedzi na podłodze i czyta nuty. Długie blond włosy zasłaniają jej pół twarzy. Ta ta ta ta ta. Dyplom już niedługo. Dziesięć lat nauki. Stresuję się. Ale przecież śpiewam całe życie. O, to Ty. Wracasz już do domu?

Wysiadł z autobusu. Przy szklanych domach też kwitło. Korposzczury paliły papierosy. Chodnik usypany był płatkami. Różowy dywan o różowym zachodzie słońca. Chciał tylko znów pocałować ją wśród tych drzew, hałasu samochodów i brudnego powietrza. Ale nie pocałuje jej już nigdy. Świadomie gasi, to co wciąż w nim jaśnieje.

Niebo zmieniało się w zmierzch. Pewnie wyszła z domu na spacer, by zebrać myśli. Wystawiła twarz na ostatnie promienie słońca i czuła jak zakwitają jej piegi. Na wystających kościach policzkowych kończy się kwiecień, a zaczyna maj. Czuć to w powietrzu i w swetrze.

Tak się nie stało. Następne dwie doby spędziła w łóżku. Od godziny 17 w piątek do 19 w niedzielę. Leżała, gotowała się, nie miała siły wstać i otworzyć okna. Napić się wody to szczyt wysiłku i zrobiła to dopiero po kilku godzinach, choć gardło drapało z suchości. Nie miała nawet siły wyciągnąć nóg spod kołdry. Puchowy ciężar utrudniał przedsięwzięcie.

Wszystko było nijakie i senne, niewyraźne, ani drzewa, ani niebo, ani jej mózg nie istniały.

W końcu się podniosła. Wzięła powolny prysznic. Z narastającą siłą dotykała swojego ciała, potem drapała je, w końcu zaczęła bić się po twarzy i uderzać wierzchem dłoni o krawędź wanny. Tęskniła za potwierdzaniem ciała w rzeczywistości. Przewinęła w pamięci każde zbliżenie ich ciał, od nijakiego po elektryzujące. Usiadła na podłodze i wpatrywała się w ręcznik, jakby zapomniała, do czego służy. Poczuła kroplę wody spływającą po jej plecach.

– Możemy przez chwilę udawać, że nie wyjeżdżasz?
– Nie możemy.
– Chociaż przez chwilę.

Pocałował ją po raz pierwszy. Z chmur kumulujących się cały rok wystrzeliły pioruny. Całował ją, grzmiało, grzmiało silnie i z ulgą. Na zewnątrz spadł deszcz.

– Nikomu o tym nie powiemy, dobrze?
– Możemy się nie spieszyć?
– Zdecydowanie nie będę się spieszył.

Potem była już tylko czułość i wyznał jej miłość, a ona nie odpowiedziała, choć kochała jak nigdy dotąd. Wyszedł z niej, a potem z mieszkania. Przypieczętował wspólną tajemnicę.

Przekleństwem był ten dar, ta ogromna gliniana tabliczka, na której odciskały się tysiące kształtów, wzorów, barw i upiększeń. Pojawiają się jeden po drugim, prowokując wciąż niedosyt.

Za szklanymi domami skręcił do parku. Ludzie, wyjątkowo, nie dostarczali przebodźcowania. Byli tylko radosnym, pachnącym gałkami lodów tłem. Nic nikomu się nie działo.

Między ludźmi przeszedł młody ksiądz, może kleryk. W ręku trzymał brewiarz i energicznie zmierzał w stronę katedry. Nie jadł lodów. Tak się spieszył, był jakby odłączony od tłumu. Jednak w twarz świeciło mu to samo słońce. Czy je odczuwa? Dlaczego się nie zatrzyma, nie zachwyci kryształami strumyka?  Czy on też taki będzie?

Kilka lat później nawiedziło go to barwne wspomnienie.

Czy to potężne purpurowe niebo spadnie nam na głowy?

Chmury już odchodziły. Brzeg tarasu błyszczał od wilgoci. Słychać było ostatnie krople spadające na deski. W oddali odezwały się kosy.

Przyjaciel słucha uważnie, lecz nie wie, że ja wychodzę ze swojego ciała i widzę siebie tam, chociaż jestem tu. Widzę siebie w tramwaju, między szkłem a betonem, pochylonego nad notatnikiem i herbatą, tak jak obserwuje się ludzi w miejskiej przestrzeni, tak jakbym kogoś mijał. Byłem jakby chudszy, z młodszymi, świecącymi ciekawością oczami. Na początku czułem obie te cielesności, ale z czasem stała się dla mnie jedna z nich tylko postacią odjeżdżającą pociągiem. Postacią poddaną maszynie. Nie wiem, dokąd jechała, nie wiem, co się z nią stało. Wiem tylko, że nie ma ona bagażu doświadczeń i uczuć, które mam ja tutaj, w tymże korpusie. Żal mi tamtego mnie, ale rozumiem, że tak musi być.

Rozumiem osobliwość tej nostalgii. Pociąg zatrzymał się we Wrzeszczu i znów ujrzałem tam siebie. Rysuję w głowie trasę do jej domu. Wiem, jak pójść między blokami, żeby się nie zgubić. Czuję w ustach wszystkie cztery smaki ciastek, które kupiliśmy na to popołudnie. Pamiętam, że było zimno, pamiętam, jechaliśmy na jakieś pustkowie nad Motławą, pamiętam, że spała w pociągu, że piliśmy pigwówkę, by się rozgrzać. Ale nie pamiętam, na jakiej stacji wysiedliśmy. Uderza mnie to. Punkt zwrotny. Bo ja dramatycznie pamiętam wszystkie szczegóły i jestem doskonały w nostalgię. A teraz nie pamiętam. Czas zaciera to co było i nie wróci.

Zatarcie to jest delikatną mieszanką smutku i poczucia ponad lub poza tym wszystkim. Jednocześnie żal za straconym i wdzięczność za tym co uzyskane. Nie wiem co by było gdyby było inaczej, tak samo jak nie wiedział tego ten drugi ja, który odjechał. Taka natura wszechświata. Wiem, że niektórzy muszą odjechać i rozpłynąć się w horyzoncie.

Przyjaciel słucha uważnie i długo. W końcu zerka na zegarek i wskazuje godzinę. Trzeba otworzyć kościół na wieczorną mszę. Niebo zmieniało się w zmierzch. Ktoś wyrwał kochającego z rąk kochanego i zapowiedział, że już nigdy się nie spotkają. Jednak słońce świeciło tak pięknie, że ciężko było nie uwierzyć w poprawność losu.