Błoto

Padało przez kilka niekończących się dni. Chmury opatuliły swoim mokrym puchem całe krainy na tak długo, by wszyscy mieszkańcy zapomnieli, czym są promienie słońca. Temperatura nie była zbyt wysoka. Deszcz umiejętnie ochłodził powietrze i zmusił mieszkańców do zaszycia się w swoich domach. Choć i tam nie było ucieczki przed unoszącą się wodą. Męcząca wilgoć wchodziła do pomieszczeń przez otwierane co jakiś czas drzwi, a parujące szyby okien obrazowały osobliwość pogody.

Kiedy ustał deszcz, chmury dalej nie ustąpiły. Nadal okupowały niebo, nie dając się przedrzeć ani jednemu skrawkowi ukrytego za nimi błękitu. O poranku gdzieniegdzie unosiła się lekka mgła. Samochody, które zwyczajnie o tej porze przemierzały drogi ze swoimi kierowcami, zupełnie zniknęły. Ani jeden nie pojawił się na szosie. Jakby wszyscy mieszkańcy ze zmęczenia zorganizowali sobie wolne. Niedawna wielość dźwięków otoczenia nie zagrała koncertu. Zwierzęta hodowlane nie opuściły swoich nocnych siedzib i nie pokazały się na podwórzach. Nawet typowe i wszechobecne dzikie ptaki nie śpiewały i nie latały nad głowami. Wszystko wydawało się uśpione. Pozostawione na czas powrotu słońca.

Mały chłopiec, pokonując ciężar zasłon, spoglądał przez okno. Dostrzegał każdy szczegół wiejskiej przestrzeni tak, jak miał w zwyczaju robić to codziennie. Po dogłębnym zlustrowaniu pogody podszedł pod szafę i spojrzał w głąb szuflad. Wyciągnął kolejno ciemne dżinsy, szarą koszulkę i brązową bluzę. Wybrał najzwyklejsze ze swoich skarpet i ubrał wszystko, co zebrał w ręce. Kiedy zszedł po schodach na parter, w kuchni nie czekało na niego śniadanie. Pokoje były puste i brakowało w nich życia. Chłopiec sięgnął po jabłko w misce na dębowym stole jadalnianym i poszedł w kierunku przedsionka. Siedząc na małej ławeczce, służącej pomocą podczas zakładania butów, chłopiec zjadł jabłko i założył granatowe adidasy. Gdy pociągnął za klamkę, drzwi okazały się lekko otwarte, a na zewnątrz nie było już niedawnej mgły.

– Nikogo nie widać i nie słychać. – powiedział chłopiec, stojąc na ganku z rękami włożonymi do kieszeni bluzy. Rozglądał się uważnie, a jego wzrok nie spotykał żadnej żywej duszy. – Jest prawie jak kiedyś. Nie… zupełnie inaczej.

 Mijając bramę swojego podwórka, obejrzał się za siebie i spoglądał w okna domu, wypatrując kogoś znanego. Po chwili poszedł dalej wzdłuż drogi, aż do momentu, kiedy spotkał zakręt. W tym miejscu asfalt biegł dalej z ulicą, a prosto rozciągała się boczna dróżka idąca nad rzekę. W czasie serii sporych opadów dróżka chłonęła hektolitry wody i przepuszczała jej część w głąb ziemi, resztę pozostawiła przy sobie, tworząc tłuste brunatne błoto. Chłopiec, stojąc na rozwidleniu, patrzył w stronę ciągnącej się asfaltowej ulicy. Jednak po kilku minutach przeszedł na błotną stronę. Jego buty z każdym krokiem brudziły się coraz mocniej, a on po kilkunastu krokach pogodził się z ich losem.

– Na tych polach też kiedyś było błoto, a teraz znowu jest go pełno. – wydusił z siebie, przemierzając dróżkę.

Zapomniana boczna droga ciągnęła ze sobą chłopca i powoli lekkim łukiem przytulała się do rzeki. Jej nurt był czysty i spokojny, nie wydawał się przepełniony ulewą. Płynął wzdłuż prostych linii, wytyczonych przez senną wodę, która odsypiała po sowitych opadach. Gdy chłopiec stanął przy brzegu, nagle przy zanurzonych do połowy w rzece trawach, coś zaszumiało i potrząsnęło roślinami. Mały brązowawy stwór popędził spod zarośli i na skos załamał proste linie wody. Kiedy odwrócił się przodem, ukazał chłopcu swoje niewinne oblicze. Bóbr ten zatrzymał się na przeciwnym brzegu i wpatrywał się uważnie w chłopca.

– Miło cię widzieć, Bobrze. Czy widzę u ciebie zmartwioną minę?

– Niestety mój drogi chłopczyku. Dom mój runął. Zawalił się pod ciężarem deszczowej wody i porwał z rzeką moją śpiącą rodzinę.

– Dziś rano, mój drogi, także obudziłem się w pustym domu. Ciężka to sprawa stracić rodzinę. Współczuję ci wielce straty, która cię spotkała.

Po tej krótkiej rozmowie patrzyli na siebie w milczeniu i rozstali się w tej ciszy bez pożegnania. Chłopiec oddalał się w stronę lasu, Bóbr odpoczywał jeszcze chwilkę nad zaspanym nurtem, a potem odpłynął w górę rzeki. Chłopiec kroczył razem z kierunkiem wody, która oddalała się od brunatnej dróżki i wpływała bez pośpiechu między jasne brzozy na skraju lasu i wysokie sosny w głębi. Chłopiec również nigdzie się nie spieszył. Szedł uważnie, obserwując każdy postawiony krok, który topił się w mętnym błocie, a następnie odklejał od wciągającej brei. Między rudawymi sosnami pojawiły się nieśmiałe ptaki. Ich cichy świergot gubił się gdzieś pomiędzy dźwiękami pękającego drewna w koronach drzew pod wpływem lekkiego wiatru. Gdy jeden z ptaków odważył się latać niżej, chłopiec odkuł swój wzrok od błota i dostrzegł drobną jaskółkę. Jej zwinne skrzydła sprawnie przemieszczały się między pniami, a jej dziób wyśpiewywał miłe uchu ptasie pieśni. Chłopiec przystanął pod najgrubszą sosną w okolicy i oparł o nią swoje plecy. Jego głowa skierowana była ku niebu, a oczy śledziły szybkie ruchy śmiałej jaskółki.

– Miła Jaskółko. – zawołał chłopiec. – O czym jest ta piękna pieśń, którą śpiewasz?

– O stracie, mój chłopczyku. – odparła, siadając na wystającej gałęzi.

– Czy ty też kogoś straciłaś?

– Wielu już w życiu straciłam. Zniknęły domy i zniknęli bliscy. Teraz latamy wśród drzew, gdzie nie sięga mnie ludzka nieżyczliwość.

– To przykre, Jaskółko. – powiedział smutnym głosem i ruszył bez pożegnania w głąb spokojnego lasu.

Jaskółka jeszcze chwilkę odpoczęła na suchej gałęzi, a po chwili odleciała do swoich towarzyszy przy szczytach drzew. Chłopiec, idąc, nie patrzył już na ruchy swoich stóp. Zamiast tego obserwował przestrzeń lasu, która wydawała się mu bardzo smutna. Wszechobecna zieleń nie była żywa i nasycona, lecz wydawała się lekko wyblakła. Pomyślał, że być może jest to wina braku promieni zapomnianego słońca, któremu zaborcze chmury zabraniały widoku na ziemię. Z kolejnymi metrami pokonanymi przez chłopca, nie pojawiała się żadna postać. Nie było lisów, które spotykał tam kiedyś na przechadzkach. Nie było też dzików, o których słuchał z przestróg starszych członków rodziny. Czuł się tam bardzo samotnie, ale wytrwale szedł z siłą, która nadal mu dopisywała. Po dłuższym czasie na jednej z gałęzi starej brzozy przesiadywał dojrzały kruk.

– Miło cię widzieć, drogi chłopczyku. – rzekł dostojnym głosem kruk, którego chłopiec wcześniej nie zauważył.

– Ojej. Pojawiłeś się tak znienacka. Nie spodziewałem się tu ciebie. Co tutaj robisz, Kruku?

– Wypatruję cię, odkąd wyszedłeś z domu.

– Z jakiej okazji czekasz tak cierpliwie?

– Mam wskazać ci drogę. Wyjaśnić, co dzieje się na skraju lasu.

– A co, jeśli ja nie chcę wiedzieć, co czeka mnie na końcu lasu?

– Jest to twój wybór drogi chłopczyku, lecz wiedz, że do końca twej drogi będę ci towarzyszył.

– Niech będzie. To miłe z twojej strony. Dziękuję.

Chłopiec odwrócił swój wzrok od Kruka, który jeszcze chwilkę odpoczywał na gałęzi, a potem odleciał, pozostając w okolicy. Chłopiec dalej szedł obraną wcześniej ścieżką, która zdawała się być coraz bardziej sucha. Błoto ustępowało sporadycznie spotykanym kałużom, które z czasem zastępowała już zupełnie wysuszona i popękana dróżka.

Cień Kruka co jakiś czas ukazywał się chłopcu, ale nie odbierało mu to chęci do dalszej wędrówki. Przemierzając las, który swoją wielkością przypominał niezbadaną knieję, przy jednym z zakrętów drogi chłopiec napotkał stertę worków wypełnionych śmieciami. W ich sąsiedztwie porzucono także opony i inne wolno leżące odpadki ludzkiego świata. Chłopiec przystanął przy małym wysypisku i obserwował żyjące na nim muchy. Niektóre spacerowały. Wchodziły przez dziury do środka worków, a inne latały wokół bez ładu, wydając muszy jazgot.

– Z wami nie da się zamienić słowa. – odrzekł i z pożałowaniem życia tych istot wrócił na leśną dróżkę. – One pożerają tylko to, co zmarłe.

Chłopiec, idąc po dróżce, nie tonął już w błocie, lecz przyglądał się, jak sucha ziemia odpada kawałek po kawałku z jego butów i nogawek spodni. Wtedy powietrze zaczęło pachnieć inaczej, co oderwało go od butów. Zaczął rozglądać się wokół siebie i szukać źródła tego zapachu. W tym samym momencie gdzieś niedaleko wyczuwalny dla ucha był odgłos lekkiego bulgotania wody. To jej zapach mieszał się z zapachem lasu, tworząc najwspanialszą woń, którą naśladują odświeżacze powietrza. Gdy dostrzegł płynący przez las strumyk, przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej zobaczyć, co za sobą kryje. Woda napotykająca na swej drodze przeróżnej wielkości kamienie, wydawała setki, jak nie tysiące, spokojnych odgłosów, przypominając skomponowaną melodię. Kiedy chłopiec dobiegł do strumienia, popatrzył przed siebie. Reszta lasu po drugiej stronie wyraźnie odróżniała się kolorem. Tamten świat wydawał się żywszy i bardziej nasycony. W czasie, gdy rozglądał się z pełnym skupieniem, chmury zaczęły się przerzedzać, a zza nich wydostały się promienie ciepłego słońca.

– To tutaj. – powiedział Kruk, siadając na jednym z głazów przy strumieniu.

Nad pląsającą wodą, chłopiec zauważył unoszące się niebieskie ważki. Początkowo ich pozycja z pozoru wyglądała na nieruchomą, dopiero przy bliższym przyjrzeniu się ich skrzydłom można było dostrzec ich szybkie poruszanie. Chłopiec uznał, że mimo bycia w ruchu wykształciły umiejętność pozostawania w złudnym spoczynku. Ich skrzydła jawiły się jako połączone kawałki kryształowego szkła, które odbijało złociste promienie słoneczne. Powłoka ich ciał także połyskiwała w tym świetle, uwydatniając niezliczone dla jednego człowieka barwy błękitu. Kiedy nieco mocniejszy wietrzyk zaplątał je w swoje sidła, porzuciły swój ruchomy bezruch i rozpoczęły taniec. Hulały rytmicznie, jakby od momentu narodzin ćwiczyły swój układ. Chłopiec był oczarowany całym przedstawieniem, które prezentowała mu natura. Jego oczy wyglądały jak zamarznięte i nie umiały oderwać się od ważkowych pląsów.

– I one tak zawsze? – zapytał Kruka.

– Z małymi przerwami, ale tak. – odparł, rozpościerając czarne skrzydła.

– Chciałbym balować jak one. Tańczyć przy świetle księżyca i słońca. Mienić się w blasku gwiazd…

– Piękne marzenie. – dodał taktownie Kruk. – Możesz pozostać tu na zawsze. Każdy ma wybór.

– Na zawsze? A co z resztą lasu?

– Tam trafiają niegodni życia ważki.