Sen
śniło mi się, że wychodzisz ze mnie
opuszczasz żebra i
kąciki ust
echem przechodzisz w
szarobłękit
szukałam Cię pod korą każdego drzewa
zbierałam soki z
niewypowiedzianych słów
domyślałam się lasu
przecież to tylko casual
nie umiera się na
situationship
powtarzałaś jedenasty
raz
chyba kłamałam schowana w zaroślach
na długo przed otwarciem
zdrętwiałych ust
jak uwięziona pod lampą
ćma
pragnęłam miłości
Slamowanka
jesteś mgłą mózgową i roztargnieniem
myśleniem i nie myśleniem
rozbitym kubkiem, podłogą śliską
nierozpakowaną ciągle walizką
jesteś marą senną bezsenną
międzymiastową drogą ciemną
którą pędzę pomiędzy lasami
oślepiona żółtymi liściami
jesteś porą roku zimną
uśpioną miłością bezczynną
wypatrującą wiosny jaskółką
nadprogramową przyjaciółką
bezdechem nocnym uciskiem w klatce
wszystkim czego nie mówię matce
jesteś nadzieją głupią jak but
niedoczekaniem na fałszywy cud
jesteś wierszem kiepskim
slamem przegranym
rymem niedopasowanym
Piosenka jest dobra na wszystko, a zwłaszcza Warszawę
nie wiedziałam że Warszawa jest w innej galaktyce
myślałam że wystarczy intercity trzy trzydzieści pięć
albo Pendolino dwie pięćdziesiąt dziewięć ale droższy,
a to lata świetlne takie że rakietą nie ogarniesz choćby za miliony
remontują mi dworzec w mieście z morza i marzeń,
a Ty masz w głowie worek gruzu
i choć jeszcze się tam żagiel bieli to na nic
bo nie wiem co grot a co szot
i jak łapać wiatr co rozgoni te ciemne skłębione myśli
piechotą do lata pójdę nawet na koniec świata
dotrę do Twoich kosmicznych energii, kosmosów
żeby choć przez chwilę dotykać twoich włosów
bo mam tak samo jak ty - moje miasto,
a w nim nie ma Ciebie
są tylko chmury, nawet nie pałac kultury
niech zniknie Warszawa, tak jawa jak sen
choć to tylko zabawa, zbyt dobrze to wiem