zezwierzęcone

szczotkowanie

szczotkuję nas jak sierść psa
oblepiasz mi łydki, kolana, dłonie
rozbrzmiewasz głośnym szczeknięciem
nie mogę się od Ciebie oderwać

patrzę za siebie, twój wzrok
błyska jak szrama po ugryzieniu
sączy się z monitora
obłażę tobą na pustym posłaniu​


święta

krew ma kolor czapki świętego mikołaja
ucieka nieśmiało ze stróżką wody
w rozpikselowane gorące fantazje

krew domyka nas jak drzwi
gdy stoję w starej wannie
urzęduję w życiu nie swojego kota

moja krew uspokaja ciało
jak metaliczne usta na dnie
sprowadza mnie w głąb​


Przy biurku

Próbowałem wgryźć się w ciszę, ale była twarda i niestrawna.
Chciałem rzuć słowa, ale wchodziły mi między zęby.
Wiesz, dlaczego nie było ze mną kontaktu?
Bo moje myśli nie mają adresu.

Zatrzymałem się na środku budynku i zobaczyłem niebo.
I to, co kocham w tym życiu: pracę, żarcie, smętny dym w klatce piersiowej...

Siedziałem przy biurku, kołysany jak statek na niespokojnym morzu.
Oczy zachodziły mi wodą.
Już sam nie wiem, gdzie upadło koło ratunkowe.
Próbowaliśmy dobić do brzegu tyle razy...

Jestem, kim jestem, Willy. To wszystko.


*** [wymiotuję sen na skotłowaną kołdrę]

wymiotuję sen na skotłowaną kołdrę
ciemne zasłony łaszą się jak kot do okna
w pełnym bólu obrazie Fridy Kahlo
jest mroczne pragnienie światła

na ścianie pojawiają się pierwsze odpryski słońca
zlepki słów kręcą się jak w kalejdoskopie
rozglądam się między wczoraj na przyśpieszonych obrotach
a dzisiaj w zwolnionym tempie

ciepła kawa brązowieje od środka jak fala rutyny
z kapką mleka na dnie nieba
próbuję znaleźć spokój w zmieszanej nostalgii
sączę małymi łykami nieodmalowany świt