Mamo!
– Mamo! Bawiliśmy się dzisiaj w ludobójstwo!
Nie wiedziałem, co to znaczy, ale z obcego osiedla przyszły chłopaki i zapytały, czy możemy z nimi zagrać, bo u nich się wszyscy z nich śmieją. I mamo, pamiętałem, jak mówiłaś, że to źle, jak się ktoś z kogoś śmieje, więc pożyczyliśmy im nasze łopatki, i wiaderka, i grabki. Przesunęliśmy się w piaskownicy, bo dla wszystkich starczy miejsca, a nasz zamki z piasku są takie piękne, mamo! Nasze zamki bardzo im się spodobały, więc spytali, czy chcemy się z nimi zabawić w ludobójstwo. Pytałem Adasia i Tadka i Józia czy znają tę zabawę, ale oni też nie znali. I te chłopaki, mamo, nas zaprowadzili do zjeżdżalni, tej dużej, mamo, co wszystkich pomieści. I myśmy myśleli, że oni wejdą z nami, ale oni powiedzieli, że oni będą się bawić na zewnątrz, a my musimy tu zostać, to zostaliśmy, bo my dobre chłopaki, mamo!
– Mamo i im się tak strasznie pić chciało!
Więc i ja i Adaś, i Tadek, i Józio nawet zostawiliśmy im nasze wody, i żeby głodni nie byli, to też i te pomarańcze co mi pokroiłaś mamo. Pamiętam mamo, że to brzydko się nie dzielić i że jak ja się raz podzielę, to ktoś też się ze mną podzieli. I siedzieliśmy w tej zjeżdżalni, a oni pili i jedli i bawili się w naszych zamkach. Jakie one były śliczne, mamo! Bardzo ładne, na pewno byś pochwaliła, ale już nie zobaczysz mojego, bo mój zniszczyli, bo im się nie podobał i potrzebowali miejsca na nowego. Nie było mi aż tak smutno, mamo, bo ten ich też był bardzo ładny, chociaż mój też nie był brzydki, mamo.
– Mamo, w tej zjeżdżalni było tak gorąco!
Myśleliśmy, że oddadzą nam chociaż troszkę naszej wody, albo tych pomarańczy. Wrzucili nam od góry nasze butelki i pudełka, i te moje się zarysowały, te co mi kupiłaś ostatnio na urodziny mamo, ale nie złość się, na pewno nie chcieli! Trochę smutno wyglądał ten piesek z kokardką, ale przecież to ładnie się dzielić, a oni nic nie mieli! I Myśmy siedzieli w tej zjeżdżalni, tylko najbardziej mi Józia było szkoda, bo on najmniejszy z nas to i najkrócej bez wody wytrzyma, ale z naszych butelek zebrał się łyk, to mu oddaliśmy mamo! Najdumniejsza byś ze mnie była mamo, bo od razu mu się mina poprawiła! Tylko szkoda, że nam nie starczyło.
– Mamo i nie wstydź się za mnie!
Bo myśmy tak długo siedzieli w tej zjeżdżalni, że w końcu wyszedłem z tej rury im powiedzieć, że my też chcemy się pobawić w piaskownicy, i może uniosłem głos i tupnąłem nogą i może nie najlepiej nazwałem jednego z tych chłopaków. Mamo, tak mi wstyd, bo ty zawsze mi mówisz, że muszę być uprzejmy, ale nam się tak już nudziło! To kazali mi wracać do rury i powiedzieli, że teraz się będziemy bawić. Wstali, a ja wróciłem do zjeżdżalni, bo przecież powiedzieli, że teraz wszyscy, że teraz razem!
– Mamo, jaki to był hałas!
Wpadli na zjeżdżalnię, na górę, mamo, i zaczęli nią trząść, i w nią kopać, i śmiać się do rozpuku! I myśmy się z chłopakami nie baliśmy, ale mały Józio, mamo, on strasznie! Zaczął płakać, i myśmy go próbowali pocieszać, ale chyba przez ten ruch mamo, on sobie strasznie obtarł kolano, i ja bym je opatrzył, przecież mi pokazywałaś jak, ale moje plastry, te z owocami, to one zostały w moim plecaku przy piaskownicy, mamo! I tak trzęśliśmy się, i słyszeliśmy te śmiechy, aż w końcu wszyscy się wyturlaliśmy, mamo, na dół. Trochę się sam obtarłem, i przez to, że byłem na samym dole, to na mnie chłopaki spadli, ale byłabyś dumna, nic nie płakałem! I myśmy wtedy, mamo, spojrzeli na naszą piaskownicę, a tam nic nie zostało z naszych zamków, i grabek, i wiaderek, i łopatek. Wszystko takie ładne, a wszystko zniszczone, zabawki połamane, zamki wyburzone, tylko te ich, tych chłopaków, nadal stały. I jak myśmy tak leżeli, mamo, to oni podeszli i nam podali ręce, i się śmieją, i dziękują za zabawę mamo, i się pytają, czy jutro też tu będziemy, żeby się z nimi pobawić. I tylko mały Józio, ten, którego tata jest żołnierzem, ze strachu chyba podniósł te swoje małe śmieszne rączki do góry, a oni śmiali się, i śmiali, i śmiali…
– Wiesz co, mamo? Ja się już chyba nie chcę bawić w ludobójstwo.