Traktat o bazarku nieboszczyków
,,Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy’’ Jan Brzechwa
,,Dzień dobry’’ szepnęłam cicho, przekraczając próg otworzonych na oścież drzwi. Nie liczyłam na odpowiedź; wśród chaosu, który panował na tym wycinku ziemi – krainie ,,podaj dalej’’, tylko głupiec oczekiwałby wzajemności pozdrowienia. Bez chwili zwłoki oddałam się zatem czynnościom powszechnym klientom giełdy drugiego obiegu – wypatrywaniu, szperaniu i skrzętnemu poszukiwaniu nie do końca wiadomo czego, może samego siebie? Pisał o tym Różewicz w jednym ze swoich wierszy.
Jestem tam – w tej kiczowatej kopalni ciuszków – ledwie chwilę, ale tyle zupełnie wystarczy, by poczuć nad sobą pierwsze widma latawców w niedookreślonej postaci. Koszule, może chusty czy swetry tylko przez sekundę szybują nad głowami niezłomnych łowców, a wszystko po to, by za moment bezwiednie opaść znów w otchłań drewnianych skrzyń rozmaitości. Całe tłumy ludzkich dłoni balują wśród pomiętych skarbów nieznanego pochodzenia, materiałów – ciut płowych, ciut jaskrawych i takich w sam raz. Zgrabne palce beznamiętnie macają, co im przypadnie i najczęściej niewzruszone, jak boginki, zdecydowaną większość odrzucają w bok.
Najciekawiej robi się jednak wtedy, kiedy wreszcie uzbierasz w koszyku swój mały Olimp i nawlekając na siebie po kolei każde z jego ,,zbocz’’ zaczynasz przeglądać się i prężyć w ogólnodostępnej tafli lustra. Oczywiście, nigdy się do tego nie przyznasz, nie odważysz się nawet pomyśleć, ale spójrz tylko, jak do twarzy ci z obłudą. Jak bardzo, wcale nie na pokaz, nie obchodzi cię, że ktoś, kiedyś, tak nagle… Jak przeraźliwie jest ci obojętne, iż naruszasz granice i obcujesz aktualnie ze swoistego rodzaju cmentarzem ludzkich żyć zamkniętych w tych sługach człowieczych – bezimiennych rzeczach. Nie oburza cię nawet, że cieszysz się tak po prostu, że leży jak ulał bluzka, co ją wcześniej wyrwałeś z czyichś rąk.
Cała rewia Narcyzów, całe zoo egoistów, choć na pozór tak otwartych na drugiego człowieka, pleni się teraz w tym (jednym z wielu) odprysków Sodomy i Gomory. ,,Pasuje ci, pasuje, takie zgrabne nogi, to trzeba się chwalić’’, nieoczekiwanie rzuci w moją stronę niska staruszka. Słodycz jej słów jednak szybko straci na znaczeniu brutalnie wysadzona wrzaskiem rozwścieczonej czterdziestki – rozwódki: ,,No proszę się przesunąć, co tu Pani tak sterczy, inni też chcą skorzystać!’’ – z lustra czy z życia pytam samą siebie odchodząc.
Wyswobodzenie się z tego roju wydaje się przyjemnością, opuszczając go płacę dwadzieścia dwa złote i nabywam tym samym ,,wyjściówkę’’ z napisem paragon. Jest zwykły grudniowy dzień, pospolity piątek. W najtańszej reklamówce z Rossmanna trzymam mieszaninę ludzkich, osobowości, myśli, zapachów, wspomnień, imion i głosów. Jest ich całe mnóstwo, a ja mimo to, nie słyszę żadnego z nich.