Nie wiedziała, dlaczego zaprosił ją tylko na wesele, a na ślub już nie. Choć w sumie początek powinien brzmieć: nie wiedziała, dlaczego w ogóle zaprosił ją na swoje wesele! (a nawet i więcej wykrzykników) Jakimś dziwnym trafem na tę niepospolitą okazję wybrała kreację, która prawie w stu procentach oddawała wygląd jej sukienki studniówkowej. Swoją drogą, na studniówkę też ją zaprosił. Piętnaście lat temu, dobrze pamiętała, bo chyba wtedy ostatnio miała sposobność się tak wystroić. Dzień przed wybrała się nawet do fryzjera, by podciąć swoje lesbijskie pixie, choć z kobietami nie wiele miała wspólnego, jeśli chodzi o sprawy intymne. Wykluczając jej zrzędliwą ginekolożkę, oczywiście. Miała dość jej powracających infekcji bardziej niż sama pacjentka.
- Weź się w końcu ogarnij i znajdź sobie jednego, a nie jak pszczoła, z kwiatka na kwiatek.
W jej przypadku to chyba raczej osa. Bo po wbiciu żądła w kolejnego adoratora, to nie ona umierała, a raczej na pewno on. Z tego też powodu na imprezie weselnej nie pojawiło się dwóch kolegów z licealnej klasy pana młodego. W SMSie napisał jej, że chyba dalej mają jej za złe, emotka śmiechu przez łzy.
Po krótkim namyśle, początek jednak powinien brzmieć: nie wiedziała, dlaczego zgodziła się uczestniczyć w jego weselu. Ta myśl nawiedziła ją od razu, gdy tylko zobaczyła go w tym ciemnym garniturze, granatowym jak jego oczy. Sto dziewięćdziesiąt cztery centymetry seksapilu, na czubku zwieńczone tymi lśniącymi, kruczoczarnymi lokami. On z kolei wcale nie wyglądał, jak na ich studniówce, gdy prowadzili poloneza przez paskudnie ozdobioną salę gimnastyczną. Wyglądał niesamowicie, zjawiskowo, jacięniemogęalejazda, co ona tam robiła? Obok stała ta dziewczyna, z którą też chodzili do liceum, miała na sobie klasyczną białą księżniczkę. Wyglądało to komicznie w zestawieniu z jej przylegającą do ciała, jedwabną, czarną jak jego włosy suknią do kostek.
Złożyła im bardzo nieszczere życzenia, aż jakiś kwas z żołądka podszedł jej do gardła, a mięśnie twarzy dostały dziwnych skurczów od sztuczności uśmiechu. Jego (teraz już) żona zmierzyła ją spojrzeniem godnym tylko żmii, stwierdziła więc, że są kwita.
Pamiętała ją bardzo dobrze. Każdy nastolatek do niej wzdychał (nastolatki pewnie też, ale ona w czasach nauki prowadziła żywe rozmowy raczej o ukrytych miejscach chłopców). Obie były blondynkami, z tą różnicą, że panna młoda wyglądała przy swoim wybranku wprost idealnie. Mierzyła sobie prawie tyle samo centymetrów, co on, figurę miała nieskazitelną, twarz rzeźbił chyba Michał Anioł czy ktoś koło niego, włosy długie, grube, piękne.. dużo by wymieniać, więc można już skończyć. Za to raczej nieproszona przez nią przybyszka w czarnej sukni stanowiła zupełne przeciwieństwo, jak się okazuje nie tylko kolorystyczne. Należałoby więc odjąć tak z trzydzieści centymetrów od wzrostu i długości włosów – wszystko poszło w rzęsy. Od jakiegoś czasu była bardzo chuda, bo praca fizyczna w gastronomii nie pozwalała jej na przybranie na wadze. Zawód artysta-malarz-aktor nie przynosił takich zysków, jakich oczekiwał czynsz mieszkania wynajmowanego w mieście pełnym turystów tylko w upalne lato. To właśnie wybór miejsca zamieszkania pewnie odebrał jej możliwość założenia białej kreacji akurat na tym konkretnym weselu. On dostał się na medycynę w stolicy kraju leżącego nad Wisłą, ją zaś od zawsze ciągnęło do piasku i wody. Bardziej niż do tego miękkiego serca owiniętego w bardzo pociągające ciało. Chyba właśnie to ją wtedy odrzucało i odrzuca nadal (nie, ha! nie ten, och jak piękny, wygląd) – chęć przywiązania, stabilność, koegzystencja. W zupełności wystarczała jej konieczność przebywania z ludźmi ogółem każdego jednego dnia. Nawet we własnym (no, poniekąd, to znaczy w teorii.. nieważne) mieszkaniu nie dało się od nich odseparować, bo do drzwi musiał dzwonić jakiś kurier czy Świadek Jehowy. Ale gdy tak na niego patrzyła podczas pierwszego tańca, skryta gdzieś w tłumie, może nie żałowała, ale chciała wiedzieć, jak to być na miejscu tej dziewczyny okrytej bielą z szerokim uśmiechem na pięknej twarzy.
Wypiła tamtego wieczoru zbyt wiele czerwonego wina. Przemyślała to jednak wcześniej, usta ozdabiając krwistą szminką, toteż alkohol ślad zostawiał jedynie w głębi oczu. To przyjęcie nie mogło mieć dobrego zakończenia. Na sali było o jedną osobę za dużo. Pewnie dlatego tak łatwo było mu ją znaleźć. Długo bujali się na ogrodowej huśtawce z lnianym baldachimem. Lekarz z kolei to dobrze płatny, choć odpowiedzialny, zawód. Obydwoje zapomnieli, jak się rozeszli i obydwoje przypomnieli sobie, jak dobrze się rozumieli. Rozmowa, wino i wspólne papierosy zdawały się nie mieć końca.
- Kołnel, co ty łobisz, wszędzie cię szukam! – Aż do czasu.
Przypomniała też sobie, że w życiu jednak nie można mieć wszystkiego.
- Krzywy język za piękną twarz – powiedziała, wydychając dym, gdy on zapewnił żonę, że już do niej wraca, zasiedział się, bodźce go przytłoczyły.
- Dobrze, że ty masz jedno i drugie – rzucił i po chwili wybuchli śmiechem, zdając sobie sprawę z dwuznaczności tych słów.
Przejął od niej papierosa, naznaczonego czerwoną szminką.
- Jeszcze pamiętam – dodał ściszonym głosem.
Wiedział, że miała dobry słuch.
Spojrzeli na siebie.
Nie wiedział, kiedy dokładnie to się zaczęło. Chociaż należałoby zacząć: wiedział, kiedy dokładnie to się zaczęło, ale nie wiedział dlaczego. Bo przecież początek to ta huśtawka, w dniu jego własnego ślubu, tylko szkoda, że z nieodpowiednią kobietą. A pierwszy raz? Pierwszy raz to chyba tydzień po weselu, tak. Spotkali się na kawę między jego dwoma zabiegami, akurat ona przyjechała do Warszawy na przesłuchanie do niszowego spektaklu. Dostała tę rolę, napisała mu SMS i po drugim zabiegu wyszli na drinka. Potem wynajął pokój w jakimś nieznanym hotelu na obrzeżach miasta i koło północy zostawił ją w tamtym łóżku pełnym tęsknoty, pożądania i prawdopodobnie moli. Ze względu na pracę w teatrze została w stolicy prawie dwa miesiące. Spotykali się regularnie, w różnych miejscach, a każde kolejne zbliżenie miało w sobie wszystko to samo, co pierwsze, oprócz robactwa.
Cieszył się, że odnowili znajomość przez to niewinne zaproszenie na wesele. Gdy wysłał na jej gdański adres kopertę, był pewien, że nie przyjdzie. Utwierdziła go w tym jej własna matka, którą spotkał przypadkiem w supermarkecie podczas jednych z odwiedzin w rodzinnym mieście. Ochoczo podała mu wtedy jej aktualne dane, jednak szybko dodała:
- Nie zapraszaj jej na ślub, tylko na samo wesele, jak już. Jeszcze wszystko ci zepsuje.
Niedoszła teściowa zawsze darzyła go ogromną sympatią. W końcu wyglądał prawie identycznie, co jej mąż. Różniły ich tylko kolor włosów i kruczy, ostro zarysowany nos.
Może i dobrze, że posłuchał tej rady. Czuł bowiem, że w jej obecności trudniej będzie przecisnąć przez gardło słowo „tak”.
Na nowo dał się ponieść uczuciom i za wszystko winił tę czarną sukienkę. Piegi, długie rzęsy i piwne oczy. Spotykał się z nią w ukryciu przez wiele lat. Nie zatrzymały go narodziny pierwszego i drugiego dziecka. Nie zatrzymał go żaden z jej wielu kochanków, przedstawianych na wspólnych kolacjach z jego małżonką. Nie zatrzymało go sumienie, kilometry, jej brak zaangażowania w cokolwiek oprócz jego ciała, zbyt szybko upływający czas, pieniądze wydane na chwile intymności, zmarnowanie. Nie zatrzymała go jego żona, koło której kładł się codziennie spać, moment wcześniej czytając dzieciom bajkę na dobranoc. Nie czuł się ze sobą okropnie, bo przez cały ten czas naprawdę, bardzo, szczerze ją kochał. Jedyne, czego w niej nienawidził, to gdy była przed okresem, bo jej libido sięgało wtedy wyżyn i ciągle tylko charczała zduszonym krzykiem, siedząc na nim okrakiem zupełnie naga:
- Kołnel! Kołnel! Och, Kołnel!
Zrodziło to w nim niesamowity fetysz, który według jego wiedzy medycznej był kompletnie uzasadniony, ale zupełnie odchodzący od normy. Podczas ich utajnionych spotkań, jakoś w połowie osiągania szczytu, prosił ją, by z tą swoją wyćwiczoną dykcją aktorki mówiła do niego tylko słowa, zawierające spółgłoskę „r”. Kończył wtedy cały rozedrgany od przyjemności, krzycząc z najczarniejszej swej głębi, zamkniętej na sto spustów zawsze tylko nie wtedy:
- Berrrrrnadeta!!!
Choć sam przecież większość swojego życia spędzał w towarzystwie żony i dzieci, bardzo nie lubił, gdy ona poznawała nowych mężczyzn. A zwłaszcza, gdy musiał z nimi obcować głównie podczas jej urodzin, urodzin jego dzieci, urodzin wspólnych znajomych, urodzin jej psa czy urodzin teatrów, które zmieniała tak często jak kochanków. Podróżowała po całej Polsce, bo na świat nie było jej stać, choć dla niego była największą gwiazdą ze wszystkich aktorzyn. Za każdym razem najpierw był tak samo zły, gdy wymieniał mocny uścisk z nową konkurencją i za każdym razem tak samo usatysfakcjonowany, gdy mówiła mu o rozstaniu. Czuł wtedy, że nieważne co – ona ostatecznie i tak wybierze jego i wróci pod bezpieczną pierzynę wypełnioną dźwięczną literą „r”. Dlatego też, gdy minęła mu piętnasta wiosna małżeństwa, stwierdził, że może oto krąg powinien się zamknąć. Był to czas, w którym ona nie spotykała się z nikim już prawie miesiąc. Patrzył na nią w trakcie urodzin swojej młodszej córki, jak w czarnej sukience na wiklinowym krześle w ogrodzie głaszcze ich psa. Uznał ten ubiór za znak. Przez tyle lat ona myślała dokładnie o tym samym, co on i akurat obydwoje wybrali dzień urodzin jego dziecka na przyznanie się przed sobą o tym, o czym każde z osobna od tak dawna wiedziało.
Wyszedł do niej na zewnątrz, w dłoniach dzierżąc dwa kieliszki czerwonego wina i paczkę papierosów. Chciał jej tym samym dać znać, że wcale się nie myli.. że on też.. Wręczył jej jeden kieliszek. Podziękowała. Zapalił papierosa.
- Chcesz? – Po jednym zaciągnięciu wyciągnął rękę w jej stronę.
Powiedziała, że nie, dziękuje bardzo, ale nie pali. Zbiło go to nieco z tropu, ale postanowił się nie poddawać. W końcu, jak sama wtedy rzekła, nic nie jest idealne. Może tym małym gestem właśnie nawiązała do tej myśli? Opróżniła całą zawartość szkła jednym haustem. Pomyślał, że w ten sposób chciała dodać sobie odwagi i zacząć tę nieuniknioną rozmowę, toteż kiedy wzięła oddech, spiął wszystkie mięśnie i zgasił papierosa. Ale ona powiedziała tylko:
- Jaka słodka kruszyna – I dalej gładziła czule ich kundelka tak, jak gładziła go po włosach, gdy kończyli się kochać.
Nie rozumiał, bo to ona zawsze zaczynała ważne tematy, wiedząc, że nie jest to jego najmocniejsza strona. Jednak może ze względu na to, że był to on, a nie nikt inny, potrzebowała w końcu zaspokoić swój kruchy, kobiecy instynkt i poczuć się zdobyta, a nie jak zwykle sama zdobywać? Pchnięty tym nieomylnym przekonaniem również dopił trunek do dna i ruszył na polowanie:
- Może w końcu już czas, co?
Nie wyszło mu to chyba najlepiej, bo w jej piwnych oczach dojrzeć można było tylko zdziwienie. Stwierdził jednak, że od czegoś zawsze trzeba zacząć. Teraz już z górki.
- Czas? Na co?
- No wiesz, ty i ja.. minęło już tyle lat – Dobrze wiedział ile. Trzydzieści, odkąd się odkochał. Piętnaście, odkąd znów się zakochał. – Pomyślałem, że w końcu nadszedł czas, żeby wziąć los w swoje ręce.
- Och – Cały czas głaskała psa po grzbiecie, a jej głos nie wyrażał żadnych konkretnych emocji. – To znaczy.. byłam przygotowana na to, że kiedyś do tego momentu dotrzemy – zaczęła jednak. – Ale nigdy nie myślałam, że to ty rozpoczniesz tę rozmowę.
- Tak, sam jestem zdziwiony – zaśmiał się, kręcąc kieliszkiem koła w powietrzu, jakby ciągle otwierał je i zamykał na nowo. – Ale z tobą to.. wszystko jest inaczej.
Przez chwilę tkwili w ciszy, przerywanej mruczeniem psa.
- Dobrze więc – przerwała moment mniemanej niezręczności, choć ona wcale jej nie czuła. – Skoro ty uważasz, że nadszedł czas.. ja jestem z tobą w pełni zgodna – powiedziała i poczuł taką ulgę, że aż się roześmiał. – Po prostu skończmy to tu i teraz.
Zamarł.
- Czekaj... skończmy? Tu i.. skończmy co? – słowa przestały kleić mu się w spójne myśli i to wcale nie od wina i tytoniu. – Nie chcę nic kończyć! – wyartykułował jednak, unosząc się nieco. – Ja chcę zacząć! Chcę w końcu zacząć być z tobą!
Wstała zamaszyście z fotela, płosząc strachliwego psa i rozjuszyło ją to jeszcze bardziej niż jego wypowiedź, bo ponad wszystko ceniła sobie komfort zwierząt. A zwłaszcza takich, które świat stawiał w problematycznych sytuacjach, tak jak ją teraz (choć bez porównania).
- O czym ty mówisz, Kornel? – Tym razem w jej tonie nie trzeba było doszukiwać się emocji. Było ich wiele. Płonęły.
- O tym, że chce spędzić z tobą resztę życia, Bernadeta! – odpowiedział równie ogniście.
Zabrakło jej tchu, ale mówiła dalej:
- Resztę życia? Nie zostało go wiele, bo większość spędziliśmy na pieprzeniu się po kątach!
Na to nie miał odpowiedzi, więc kontynuowała:
- Co ty sobie w ogóle myślałeś? Masz żonę, dwójkę cudownych dzieci, psa.. dom!
Czuł, jak zaczyna tracić grunt pod nogami, powietrze w płucach, przekonanie o rzeczywistości i pewność o tym, kim jest.
- Przecież.. jak możesz mówić.. tyle lat, piętnaście lat.. to wesele, po co na nie przyszłaś? Po tym jak..
I nagle, neuroprzekaźniki odnalazły drogę. Zajęło im to trzydzieści lat, w końcu każdy, nawet rzeczy nieludzkie, gubią się w tym świecie. Nagle sobie przypomnieli. No przecież:
- Ty zawsze jesteś niezdecydowany..
Słowa ugrzęzły mu w gardle, ale wypchnął na powierzchnię inne, niż te, które chciał wypowiedzieć:
- Ja?! Przecież to ty całe życie jesteś niezdecydowana! Co kolejny tydzień, to nowy facet!
Gdy płaczliwe nuty w jego głosie zaczęły coraz bardziej narastać, zapragnęła pogłaskać go po policzku i już wyciągnęła ku mnie rękę, jednak w porę orientując się, że znajdują się w ogrodzie tak samo jego, jak i jego żony.
- Och, kochanie – powiedziała tylko skruszona. – Przecież ja już dawno zdecydowałam. To ty przez ten cały czas nie potrafiłeś wybrać.
Przez jakiś czas po tej rozmowie w ogrodzie nie rozumiał, ale w końcu do niego dotarło, że ona nigdy nie dążyła do spojenia ich dusz. I dała mu o tym znać już wtedy, gdy wyjechała sama nad morze zamiast z nim, do Warszawy. Nie była stworzona do wspólnego doświadczania życia, musiała przejść przez nie sama. Było jej wszędzie za dużo, dlatego nie mogła osiąść w bezpiecznej przystani z jedną osobą. Potrzebowała ciągłej stymulacji, ciągłej zmiany, by uniknąć znużenia codziennością. Inaczej egzystować w tej rzeczywistości nie potrafiła i przyznała się do tego już jako nastolatka. Tylko że on jak zwykle nie zrozumiał w porę.
Trochę mu to zajęło, choć był bardziej ludzki, niż by chciał, ale w końcu pogodził się z jej decyzjami. Rzeczywiście, miał żonę, cudowne dzieci, psa, no i dom. Może czas było odbudować w nim jedną ze ścian nośnych, których liczył równe pięć. To i owo sobie w głowie ułożył, nie potrafił tylko wyzbyć się swojego osobliwego fetyszu. Nie zamierzał bowiem obcować już z żadną kobietą inną niż swoja żona – budziło to więc równie osobliwy problem. Ze względu na natłok pracy zawodowej i pracy nad samym sobą, uznał tę sprawę za ostatni priorytet w swojej drodze ku równowadze. Pewnego dnia okazało się jednak, że niesłusznie.
- Panie doktorze, mogę panu zadać dość wstydliwe pytanie? – odezwał się do niego kiedyś pacjent po dość zaawansowanej operacji na mózgu.
- Oczywiście, jakiekolwiek – zapewnił go od razu.
- Od jakiegoś czasu zastanawiam się – zaczął niepewnie, jednak zaraz zebrał się w sobie i kontynuował: Wiem od pana, że moja rekonwalescencja przebiega jak najbardziej prawidłowo, jednak od niespełna kilku dni, to dość krótko, ale zastanawiam się, czy aby – przerwał tylko po to, by spuścić wzrok na swoje spocone, splecione na udach dłonie. – Czy ja aby nie przestałem słyszeć litery „r”?
- Słucham? – zdziwił się. – Co to znaczy?
Pacjent nieco się najeżył, w sensie, bardzo zakłopotał.
- Głupio mi tak mówić – znów przerwał, wzdychając ciężko i tym razem pogładził się po łysinie pokrytej szwami. – Jest pan jednak jedyną osobą, która odwiedza mnie tak często, z wiadomych oczywiście powodów – zapewnił od razu. – Jednakże w pana wypowiedziach ostatnio przestałem słyszeć literę „r”.
Pomiędzy nimi nastała długa cisza, przez którą coraz intensywniej zaczęło przebijać się znacznie podwyższone tętno lekarza. Zaniepokojony pacjent jednak w końcu się odezwał:
- Panie doktorze, ja.. bardzo przepraszam, czy wszystko w porządku? Zawołać może pielęgniarkę?
Ale on tylko na jednym wydechu wykrzyczał:
- Nazywam się Kołnel Kłaszewski i.. o Boże!