Homo sapiens supra regnum animale
Gdy świat traci strony, kierunki, płaszczyzny, a nawet kształty. Wszystko wiruje, zatraca się góra, dół, lewo i prawo. Płaszczyzny nabierają przeciwsymetrycznego nachylenia, po którym ześlizguje się kolistość czy eliptyczność istnienia. Napływają wszechobecne masy ciepłych, woskowatych ciał. W palecie krzyżowo kolorystycznej brei konstytuują się łagodzące rozedrganie dłonie. Wyostrzają obraz. Dotyk, walczący o uznanie, wyrywa zmierzwione linie papilarne. Wręcza algorytm szyfru do zagubionych, usieciowionych zwojów ludzkiej wyższości.
Owa kojąca gorączkowy trans bliskość.
Delikatność empatycznej czułości.
Wytchnienie.
Ta mizerna ułuda. Rozpada się. Niczego nie wnosi. Wzrasta obrzydzenie. Wpływ nieokiełznanej energii przejmuje świadomość.
Chcemy się wyrwać, oderwać, przeciąć linie splecionych palców – wadliwego ujarzmienia rozmytej przestrzeni. Konkwista postępuje, a my walczymy o powrót do symbiozy, ostrych krawędzi wszechobecnych obiektów, do niemej walki o dookreślenie północy i południa, zaznaczenie wschodu i zachodu. Deliryczny pląs anektuje świadomość, która broni się wymazaniem przestrzeni, zapełnieniem chaosu ciemnością. Orbity wrogich ciał mają wpływ na nasze pole grawitacyjne. Jaźń zapada się, kumuluje masę i… czarna dziura pochłania pofragmentowane kąski szarej substancji, frywolnie ściągając wścibską masę kończynowej tłuszczy, która opada z wszędzie do nigdzie.
Żądna wylania się z formy, wypuszczenia skłębionej potęgi
człowieczej anomalii, tego paskudnego wyrzeczenia się prostoty
skłębionej ze zwierzęcością.
Sapiens, wykrwawiające się z wysublimowania i homo, zakotwiczone w czeluści rozpasania naprzeciw animale, dla których regnum. Od nas…