Dom Kształtów

Stoi osamotniony u podnóża gór. Dom jak każdy inny, ale niepodobny do żadnego innego. Stoi tam od tak dawna, sprawiając wrażenie, że podobnie jak otaczające go drzewa, zapuścił korzenie, tak głębokie, że przenikają przez górskie zbocza. Dotychczas byłam tu tylko raz. Miałam dziesięć lat, ale wciąż pamiętam to uczucie, tę fascynację, domem, która zdominowała moje myśli na kolejnych kilka miesięcy. Nigdy tak naprawdę nie zapomniałam o tym miejscu, nawet kiedy przestałam myśleć o nim obsesyjnie niemal każdego dnia, to ono wciąż było gdzieś we mnie. Nigdy mnie nie opuszczało. Wracając tu teraz po prawie dwudziestu latach, nie czuję się dziwnie. Wręcz przeciwne. Czuję, jakbym wreszcie mogła tu być.

Dom nie zmienił się mimo upływu czasu. Wciąż wyglądał, jakby nikt nie zamieszkiwał go od wielu, wielu lat, mimo że babcia umarła niecały tydzień temu. Mieszkała tu do końca. Znalazła ją kobieta z miasteczka, która regularnie przywoziła jej zakupy. Babcia nigdy, nie zdecydowała się stąd odejść, nawet kiedy wszyscy inni to zrobili. Podobnie jak dom, zapuściła tu swoje korzenie i nie wyobrażała sobie doczekać zmierzchu w żadnym innym miejscu. Z daleka dom wydawał się nieco przerażający. Zaniedbany podjazd, półwyspy głogu rosnące wokół, fasada domu obrośnięta bluszczem i ta unosząca się dookoła mgła, jesiennego poranka. Drewniane drzwi skrzypią, gdy uchylam je, by wejść do środka. Czuję chłód, jednak w powietrzu wciąż unosi się zapach, który zapamiętałam; drewna i starości. Przechodzę powoli do salonu, jakbym bała się zbudzić zamieszkujące tu duchy. Ciemne ściany pokoju pochłaniają nikłe światło wpadające przez okno, przez co potrzebuję chwili, by przyzwyczaić się do półmroku. Przechodzę w głąb pomieszczenia i rozglądam się. Na komodzie po lewej dostrzegam rząd ramek ze starymi zdjęciami. Już jako dziewczynka byłam nimi zafascynowana. Jaką historię skrywają ludzie, utrwaleni na tych łuszczących się od starości fotografiach w sepii? Jedno z nich przedstawia grupę młodych ludzi; „rewolucjonistów w matowych bluzach jakby ktoś sypał talk na ich nagie ramiona”. Wpatruję się w nie przez chwilę, próbując wyobrazić sobie, co czuli w chwili, gdy było robione, co czuli walcząc, co stało się z nimi po rewolucji. Moje rozmyślania przerywa ostry dźwięk. Odwracam się w stronę okna i widzę dwie wrony przycupnięte na parapecie. Kraczą coś do siebie, rozmawiając w sobie tylko znanym języku. Podchodzę do kominka, po przeciwległej stronie pokoju. Obok leżą porąbane szczapy. Układam je i sięgam do gzymsu, po rozpałkę i zapałki. Rozpalam ogień, chcąc przepędzić stąd ten chłód, który powoli przenika do moich kości. Przyciągam do kominka fotel i siadam w nim, by się ogrzać. Iskry skaczą po drewnie, jakby gonione przez większy płomień; „boga w błyszczącej zbroi”. I tak w kółko, dopóki ich nie dogania i nie pożera wszystkiego, co znajduje się na jego drodze, rozpędzając mrok. Światło z kominka oświetla nieznacznie futrynę i dopiero teraz dostrzegam niewielkie ślady wycięte na drewnie. Wstaję i podchodzę bliżej. Futrynę znaczą kreski, jak blizny, każda oznaczana literą; J, W, E i znów J, E, W, powtarzają się, aż sięgają prawie do metra siedemdziesięciu. Wracam na swoje miejsce w fotelu i już wiem, że to moje miejsce. Teraz rozumiem, czemu babcia nigdy nie chciała opuścić tego miejsca. Ten Dom Kształtów to świadectwo czasu i jego niejasnej, nieograniczonej natury. W tym miejscu czas, przeszłość i teraźniejszość koegzystują ze sobą, jak w żadnym innym miejscu by nie mogły. Czas jest tu zaklęty, pogrzebany w ziemi u podnóża gór.

* Cytowane fragmenty i tytuł pochodzą z wiersza R. Honeta „dom kształtów”.