W zimną noc, gdy miasto pokryło się zwałami białych obrusów z lodu, śniły mi się pryszcze. Wystąpiły na mojej małej brodzie w ilości sztuk dwa. Były ogromne, a mimo to między nimi zmieściłby się jeszcze jeden, nieco mniejszy od nich. Różniły się od siebie zupełnie. Ten po prawo pokryty był grubą warstwą chropowatego naskórka, co oznaczało, że trudno będzie się go pozbyć. Musiałabym najpierw zerwać z niego skórę, tym samym otwierając ranę, by dostać się do sedna sprawy. Lewy zaś był mocno zaogniony, napęczniały i okropnie swędział. Na środku panoszył się czubek biały jak śnieg za oknem.
Próbowałam się ich pozbyć na różne sposoby. Smarowałam je maścią cynkową, pastą do zębów, parzyłam zioła i robiłam im okłady z gaz nasączonych powstałymi naparami, a gdy to nie pomagało, przykładałam do nich nawet cebulę, kapustę i plastry pomarańczy. Pozostawały jednak nieugięte. Zmusiło mnie to do zwrócenia się do mojej babki, która wszystkie choroby w rodzinie leczyła naturalnymi sposobami, prosto z własnego ogrodu i lasu, przy którym żyła od zawsze. Kazała mi pokroić czosnek na grube plastry, a sama sięgnęła po wielki słój miodu z półki. Nałożyła słodką maź na pomarszczony palec i gdy na mnie spojrzała, zmrużyła nieufnie powieki.
- No dobrze, dziecko, ale gdzie ty masz tego pryszcza?
- No jak to, babciu? – zdziwiłam się, od razu naciągając brodę, by wyeksponować zarówno lewego, jak i prawego. – Nie jeden, a dwa! Każdy wielkości limonki!
Babka długo przyglądała się mojej brodzie, aż w końcu sama zlizała miód z palca, a pokrojony ząbek czosnku dorzuciła do gotującej się na ogniu zupy.
- Nic nie widać. Chyba przesadzasz.
Ponieważ babka nie chciała mi dalej pomagać, z problemem zwróciłam się do młodszej przyjaciółki, która dwanaście godzin ze swoich dni spędzała na pracy w drogerii. Nie umówiłam się z nią na kawę, jak zazwyczaj trzy razy do roku, bo już wyczerpałoby to nasz limit. A poza tym do głowy zaczął uderzać mi wstyd. Wracając wieśbusem od babci z powrotem do miasta, przez całą drogę trzymałam dłoń na brodzie. Były dwie opcje wrażenia jakie mogłam wywołać – albo wyglądałam na wielkiego myśliciela, albo jakby chciało mi się wymiotować. Wysłałam wiadomość do koleżanki z drogerii jeszcze w drodze, więc gdy wróciłam do wielkomiejskiego pokoju na wynajem, w telefonie czekała już a mnie cała lista dermokosmetyków i naturalnych środków pielęgnacji. W tym jakiś sticków w kolorze brunatnym, który miał przypominać odcień skóry, ale chyba Afroamerykanki, i zielonym, delikatnych peelingów enzymatycznych, błotnistych maseczek algowych i tych okropnych naklejek w kształcie gwiazdek, którymi wszystkie młode dziewczyny zdobią twarz - chyba nawet wtedy, gdy tak naprawdę nie mają pryszcza. Czarna gwiazdka nie przykryłaby jednak żadnego z moich dwóch wyprysków - jedynie dodałaby im groteski - ale szczerze podziękowałam koleżance i od razu sfinalizowałam zamówienie online. Żaden z produktów nie był na promocji.
- Zmiany powinny zniknąć w maks tydzień! – napisała.
Dokładnie w tydzień po tych słowach siedziałam na wiejskim weselu jakichś wieśniaków z mojej rodziny, których nawet nie znam. Pryszcze, mimo przepowiedni koleżanki, wcale nie zniknęły. Co więcej, któregoś poranka, zaczęły mówić! Na początku myślałam, że słyszę głosy i już pochopnie umówiłam się na wizytę do psychiatry, ale szybko okazało się, że nie tylko ja słyszę dwie sprzeczne ze sobą ludzkie wypowiedzi. Wyproszono mnie z egzaminu na uczelni, bo pryszcze zaczęły się przekrzywiać, co sądzą o pisemnej formie zaliczenia i choć nie miałam z tym nic wspólnego, to ja oberwałam rykoszetem. Próbowałam zamknąć im „usta” maseczkami, szalikami i chustami, ale od razu oponowały, robiąc przy tym jeszcze więcej szumu niż bez nich. Musiałam poprosić menadżera knajpy, w której dorywczo pracowałam, by na najbliższy czas wpisał mi zmiany kuchenne, bo nie wyobrażałam sobie pracy z klientem przy obecności tych dwóch. Nie mogłam stracić pracy, bo kto opłaciłby mi czynsz. Pryszcze? Na kuchni jednak czekało na mnie tyle samo pułapek, co na kelnerce, bo raz gdy jedna z gotujących zwróciła mi uwagę na to, jak nierówno kroję goudę na mandolinie, prawy pryszcz głośno wyraził o niej swoje nieprzychylne zdanie. Nie była to moja najprzyjemniejsza zmiana, ze stresu pocięłam sobie dziewięć palców na dziesięć. Długa prosiłam mamę, aby odpuściła mi to wesele, powoływałam się nawet na te palce - każdy owinięty plastrem - bo myśl o przyznaniu się do gadających pryszczy napawała mnie wstydem rozmiarów większych nawet niż one. Mama za to powołała się na talerzyk wart dwieście pięćdziesiąt złotych. Dobrze, że pryszcze nie zaliczały się do grupy osób towarzyszących, bo puściłabym parę młodą z torbami albo raczej moją mamę, która na tę okazję uzupełniała zawartość koperty również za mnie. Przez całą uroczystość zakrywałam brodę dłońmi i tylko trzy osoby zapytały mnie, czy wszystko ze mną w porządku. Odpowiadałam, że tak, mam bardzo wrażliwą skórę na brodzie i chronię ją przed słońcem.
- No a SPF? – zapytała jedna dziewczyna. Nie zrozumiałam, co miała na myśli, więc tylko głupio się uśmiechnęłam.
Prawdziwa zabawa w wielorakich znaczeniach zaczęła się na sali weselnej, która pomimo wysokiej ceny za uczestnictwo gości, wcale nie wydawała się luksusowa. Od temperatury gorącego lata zaczęły pocić mi się dłonie, a przyciśnięte nimi pryszcze zaczęły okropnie się denerwować, sprawiając mi ból. Myślałam, że lada moment wybuchnie mi broda. Po rosole i pierwszym toaście rzuciłam się pędem do łazienki, ale w biegu złapały mnie jakieś osoby, podające się za moje kuzynostwo. Zaczęły zadawać mi multum dziwnych, osobistych pytań, by móc poznać lepiej genetykę naszej rodziny, a pryszcze pod moją ręką stawały się coraz bardziej nie do wytrzymania.
- Jesteś ekstra czy intro? A może ambi?
Lewy nie wytrzymał i odezwał się ludzkim głosem:
- Jeśli pozwolicie, wolałbym się jednak od was i tych mało sensownych rozmów oddalić.
Wydałam z siebie stłumiony okrzyk i przykryłam pryszcze drugą dłonią. Kuzynostwo zostało nieco zbite z tropu, ale po chwili jeden z kuzynów odpowiedział:
- Rzeczywiście, trochę tu duszno. Przydałoby się złapać trochę powietrza.
- Dobra, dosyć tego pierdolenia. Przejście! – odezwał się niespodziewanie prawy.
Nawet nie czekałam na reakcję kuzynostwa, tylko szybkim krokiem ruszyłam w stronę pierwotnej destynacji, ale z racji tego, że był to sen, zainteresowani moją osobą członkowie dalekiej rodziny lub zwykli uczestnicy wesela pojawiali się na mojej drodze jak kłody pod nogami.
- Babciu, nie teraz – jęknęłam, ale ona już porwała mnie w objęcia. Ręce całe miała umazane miodem i pachniała czosnkiem. Wyglądała jak przepis na kaszel.
- Do dupy były te twoje naturalne środki na śmierć naturze! – wykrzyczał jej do ucha prawy.
Cofnęłam się gwałtownie, gdy babka zamiast zmrużyć oczy, nieufnie otworzyła je szeroko.
- Ja bym jednak wolał.. – wtrącił się lewy.
- Nikogo to nie obchodzi!
I znów zaczęły się przekrzykiwać, tak samo jak podczas egzaminu. Czy można kogoś wyrzucić z wesela?
Odwróciłam się plecami do babci, by uniemożliwić pryszczom atak, ale przede mną wyrosła koleżanka z drogerii.
- O zgrozo! – krzyknął prawy, gdy ujrzał jej twarz w całości obklejoną czarnymi gwiazdkami. – To plaga!
Ale koleżanka zdawała się go nie słyszeć i zapytała uprzejmie:
- I jak? Któreś z moim kosmetycznych poleceń pomogło na twój problem?
Na to odpalił się lewy:
- Nie nazwałabym jednak swojej obecności problemem, a raczej nową możliwością.
Gdyby pryszcze mogły przewracać oczami, prawy wtedy by to zrobił. Ale zamiast tego dał upust swoim emocjom w inny sposób:
- Na dupie se te gwiazdkę jeszcze przyklej!
Rozedrganym kątem oka dojrzałam tabliczkę z oznaczeniem damskiej toalety i nie zważając na reakcje obecnych, którzy pewnie i tak już zdążyli wyrobić sobie o mnie ciekawe opinie, rzuciłam się biegiem do drzwi. W odbiciu lustra ujrzałam nie własną, pociągłą twarz, a dwa (prawy i lewy) wielkie, nabrzmiałe pryszcze. Wyglądały niczym dwie głowy, dwie postaci, dwie dusze i każda chciała wyeliminować tę drugą. Skóra na obu pryszczach była tak napięta, że czułam, jakby zaraz miały pęknąć, a zaraz z nimi moja głowa! Wrzasnęłam przerażona i bezsilna z bólu, a one zaczęły krzyczeć razem ze mną. Podziałało jak wbicie igły i nasz krzyk doprowadził do eksplozji na lśniące lustro
i końca tego koszmaru.
Jak nigdy natychmiast zerwałam się z łóżka. Piżama przesiąknięta była zimnym potem. Na boso przebiegłam z pokoju do wspólnej łazienki i jak we śnie – od razu spojrzałam w lustro. Moja broda, blada i smukła, bez śladu intruzów. Złapałam się za klatkę piersiową, pod którą łomotało mi serce. Nie dałam sobie nawet chwili odetchnąć, a w moim pokoju oddalonym od łazienki o trzy pary drzwi rozdzwonił się telefon.
- Halo, mamo? – zwróciłam się zachrypniętym głosem do ekranu telefonu, bo mama nauczyła się dzwonić na Fejstajmie.
- Włożyłam za ciebie do koperty – wypaliła bez powitania.
- Dziękuję.
Wdrapałam się na łóżko i odsłoniłam zasłony, wpuszczając białe światło do środka.
- Och, ile śniegu! – wyrwało mi się.
- Czekaj, co ty masz na twarzy?
Prawie upuściłam telefon i szybko kliknęłam w miniaturę na ekranie, która przedstawiała mój wizerunek. Koło pieprzyka na policzku widniały dwa małe, wręcz mikroskopijne wypryski. Jeden znajdował się nieco wyżej niż drugi i widoczny był na nim biały, jak ten śnieg, czubek, zaś ten niżej kwalifikował się jako zmiana podskórna.
- I ty tak zamierzasz iść na to wesele? Weź napisz do tej swojej koleżanki, co pracuje w drogerii, może ci coś pożyczy do jutra albo jedź do babci, zajmie ci to z godzinę i będziesz z powrotem.
Wróciłam do obrazu, na którym widniało wirtualne popiersie mojej mamy z kurzajką na nosie, tylko jedną, średnich rozmiarów.
- Są takie naklejki – rzuciłam.
- Dopiero wstałaś? Co ty tak dziwnie mówisz?
- Śniło mi się lato.
- To jeszcze poczekasz.