Ona osiemdziesiąt osiem, ja trzydzieści trzy.
W soboty budzę się o jedenastej, dając ciału szansę na regenerację po nocnych
szaleństwach. Ona o szóstej rano zalewa czerstwą bułkę gorącym mlekiem, a potem zagryza
nią to, co zdarzyło się w trakcie jej płytkiego snu. Miała niespodziewanych gości.
Najpierw przyszła przeszłość, potem teraźniejszość, ale obie szybko uciekły,
przegonione przez najstraszniejszą z całej trójki – przyszłość, która w jej przypadku jak mojra
stopniowo przecina nić życia zamiast ją tkać.
Ja biorę gorący prysznic. Lubię, gdy woda przyjemnie drażni moją skórę i rozluźnia
mięśnie. Ona boi się silnego strumienia, który obija się o kruche kości. Wie, że powinna jeść
większe śniadania.
Ja przecinam salę niespiesznym chassé, ona sunie kapciami po śliskiej podłodze w
stronę kuchni. Nie jest tak łatwo wysłać stopy w powietrze, ale nie zdawała sobie z tego
sprawy, gdy jeszcze niedawno mówiła o rówieśnikach: „Suwaki! Suwają i suwają!”.
Ja umiem unieść nogę bez problemu, łapiąc równowagę w imponującym arabesque.
Ona wyciąga krótkie ciało w górę, opuszkami palców próbując musnąć opakowanie zbożowej
kawy. Dziewczyna, która ostatnio sprzątała, bezmyślnie postawiła je tak wysoko. Przydałoby
się stanowcze, gwałtowne relevé, ale jej zaawansowane haluksy nie pozwalają na oderwanie
pięt od podłoża. Udaje jej się przepchnąć ją bliżej krawędzi. Za blisko. Benc!
Mój kręgosłup sztywny i prosty, kiedy uginam kolana podczas demi plié. Ona nie
dałaby rady nawet w gorsecie ortopedycznym, ale przytrzymując się kuchennego blatu, stara
się podnieść lżejszą już o kilkadziesiąt rozsypanych gram torebkę kawy.
Wreszcie piruet – moja ulubiona figura! Ona robi tylko pół obrotu, ale zbyt
gwałtownie, a umysł mówi jej, że wiruje bez przerwy. W końcu wypada z karuzeli, uderzając o
brzeg blatu.
Zastaję ją na podłodze, z krwawym makijażem na prawej stronie twarzy. Z torby
wyjmuję plastry, wodę utlenioną, bandaż. Po opatrzeniu ran i skromnym obiedzie proponuję
jej przejażdżkę wózkiem. Nie chce, żeby obcy oglądali ją w takim stanie, więc zakłada bluzę
i wciąga kaptur na głowę.
Jedziemy szybko, tak jak lubi, ścigając się z przypadkowymi rowerzystami. W
pewnym momencie hamuję z piskiem kół i sykiem między zębami. Trampki i skarpetka
skutecznie kamuflują powstałe dzisiaj odciski i obtarcia, ale ona rozumie od razu.
– No i po co ci ten cały balet? – wzdycha.
– Chyba trochę lubię ten ból, babciu.
– Siadaj, teraz ja cię powiozę.
I śmiejemy się razem. Obie dokładnie tak samo.